poniedziałek, 12 listopada 2018

Nietypowy listopad w lesie.

Fajnie, naprawdę cudownie było wyrwać się o mglistym poranku i pognać w teren.
Wytęsknione wyjście ziściło się. Ostatnio mam więcej różnej pracy i niestety wyjścia do lasu przestały być codziennością. Póki co rzecz jasna :)
To za czym nie przepadam o tej porze roku, to późny świt.
Większość ludzi jest przed siódmą na nogach, a konkretniej na kółkach i podróż do lasu odbywa się zatłoczoną drogą. To opóźnia "wejście w stan mini-euforii". Dopiero w lesie czuję, że opuściłem codzienność. Opuszczanie codzienności to rodzaj teleportacji duszy do lepszych warunków.

 Warmia od jakiegoś czasu otula się mgłą. To zawsze zapowiedź dłuższego poranka. Zwierzęta we mgle są jakby spokojniejsze. Dłużej celebrują poranne rytuały.

 W lesie długo nie czekałem na spotkanie z jeleniem. Wystarczyło przejść mniej więcej 2,5 kilometra i mogłem spojrzeć w oczy temu przystojniakowi. W pochmurny dzień o tej porze roku nie ma zbyt wielu kolorów :)


 ... no świetnie stary, naprawdę uroczo, też cię lubię! Cóż za kreatywność, a ileż chęci współpracy! Gdybym chciał fotografować sosny, nie byłbyś mi do niczego potrzebny!

 No, już lepiej, ogarnął się chłopak. :)


 Spokojnie odchodził w głąb wilgotnego lasu. Jakby nieco zadumany, jakby nieco smutny ...
Najwidoczniej listopadowa aura jemu też "ryje beret" jak powiadają młodzi.

 Taka dynamika ...


 No dobra, niech będzie też jedno na ostro :)


 Taaa ... to nie jest koncepcja na "art". Takie zdjęcia powstają gdy człowiek idzie lekko zamyślony, a łania zrywa się i wybiega pod nogi w odległości kilku kroków!
To pełny kadr. Nic nie zdążyłem zrobić poza skaszanieniem tej foty oczywiście :)))

 Oj lubię, lubię tu bywać, a nie było mnie w tym lesie trzy miesiące.


 No tak. Wchodziłem dziś na nie trzy razy. Niestety tylko jedno z tych spotkań udało się uwiecznić.
Wlazłem nawet do takiego ciemnego wąwozu gęsto porośniętego młodym świerkiem, gdzie słyszałem ich baraszkowanie. Niestety było zbyt gęsto i jedynie je spłoszyłem. Był wśród nich elegancki odyniec. Być może to już początek huczki. Poobserwuję, przekonam się.


 No właśnie, taka delikatna sugestia. Gdy fotografujecie grzyby, nie róbcie im zdjęć z góry. To nie ma sensu. Takie zdjęcia są niezbyt interesujące. Grzyby są świetnym tematem fotografii ale trzeba włożyć minimalny wysiłek w zdjęcie. Kucnąć, a nawet jak ja w tym przypadku, położyć się. Grzyb z perspektywy ślimaka jest, przyznacie, znacznie ciekawszy, tym bardziej, że to dla nas nowy punkt widzenia.

 Warto się pobawić.


 To lubię. Stara leśna droga pośród dorodnych świerków i on! Ech ... chwilo trwaj.
Chciałem sprawdzić czy mam kondycję i puściłem się za nim idąc przez las.
Nie mam!
Gdy go po raz kolejny dopadłem, tym razem na malutkiej polance, nie wiedziałem czy robić zdjęcia czy regulować oddech. Świński trucht na odcinku kilkuset metrów wykończył mnie. Wracałem mokry jak dno jeziora, ale zadowolony.

