czwartek, 25 sierpnia 2016

czarny byk na szczęście!

Ależ miałem czutkę tego wieczoru. Z domu wyszedłem późno. Może i lepiej, bo nie "pajacowałem" z robieniem niepojętych kilometrów, a pojechałem na tzw. pewniaka.
Pewniak to miejscóweczka, na której kręciłem film z potyczką byków ze słynną już sarną w pierwszym planie, a który pokazywałem w niedawnej opowieści.
Ruch powietrza był nieokreślony, postanowiłem nie wchodzić zbyt głęboko w polankę, ukryłem się na samym wejściu. Tropy były wszędzie, miałem nadzieję, że to dobra decyzja.
Komarzyska cięły bezlitośnie, jak na złość nie miałem repelentu. Siedziałem ukryty za solidnym dębem. Nade mną toczyła się zaciekła walka wiewiórek. Postanowiłem nie dać się sprowokować i nie wstałem z miejsca. Trudno, tym razem miałem w zamyśle byki i pozostałem wierny temu założeniu.
W pewnej odległości, pojawiło się COŚ!!! Oczywiście nagle, bo w takich okolicznościach wszystko i zawsze pojawia się nagle :)
Naprawdę nie miałem pojęcia co, bo słońce już zaszło, a to COŚ było czarne jak smoła!
Gdy wsparłem wzrok optyką aparatu, okazało się, że to ... byk!

Musiał dopiero co wyjść z babrzyska. Ociekał jeszcze i lśnił mimo szczątkowej ilości światła. W takiej bagiennej osłonie był niedostępny dla szczególnie dokuczliwych owadów. Jak ja mu zazdrościłem!
Swoją drogą, to rarytasik, takiego "kocmołucha" jeszcze nie widziałem. Pomyślałem - czarny byk na szczęście!
Nie minęło długo wiele, a z mojej prawej strony wyszedł przepiękny młodzieniec!
Wziąłem odwet za zeszłorocznego "papraka" czyli sytuację, która rozegrała się dokładnie w tym miejscu, podczas której też wyszedł byk, tyle że aparat ustawił ostrość na ... trawę!

Tym razem byłem przygotowany, popatrzmy na tego niezwykłej urody młodzieńca:

 Sytuacja rozegrała się tak blisko, że musiałem redukować zoom, Byczek nie mieścił mi się w kadrze,






Pięknie wyeksponowany na tle pełzającego, wieczornego oparu nad polanką. Zdjęcia robione przy 1/40 sekundy, więc okrutnie się cieszę, że tak to wyszło. Dzięki temu udało się to zrobić przy ISO 640 i tak jak lubię, bez słońca.
To jest byczek w drugiej głowie, czyli trzylatek. Wprawdzie mógł być równie dobrze ósmakiem, nie szóstakiem, ale gdy przyjrzymy się niezwykłej symetrii poroża i pokrojowi jego ciała, nie ma wątpliwości, że to przyszłościowy młodzieniec, czyli, że "będą z niego ludzie" :)

Chwilę później miała miejsce scena, której nie zapomnę długo.
Dwadzieścia metrów ode mnie, rozpoczęła się walka byków. Mimo prób podejścia, mogłem jedynie posłuchać dźwięków starcia. Czułem po odgłosach, że jest tam starszy byk. Nic nie mogłem zrobić, wszystko rozegrało się w gęstwinie młodnika. Czekałem cierpliwie z nadzieją, że wyjdą na otwarty teren.
Zrobiło się już całkowicie ciemno, o zdjęciach nie było mowy, ale chciałem je chociaż zobaczyć.
Po kilkunastu minutach potyczki, pierwszy z nich pojawił się ... w końcu!!!
Ustawiłem ISO na 3200 i "wydłubałem go z mroków nocy". Aparat  długo szukał obiektu, zoom "szlifował" w jedną i drugą, Myślałem, że to się nigdy nie skończy.

Być może  jakiś "Jożin z Bażin" ucieszy się, że Mikunda znowu opublikował słabe technicznie zdjęcie, :) ale zobaczcie proszę, jaki masywny korpus i kark ma ten samiec. Jaka jest zasadnicza różnica w budowie między młodym byczkiem, a bykiem. Wprawdzie to tylko dziesiątak, ale masę ciała ma imponującą.

Na koniec muszę pokazać rudzielce, które mnie obserwowały podczas tej zasiadki i mam nadzieję, że się zgodzicie, że te zdjęcia zasłużyły na publikację:)

 Tu, na omszałym pniu starego dębu - bezpośrednio nad moją głową!

 Nawiązaliśmy kontakt :)

I kolejna próba rozpoznania, tym razem z nieco większej odległości :))

I taki to oto wieczorek się trafił.
Miłego oglądania Państwu życzę ;)

środa, 24 sierpnia 2016

Pan Bóg i bocian!

Od lat gdy patrzę na bociany, zastanawiam się co Pan Bóg miał na myśli malując te ptaki w taki sposób?
Zderzenie największych kontrastów jakie można wykombinować. Biel i czerń, a do tego czerwony dziób i nogi! Jest wiele czarno-białych ptaków, ot chociażby sroka, ale ona ma czarny dziób i ciemne kończyny  ... no to się jeszcze daje zrozumieć.
Dzieci robiąc bałwana wkładają białej sylwetce na głowę  czarny kapelusz lub garnek i wtykają dla kontrastu marchewkę.
Czym zawinił poczciwy bociek nie wiem, ale kolorystycznie "chodzi" w tej samej lidze!
Naprawdę chętnie zapoznałbym się z jakimś logicznym wytłumaczeniem tego dress kodu :)

Żartów dość!
Nie wyobrażam sobie naszego krajobrazu bez tych zachwycających, choć zaskakująco ubarwionych ptaków. Bocian jest zdeterminowanym drapieżnikiem. Oczywiście nie jest ptakiem szponiastym, nie ma typowego dla skrzydlatych drapoli dzioba, ale poluje, zabija i "łupy" zjada. Jego menu jest mięsiste, obfitujące w ssaki z wyraźną dominacją gryzoni. Wbrew panującej powszechnie opinii, żabki i takie tam różne "obślizłe" stanowią tylko ok. 5% jego pożywienia. Cieszy się u nas wielkim szacunkiem, choć jego CV jest pełne dyskusyjnych faktów.
Ale ja tu nie jestem od podważania zasadności uwielbienia narodowego jakim cieszy się ten gatunek, bo sam darzę go ogromną sympatią.
Ze względu na to, że od jakiegoś czasu sejmikują, mamy ostatnie okazje by je w tym roku podziwiać.
Nagle przyjdzie TEN dzień, w którym ich nadworny meteorolog puści wici o przyjaznym froncie, czyli nośnych wiatrach we właściwą stronę i ... tyle je zobaczymy. Poderwą się i odlecą.

Nie czułbym się fair, gdybym nie pokazał ich o tej porze i w ten sposób nie pożegnał.





  



 Tu dla odmiany żurki zdobiące nieba pochmurnej Warmii.

A rano witała mnie taka melodyjna scenka ;)


wtorek, 23 sierpnia 2016

Mała rzecz, a cieszy!

Małe rzeczy.

Codzienność nie zawsze głaszcze,
mimo to warto umieć się cieszyć,
choć po drodze co krok są chaszcze,
dostrzegajmy też małe rzeczy.

Nie zawsze wielkiej tajemnicy lico
stanie przed naszym obliczem, 
wtedy warto pochylić się cicho
nad ważką, wiewiórką czy ... niczem.
KLM

W komentarzach poprzedniej Leśnej Opowieści,  znalazły się dwie piękne formy pisane wierszem.
Ponieważ raz na jakiś czas ale za to od bardzo dawna, popełniam coś w stylu myśli wierszowanej, postanowiłem dzisiejszą opowieść ozdobić taką krótką, acz odwołująca się do zdjęć, formą napisaną specjalnie na ten użytek.
Tydzień temu, gdy fotografowałem ptaszki nad babrzyskiem, odwiedziła mnie stara znajoma - wiewiórka. Skacząc z gałązki na gałązkę, zatrzymała się po raz kolejny metr nad moją głową.
Przyglądała się, oceniała i zbiegła na najniższą gałązkę drzewa, które było bardzo blisko.

W zacienionej świerkowej drągowinie, mimo półmroku, zauważyłem błysk w jej bystrych oczkach. To młody osobnik. Lubię fotografować wiewiórki leśne. Ich umiejętność przemieszczania się w trzech mediach: drzewa, ziemia, powietrze, czynią je jednymi z bardziej wolnych i niezależnych stworzeń lasu.