To efekt mojego pościgu - kolejny dziś samotny byk.
O tyle było warto go dochodzić, że przynajmniej wiem, że to nie ten sam z poranka. Niestety w lesie jest sporo grzybiarzy i odbywają się polowania zbiorowe, co powoduje, że stada jeleni są porozbijane. Ten był wyraźnie przepłoszony, W drodze powrotnej uzbierałem sporo grzybów.
Ale żeby w połowie listopada ... ?!?


sobota, 3 listopada 2018

Jelenie - piękna młodzież!

Chyba tak miało być, że po wielu spotkaniach i obserwacjach dużych byków, przyszedł czas na młodzież. Cieszę się bardzo. Możliwość obserwacji osobników w tej klasie wieku jest dużą przyjemnością. Jelenie samce w wieku 3-5 lat tryskają zdrowiem, są pięknie zbudowane, wyglądają jak z "ruskiej bajki". Mój rocznik będzie wiedział co mam na myśli używając tej frazy. Po prostu w latach 70-ych Rosjanie robili najpiękniejsze animacje w bajkach dla dzieci. Zwierzęta były cudne, a lasy baśniowe w każdym kadrze.

Pogoda nie była zła, ale cudów też nie zaproponowała. Dzień bez mgieł, niebo bez chmur, spore kontrasty między światłem, a cieniem.
To były chyba ostatnie jesienne akcenty w rozumieniu kolorystyki. Na drzewach i krzewach pozostały rachityczne ilości obumierającej materii, która może wciąż, choć skromnie, ubarwić pejzaż.

Ten przedszkolak szedł nie zdając sobie sprawy z mojej obecności. Przyglądanie mu się, sprawiało mi tyle radości, że długo nie sięgałem po aparat. Musiałem zostawić coś wyłącznie dla siebie.
Szedł wolno i cicho więc chyba z klucza i ja stałem ... wolno i cicho :) Tu i ówdzie kołyszącym lotem opadał liść uderzając o mijane gałęzie i to wszystko razem zaczarowało mnie w tamtej chwili. Zaprosiło do krótkiej ale pełnej doznań historii tego lasu.

 Zatrzymał się. Nie było wiatru ale chyba zorientował się, że jednak jestem.

Bezbłędnie, nie tracąc czasu na rozglądanie się, obrócił się i utkwił precyzyjnie wzrok we mnie.
Fakt, stałem niczym nie osłonięty, po prostu jak drzewo.
Coś jednak spowodowało jego czujność. Nie wiem czy się poruszyłem czy jednak zapach.
Byłem solidnie zgrzany, bo w sporym pośpiechu pokonałem ponad kilometr idąc do byka, którego wypatrzyłem z ogromnej odległości. Ten młodzieniec był klasyczną niespodziewajką.

To właśnie opisane na wstępie resztki barw jesieni. Jakże nostalgiczne i zachwycające w swej ulotności. Jedno ochłodzenie, pierwszy wiatr i ... zostaną już tylko wspomnienia.


Gdy ostatecznie dotarłem do miejsca, w którym widziałem ogromnego byka, głowy rodu już nie było. Zastałem jedynie jego stado.

 Młodzieżówka.


 I w dolnej części kadru leucystyczna łania z białymi łatami na czole.


Sporo później doszedłem stado w starym lesie. Niestety z całej czeredy jeleni udało mi się poprawnie uwiecznić tylko tego przystojniaczka.
Suche liście są poważną przeszkodą w udanym podchodzie. Na mniejszą odległość już nie było mnie stać. Za każdym razem gdy podchodziłem do stada, licówka już wiedziała, że się zbliżam. Z tego powodu nie zrobiłem np. ani jednego zdjęcia przed świtem, bo tylko widziałem odbiegające cienie.

 Na półotwartej przestrzeni, czyli na leśnej polanie, słońce czyniło cuda. Antocyjany brzozowych liści robiły co mogły bym łaskawie podniósł aparat do oczu :)


Usiadłem w lesie by po pierwsze odsapnąć (to nie był mój dzień, dramatyczne skoki ciśnienia ostatnich dni wyssały ze mnie wszelkie siły motoryczne) po drugie by porozglądać się w spokoju.
Przyglądałem się baraszkującemu w wysokich koronach dzięciołowi.
Tak powstały dwie poniższe impresje. Sam nie wiem, ale ostatecznie postanowiłem je pokazać :)



W tym lesie byłem w życiu setki razy ale postanowiłem przejść przez pewną jego część po raz pierwszy. Ku mojemu zaskoczeniu odkryłem kolejne "gniazdo" daglezji! Te ponad dwustuletnie olbrzymy robią wrażenie. Szczególnie gruba kora o unikalnej teksturze, strzelistość i obcy na tych terenach pokrój. Są naprawdę przecudowne, a fragment lasu z nimi w roli głównej ... ma to charakter, nie powiem.

 Daglezje niczym kończyny olbrzyma naprawdę tworzą klimat takich miejsc.

A na koniec klasyczna borsucza latryna :)
Borsuki wykopują taki dołek-latrynę, robią "dwójkę" i nie zakopują jej po wszystkim :)

sobota, 27 października 2018

Leśni bracia koronni!

Jesień postępuje szybko. Ostatnie dwa tygodnie radykalnie zmieniły oblicze lasu.
Spadła większość liści. To ciekawe, że dopiero gdy spadną dociera do mnie jak wiele rośnie tu klonów. Niesamowite. Intensywnie żółty dywan utkany niemal wyłącznie kanadyjskimi liśćmi. W przeciwieństwie do dębowych, są znacznie miększe, mniej szeleszczące, a przy odrobinie wilgoci w zasadzie tłumią moje kroki. Jedynym problemem stają się starannie ukryte pod nimi trzaskające gałęzie i patyki.
Pochmurny dzień napawa mnie nadzieją. W taki dzień, nie powstają tzw. "ładne zdjęcia", a jedynie interesujące, inne, mniej pretensjonalne. Oczywiście moim skrzywionym zdaniem.
I byłbym już niemal bezgranicznie uwierzył w tę nieco naciąganą na potrzebę chwili filozofię, a tu przez chmury przedarła się niewielka dawka ponadprogramowego przejaśnienia.
Nie za duża, nie za mała, lecz w sam raz, jak zanuciłby klasyk.
Szukam pretekstu, tematu, czekam by poczuć, że coś mnie "natycha".
Stałem między dębowymi wywrotami gdy w ostatniej chwili ukazała mi się huba, biała niczym anioł.
W otoczeniu mchów, porostów i opadłych liści, świeciła prosząc się o zdjęcie.
Nie mogłem odmówić. Klęknąłem z szacunkiem należnym białej damie.

Widok zdawałoby się statyczny. Nic bardziej mylnego. Jesteśmy świadkami całkiem dynamicznego obrotu materii. Huba wyrosła na już upadłym drzewie. Jego murszejąca struktura ułatwia zachowanie wilgoci i dostęp do mikroelementów. Huba skrzętnie korzysta z dostępu do obfitej karty dań. Jej grzybnia przenika i sieciuje tkanki drzewa przyspieszając jego rozpad. Przez lata wokół pnia tego mocarnego niegdyś dębu, będą żywić się i wzrastać dziesiątki roślin, korzystając ze składników pokarmowych i nagromadzonej wilgoci. To epicentrum naturalnego odnowienia lasu. Tu będzie rodziło się i koncentrowało życie nie tylko roślin i grzybów. W zachyłkach kory, murszu i bryły korzeniowej, schronienie znajdą dziesiątki owadów i kręgowców różnego autoramentu.
Martwe drzewo odgrywa niebywałą rolę w życiu lasu. Jest jego prawdziwą ozdobą.