Trzymała w łapkach jakiś kawałek kory czy patyka. Rozglądała się i w zasadzie byłem przygotowany na zakończenie spotkania. Otrzymałem już sporo satysfakcji. Nie mogłem się spodziewać, że nabierze do mnie aż takiego zaufania i zrobi to co za chwilę nastąpiło!
Chyba uznała, że jestem niegroźną bryłą ... czegoś :) i zbiegła na ziemię. Podeszła do lustra zaglonionej kałuży babrzyska i ... piła!
To bardzo ważki moment w żuciu zwierząt. Rude maleństwo musiało opuścić bezpieczną plątaninę gałęzi, zejść po stromym zboczu nad lustro wody, pochylić głowę ograniczając postrzeganie i szybkość reakcji na ewentualne zagrożenie.

Nie wyobrażacie sobie jak bardzo cieszyłem się tą obserwacją i zaufaniem jakim obdarowało mnie otoczenie. To był mały-wielki prezent.
Postanowiłem tym kilku zdjęciom poświęcić odrębny wpis.





niedziela, 21 sierpnia 2016

Jakkolwiek rozumiana normalność.

Sobota. Rano. Normalne rano czyli okolice szóstej z minutami. Ale skoro jak twierdzi część fizyków czas nie istnieje, to nie przywiązujmy się może do konkretnej godziny. Po prostu był to kolejny zachwycający czas spędzony w puszczańskich ostępach. Bezcenne chwile wolności, oderwania się od codzienności, która z pewnością nie nastraja dziś nikogo pozytywnie. I tak traktuję dzisiejszą opowieść - zapraszam Was w do przestrzeni wolności i miłości. Tu, w środku ogromnego lasu, nie licząc wszędobylskich zrębów, wciąż można obserwować niezmącony od lat cykl życia i śmierci z dala od polityki i kulejącej gospodarki. Zwierzęta rodzą się, żyją dając kolejne życia i umierają. Wszystko w niezmiennym od lat rytmie, oparte o tysiącletnie celebracje odwołujące się do instynktu przetrwania. Zarówno przetrwania w rozumieniu osobniczym jak i gatunku.
Często się nad tym zastanawiam jak bardzo zazdroszczę zwierzętom myślenia alfa. Nie widzą wielu rzeczy i z wielu nie zdają sobie sprawy. Mają szczęście wielu kwestii nie przeżywać po prostu. My, gatunek obdarzony inteligencją, wrażliwością, empatią, świadomością, skazani jesteśmy na miliard mniejszych i większych lęków. Czas spędzony w lesie, jest naturalnym buforem dla tych "gorszych" emocji. Puszcza jest bezcenną dawką "czystych" przeżyć, pozytywnych obserwacji, których poza przyrodą i oczywiście rodziną, już prawie nie ma. W przeciwieństwie do świata, który stworzyliśmy, las nie zwariował. Nie gromadzi więcej i więcej, nie pogorszyły się relacje między gatunkami ani tym bardziej w obrębie poszczególnych gatunków. Gatunek CZŁOWIEK tego o sobie powiedzieć nie może. W naturze pod wieloma względami wszystko pozostało tak jak było milion lat temu. Jeleń tak samo ucieka od wilka, pisklaki są tak samo zagrożone wiewiórką czy wroną, drzewa identycznie walczą między sobą o światło. Nie ma progresu tych relacji, bo nie ma w przyrodzie zachłanności, gromadzenia ponad miarę. Jest tylko wola przeżycia bazująca czy odwołująca się do fundamentalnych zasad. My niestety jako gatunek obciążony pazernością, będziemy na wieki skazani na cykle, w których w szczycie pazerności na zmianę będziemy cieszyli się z trzeciego telewizora i drugiego samochodu  lub po prostu kromką chleba po kolejnym wewnątrzgatunkowym konflikcie. Narasta we mnie przekonanie, że to wszystko z czego jesteśmy tacy dumni - intelekt, umiejętność mowy, technologia, tzw, cywilizacja ... że to wszystko jest za przeproszeniem gówno warte. Podporządkowaliśmy wszystko korzyściom jednostek. Jakie to beznadziejne. Przepraszam Was, że mi się nieco zebrało, ale nie jest tak, że nie widzę świata po za lasem.
Póki co, zapraszam na relaksacyjny spacer, na chwilę oddechu, na zregenerowanie się poprzez kontakt z tą częścią naszej rzeczywistości, która ocaliła jakkolwiek rozumianą normalność ... prawdę.
Poniżej kilka ujęć objawów tej normalności, czyli scen z życia puszczy, narodzin, życia i śladów odchodzenia.






 ząb czasu ...









czwartek, 18 sierpnia 2016

Leśna grafomania, kicz i banał ...