To takie intro na dobry początek.
Do lasu wchodziłem jak zwykle po ciemku.
Ledwo dostrzegłem, że już na samym wstępie marszu nie jestem sam. Zwykle albo słyszę odchodzące w ciemnościach zwierzęta albo widzę niefotografowalne, przesuwające się cicho plamy.
Dziś zauważyłem je z najwyższym trudem ale w porę.

 To mistyczne światło przedostawało się z nieodległej polanki, z której schodziły jelenie. Łania już coś podejrzewała, jednak zdążyłem ją sfotografować. Mam cichą i niczym nieuzasadniona nadzieję, że chociaż kilkoro z Was ogląda to na stacjonarnym komputerze z dobrym monitorem, bo to zdjęcie dnia. To zdjęcie, które wypełnia szczelnie całą tabelkę moich oczekiwań, jakie stawiam fotografii przyrodniczej. Nie dlatego, że jest dobre, czy słabe. To nie ma znaczenia. Dlatego, że pokazuje las, który kocham najmocniej. Półmroczny, nieoczywisty, pełen tajemnic. Że pokazuje las, który znam i rozumiem. Tylko dlatego. To moja pora! Moja aura i moja chwila. W zasadzie jeżdżę do lasu dla tych minut, które rozegrają się przed wschodem słońca. Po wschodzie leśna wyprawa z każdą chwilą staje się już tylko spacerem.

Kurcze! Przez chwilę byłem pewny, że spotkałem tego byka z rzeki! Identyczny rozkład i kształt odnóg obu koron! Co za jaja!!! Jedynie różnią się odległością nadoczniaków od oczniaków. Niewiarygodne. Niech padnę jak nie są spokrewnione.

Tu zbliżam go przekraczając granice normy ale tylko po to by pokazać jego poroże.
Zainteresowanych zachęcam do powrotu do pod dwa linki pokazujące wspomnianego byka.
1. link: http://krzysiekmikunda.blogspot.com/2018/10/prezent-od-losu-lasu.html

oraz ten drugi z rzeką: http://krzysiekmikunda.blogspot.com/2018/09/warmia-pachnaca-zywica.html
W tym drugim na zdjęciu nr. 21 można wyraźnie obejrzeć koronę lewej tyki i porównać z koroną tego pięknego czternastaka regularnego powyżej. Bracia jak nic!

A teraz zabawa dla młodych tropicieli!
Jeżeli na tych dwóch zdjęciach nie widzicie  na pierwszy rzut oka jeleni, to czeka Was jeszcze trochę treningu :)



 To też był piękny byk. Niestety "wykładzina" tak szeleściła, że nie miałem najmniejszych szans na podejście.

Ostatnio mi jakoś ... lisi!
Ten wbił wzrok w coś pod pniakiem zwalonej brzozy i stał tak przez chwilę. Siedziałem w prześwicie czekając na przejście jeleni.
Coś pochrzaniłem w obliczeniach, bo zasiadka okazała się bezskuteczna i to całkowicie! :)
Nie mam pojęcia którędy poszły. Byłem pewny, że przejdą właśnie tędy. Nawet je słyszałem. Coś musiało je zatrzymać i zmieniły decyzję. A wiatr miałem idealny! Zdarza się. :)

Na zakończenie gratka dla tych, którzy chcą zobaczyć jak wygląda las, gdy nasze ludzkie łapska trzymają się od niego z daleka ... RAJ!!!!!!!!!!!!!!!!

 Nie jest łatwo tędy przechodzić, ale to dlatego zwierzyna trzyma się tych miejsc.


 Czasami idąc bezdrożami zastanawiam się, czy ktoś nie zastawił na mnie pułapki :)


 Tak las sam się żywi, sam sobie zabezpiecza wodę, tak chroni swoich mieszkańców i tak zabezpiecza im zarówno schronienie jak i pożywienie.
Zastanówmy się teraz nad ekologiczną wartością uprawy sosnowej ...
Żal dupę ściska, że się tak górnolotnie wyrażę.


No wiewióreczko, powiedz coś, powiedz :))))

Pokój i miłość do następnego! ;)






wtorek, 23 października 2018

Gena nie oszukasz!

To wyjście ze względu na rodzaj obserwacji jest w rzeczy samej kontynuacją nieprzewidzianie snującej się opowieści, cyklu naprzemiennych spotkań tych samych zwierząt i innych zaskakujących sytuacji. Jeszcze dwa takie wyjścia i wydam Sagę rzeki! :)

Ze względu na fakt, że wybrałem się z synem, wyjście okazało się dla mnie czymś emocjonalnie wyjątkowym.
Nie powiem nowym, bo bywaliśmy na leśnych spacerach, ale to była druga taka prawdziwa wyprawa.
Część ojców, szczególnie tych ambitnych, którym nie udało się osiągnąć sukcesu w jakiejś dyscyplinie, wywiera presję na synach, wierząc, że to im uda się zrealizować niespełnione marzenia ojca. To typ rodzica, który wywiera presję nie tylko na dziecku, ale też poucza trenera, nauczyciela, każdego w kogo ręce trafi potomek, dziedzic niczego, spadkobierca niespełnionych marzeń. To ci ojcowie antagonizują się z rodzicami konkurentów syna obciążonego ambicjami ojca. Są chodzącą definicją roszczeń, a o kontuzji czy zdrowiu dziedzica skrzętnie poinformowani zostają wszyscy zstępni, wstępni, sąsiedzi, znajomi króliczka i okoliczne wsie. Taki ojciec opowiada o kontuzji dyskredytując po drodze wszystkich lekarzy, którzy mieli cokolwiek wspólnego z nogą czy ręką albo przywodzicielem uda.
No więc jak już "przejechałem się" po ojcach-mentorach-trenerach-wyroczniach, pozostaje mi powiedzieć, że nigdy taki nie byłem.
Więc mówię - nigdy taki nie byłem. Chciał tańczyć, tańczył, chciał trenować taekwondo, trenował, a gdy chciał zostać frontmanem zespołu rockowego, został. Każdą z wymienionych i inne pasje przerwał tak jak zaczął, czyli gdy tylko zechciał.
Uwierzcie mi, że nawet niespecjalnie zachęcam syna do czytania bloga, w zasadzie nie więcej niż 3-4 razy zapytałem czy może widział na blogu to czy owo.
Jest typem wielkomiejskim. Jak większość za młodu. Centra, szum, zgiełk i sasajeti. Wiadomo. Tym bardziej chęć syna na wspólną wyprawę była dla mnie czymś niebywale zaskakującym.
Nie miałem pojęcia jak będzie. Nigdy tego nie wiem gdy idę sam, tym bardziej nie wiedziałem idąc we dwójkę. Byłem ciekaw czy uda nam się coś zobaczyć ale najbardziej interesowało mnie jak Paweł to przeżyje, czym dla Niego będzie wyjście z ojcem "do jego świata".
Szczęśliwie bór obdarzył nadspodziewanie dobrze. Było co oglądać, były emocje, będą zatem wspomnienia. W moim wieku mam prawo uznać, że wspomnienia pozostające w głowach dzieci są ważniejsze niż terabajty zdjęć.

Z pewnością nie da się zapomnieć spotkania z samcem dzika. To był naprawdę solidny okaz! Rosnące szable znacznie podniosły już wargi, a wzrok miał posępny jak polska polityka.


Zobaczyliśmy go z pewnej odległości.
Wtedy nie mogłem przypuszczać co się wydarzy. Na odgłos dzika zareagował jak wytresowany. Ruszył w moją stronę.