Ten nie do końca sympatyczny tytuł to efekt jakiejś spontanicznej myśli dzisiejszego deszczowego poranka. To podkreślenie "myśli poranka" nie jest podstępną próbą przemycenia informacji, że ja myślę. Bez przesady! Ja co najwyżej obserwuję. :)
Gdy wszedłem do lasu o szóstej, nie mogłem ... wydumać nic innego, jak to, że każda próba opisania tego co ujrzałem, MUSI otrzeć się o grafomanię, o kicz i banał.
Moja Puszcza przywitała mnie najpiękniej jak potrafiła. Kolory przygaszone, zieleń z jednej strony matowa, z drugiej tu i ówdzie pobłyskiwały ociekające z gałęzi krople. Las przyjmując z miłym dla ucha szumem wodę deszczu, jednocześnie oddawał ją, parując w niezwykle spektakularny sposób. Drugie plany delikatnie rozmywały się w niebieskościach poranka. Puszcza w takich warunkach jest mistyczna, pełna tajemnicy i głębi. Mokry podszyt bezbłędnie tłumił każde stąpnięcie. Byłem w raju.
Szedłem określić poranną rutę jeleni. Nie wiedziałem czy się uda, ale czułem, że wydarzy się coś wyjątkowego. Nie żebym był jasnowidzem, po prostu w takiej aurze zawsze tak mi się wydaje :)))

Satynowy las.

Puszcza naprawdę starała się mnie dziś ugościć. Robiła co mogła. Doceniałem to!

Na "coś wyjątkowego" nie musiałem długo czekać. W niezwykle atrakcyjnej okoliczności spotkałem niesamowicie siwiuteńką łanię.  To najbardziej siwa łania jaką widziałem w życiu!
Do tego te kropelki wokół jej głowy ... moja radość nie mieściła się we mnie. Żaden byk (do osiemnastaka:))) ) nie sprawiłby mi większej radości. W wyjątkowych sytuacjach zwykłem byłem używać terminu o zabarwieniu hmmm ... przepraszam ... honoryfikatywnym - Jegomość czy Jejmość!
W przypadku tej damy czynię to w pełni uzasadnienie!


Moja duma!

Z szacunku dla jej siwizny, odczekałem aż spokojnie odejdzie.
Sto metrów dalej taki widok - tzw. fil spomiędzygałęźny!
Obliczyłem, że przeszedłem w życiu po lasach ponad 30 tysięcy kilometrów. Może to nie jest rekordowo dużo ale wystarczająco wiele, by ten wzrok mnie zatrzymał :)
Wiedziałem, że od tej pory każdy mój najmniejszy ruch spowoduje panikę tej czujnej obserwatorki.
Również czekałem. Podskoczyła dwa razy i odeszła po chwili. Ruszyłem dalej. Wiedziałem, że nadmierną paniką nie zaalarmuje jeleni.
Ilość grzybów skutecznie mnie rozpraszała, nie mogłem się skupić na okolicy, postanowiłem zasiąść. Oczywiście miejsce nie było przypadkowe. Usiadłem na pniaku tak, by mieć przed sobą znany mi  leśny szlak jeleni.
Cholerka, czekanie w bezruchu to najcięższy sprawdzian dla mojego charakteru. Lubię iść, bo podczas "iścia" wydarza się więcej. Ale trudno, postanowiłem to siedzę!
Pół godziny ... nic. Przesiadam się 50 metrów bliżej. Uznałem, że to za blisko ruty, ale trudno - decyzja zapadła.
I nagle w pełnym szacunku dla panującej ciszy padającego deszczu ... są!
Poniżej typowo reportażowe ujęcia z przemarszu chmary. Kochani, podkreślam tę reporterskość, gdyż jest pewna zasadnicza różnica między fotografem, a fotografikiem. Absolutnie nie chcę rankingować czy oceniać co jest lepsze. Wśród przedstawicieli obu grup są osoby, które cenię i podziwiam i nie raz o Nich imiennie pisałem.