Gdy zatrzymał się kilka dosłownie metrów przede mną, obróciłem się, by wiedzieć gdzie jest syn. Z premedytacją szedł w naszym kierunku! Zakładałem, że ruszy na nas. Takiego zachowania jeszcze nie widziałem. Czułem się lekko zaskoczony.
Jestem daleki od lęków, ale nie byłem sam, a rodzicom nie muszę tłumaczyć, że własne zdrowie nie ma najmniejszej wartości, gdy chodzi o dzieci. Syn jest wprawdzie mężczyzną, ale to ciągle syn.
Z podwórkowych lat pamiętam, że wszelkie potyczki wygrywa ten, kto pierwszy zaatakuje.
Ruszyłem na dzika. Tylko to mi przyszło do głowy. Czekanie na jego decyzję jakoś mnie nie przekonywało.
Była to o tyle słaba taktyka, że gdyby dzik nie zareagował, po wykonaniu 3-4 kroków dotknąłbym go nogawką spodni.
Ruszył, niestety pierwotnie w naszą stronę i tak powstało moje ulubione zdjęcie z tego spotkania ...

Dopiero po chwili odwinął zmieniając kierunek.
Ufff ... 

- Paweł robiłeś mu foty?
- Nieee, komórę schowałem do kieszeni, by mieć wolne ręce ... jakby co.
- Jakby co ... chciałeś się z nim bić?!?
- ... no tak.
- Wolne ręce przydałyby Ci się tylko w jednym celu - by jak najszybciej się wspiąć na drzewo, co przy tej odległości i tak skazane byłoby na niepowodzenie :)

Jeszcze kwadrans po odejściu dzika, pozostawałem pod wrażeniem jego nietuzinkowego zachowania.
Miałem wrażenie, że gdybym klęknął, podszedłby na pół metra. Raz coś takiego przeżyłem 7 lat temu. Nie ma się wtedy pewności co do intencji osobnika. Tamten był jednak o rok młodszy.


 Ojcom nie muszę tłumaczyć, czym był dla mnie widok syna na "moim terenie" w moich ubraniach.
Wiem, jestem sentymentalny, ale co poradzę. Jestem jaki jestem, jak powiedział pewien filozof :)

Leśne polanki nie szczędziły nam prezentów.

Ale nie tylko polanki!
W pewnym momencie obserwowaliśmy odchodzące przesieką stado łań.
Było szarawo i dopiero po jakimś czasie Paweł zwrócił uwagę, że korowód zamyka byk.
To był ... ON!
Nieprawdopodobny byk, którego przecież tydzień wcześniej fotografowałem. Słabo widoczny na tle brązowych liści.

  Postanowiłem jakiś czas iść za nim.

 Tak jak pisałem o nim za pierwszym razem - był bardzo czujny i cwany, Inna sprawa, że suche liście nie pomagają w podchodzie :)


Ostatecznie ustawił się jak na zmówienie. Jeszcze ta sójka ...
Dał się zapamiętać ze swojej "najlepszej strony" :)
W końcu na lewej tyce ma dziewięć odnóg. Dwie nie są w pełni rozwinięte, ale to wciąż przyszłościowy byk. Chciałbym go spotkać w przyszłym roku i zobaczyć co też sobie nabuduje na głowie.


Jakby tego nie było dość, w drodze powrotnej spotkaliśmy liszkę.
Początkowo przyglądała nam się z pewnej, acz malowniczej odległości.


 Za chwilę podeszła nieco bliżej. Kompletnie się nas nie bała. Ba, wręcz wzbudzaliśmy jej zainteresowanie!
Ja to rozumiem, przyzwyczaiłem się, ale "Warszawiak" ??? :)))

Zachodziła nas raz z prawej, raz z lewej.

Niby się nami nie interesowała, ale było oczywiste, że wyłącznie nami :)

Ostatecznie podeszła do mnie i ... powąchała obiektyw!
Mój syn to nagrał, jak prześle, opublikuję.

 Coś jest na rzeczy ... gena, jak mawia moja córcia, nie oszukasz!