Jestem fotografem i pokazuję fotografie, nie fotografiki. To chyba ważne, by nie mieszać tych dwóch naprawdę różnych dyscyplin. Staram się dokumentować realny las i jego życie, często kosztem poprawności technicznej zdjęć. Jest mi miło gdy niektóre zdjęcia wydadzą się Wam ładne, ale to wartość nieoczekiwana. Rzetelne obrabianie zdjęć wymaga godzin pracy, ja w tym czasie jestem w lesie i nawet gdybym chciał się wykazać stopniem opanowania programu graficznego, nie mam kiedy.
Piszę o tym też z tego powodu, że liczę na zrozumienie, gdy tak jak poniżej, trafia się zdjęcie ruszone. Zdjęcia chmary robiłem przy czasie migawki 1/80 sekundy. Naprawdę ciężko przy ogniskowej 420 mm zrobić w takich warunkach fotę "na żyletę", a chyba szkoda byłoby nie pokazać tego spokojnego, naturalnego przejścia stada. To niezbyt częsta obserwacja. No i do tego kto jeszcze jest tak głupi, żeby wstać o 5-ej rano i mimo upierdliwego deszczu wyjechać na zdjęcia, hę?!? ;) No to skoro na mnie padło, to proszę o rozgrzeszenie za jakość, bo w tych warunkach normalnie pracować się nie da! :))))


Klasycznie z łaniami ciągną się młode byczki. Nie opuszczają chmary do 3 roku życia.
Oczywiście młodzież nakłada poroże najpóźniej i najpóźniej je wyciera. Stąd mimo tego, że dorosłe byki są już wytarte, ten młodzieńczy oręż jest jeszcze w scypule.

 ... i szły ...

 ... i szły ...

 aż ...

 ostatnia niestety mnie zauważyła! Ale ponieważ była ostatnia, nic szczególnego się już nie wydarzyło - poszły sobie :)

W drodze powrotnej, gdy miałem już plecak pełen prawdziwków, kurek i podgrzybków (kołpaki już są!) spotkałem jeszcze i tę samotnicę.




wtorek, 16 sierpnia 2016

babrzysko-perlisko!

Spieszę się z tą krótką opowiastką, bo wiadomo - niedługo byki-tryki, a materiału mi się uzbierało, że hej! :)))

To niezwykłe kiedy udaje się w naturalnych warunkach, czyli w Puszczy, obserwować z bliska ... życie!
Szczególnie gdy to życie manifestuje się rzeczywistymi jego przedstawicielami.
Mam takie ukryte miejsce naturalnego wodopoju zwierząt. Gdy tam wchodzę, towarzyszą mi niezwykłe emocje i szacunek do tego miejsca.
Szczęśliwie świerk stworzył tam coś na kształt schowka.
Jeszcze szczęśliwszy jest dla mnie fakt, że mimo efektu pewnej wybujałości genetycznej, mieszczę się w nim idealnie. Kiedy tam siedzę jak trusia ... taka przerośnięta trusia, siadają przede mną liczni przedstawiciele avi-fauny. Drobnej, ale jakże uroczej. Może powodują to skrajne dysproporcje mas (ptaszków i mojej osobistej), bo ma się to mniej więcej jak 1 : 5000, ale jakoś szczególnie doceniam te spotkania. Wręcz uważam je za wzruszające. Las nigdy, ale to nigdy nie byłby tym lasem, gdyby zabrakło ich śpiewów i ogólnego ale niezwykle uroczego rozgardiaszu. Dwa metry przede mną jest krzew, nad którym pastwił się rok temu byk ścierający swędzący scypuł. Krzew obumarł na skutek osobliwych pieszczot, ale w przyrodzie nic się nie marnuje. Zeschłe badyle stały się ulubionym przystankiem "perełek" przed zeskokiem do źródła życia - wody!
Raz na jakiś czas lubię tam sobie "klapnąć" w celach odpoczynkowych. Obserwacje niemal nigdy mnie nie rozczarowują.
Dziś dzielę się z Wami efektami ostatniego "postoju".
To miejsce jest mocno zacienione, więc wicie-rozumiecie - zdjęcia jak zwykle skaszanione ale  ja tak to widzę i postanowiłem tego nie "naprawiać".

 Trznadel.

 Sikora sosnówka.

 Sikora czubatka.


 Sikora bogatka.




 Sikora czarnogłówka.