czwartek, 8 grudnia 2016

Dzielna "Kuśtyczka"


Nigdy się nie zastanawiam czy uda mi się coś sfotografować. Jadę do Puszczy i tylko to się liczy.
Nie ukrywam jednak, że gdy na samym początku wyprawy uda się zrobić jakieś zdjęcia, cieszę się, że będzie o czym napisać. :)

Tak było tym razem.
Już sama droga, którą jechałem, była zwiastunem dobrze zapowiadającego się dnia.


Chwilę jednak wcześniej byłem świadkiem ciekawej obserwacji.
Sarnę, której poświęcam tę opowieść, poznałem dwa lata wcześniej. Była jesień 2014 roku.
W tamtym okresie obserwowałem ją wielokrotnie lecz gdy ją zobaczyłem pierwszy raz, pomyślałem z żalem, że zima ją zweryfikuje, że nie da sobie rady. Ten ciężki okres jednak spędziła w dużym stadzie, przeżyła!

Skąd wiem, że to ta sama sarna?
Za chwilę nie będziecie mieć tej wątpliwości.


Przypadłość, która ją spotkała wydawała się dyskwalifikująca. Bezpańskie psy, niższa sprawność ruchowa, wszystko zdawało się być dla niej zagrożeniem.
Z wielką serdecznością, dla potrzeb jakiegoś wewnętrznego z nią dialogu, nadałem jej imię "Kuśtyczka".

video

 Jakież było moje zdziwienie, gdy po długim okresie spotkałem "Kuśtyczkę" ponownie!
Uśmiech na twarzy towarzyszył mi do wieczora.
Wersja dla młodszych Czytelników - "banan nie  schodził mi z ryja do nocy" ;)

 Zdjęcia robiłem w półmroku, ale wyraźnie widać jej przypadłość.


 Coś ścisnęło mnie za serce ...


 Często trzymała tę kończynę bardzo wysoko co tylko potęgowało wzruszenie. To jakby gest błagalny, jakaś niewypowiedziana prośba. Głowa podpowiadała różne ckliwe interpretacje. Ech.


 Cierpliwie, pełna pokory, przyglądała się harcującemu, jak sądzę potomstwu.

video
Ten krótki film ilustruje to najlepiej.

A to koziołek:




Mam cichą nadzieję, że to jej potomstwo, że mimo kalectwa, nie dość, że przeżyła, okazała się dzielną matką. Wyprowadziła dwójkę dzielnych zdrowych koźląt.

To spotkanie, niecodzienna obserwacja, niezwykle mnie uskrzydliła. Obecność "Kuśtyczki" tak wiele mówi o sile przetrwania dzikich zwierząt i naszej ułomnej ocenie tego, czy zwierzęta z defektem powinny czy nie powinny żyć. Ona przeżyła zimy i oby nie musiała zmierzyć się z kwalifikacją do odstrzału sanitarnego, bo jak widać nie zasługuje na to!
W oczywisty sposób piję między innymi do selekcji jeleniowatych w polskim wydaniu, gdzie o śmierci decyduje nie niesprawność fizyczna zwierzęcia, a np. lekka niesymetryczność poroża, krzywo wyrośnięta odnoga tyki itp. pseudo-przypadłości. Pozostawiam to do przemyślenia, do głębokiego przemyślenia, tym bardziej, że poroże odrasta rok po roku i za każdym razem inne ...


p.s.
Tę opowieść dedykuję Beatce Kurowickiej, której obiecałem, że tym razem nie zamieszczę zdjęć skłaniających do zachwytów nad samą fotografią. Och ta moja przewrotność :)

wtorek, 6 grudnia 2016

Las niebieski ... niebiański!


 Noooo, takie niebieskie poranki to ja bardzo!
A gdy pada śnieg to już w ogóle. Obfitym deszczem też nie pogardzę.

Aparat cyfrowy zbudowany jest z części fizycznej, odpowiednika naszego ciała i z oprogramowania, odpowiednika naszej duszy.
Nawet jeżeli to zbyt odległa metafora, trudno, dla potrzeb tej historii, pozwolę sobie przy niej pozostać.
Tego dnia mój aparat dostrzegł i wyłuskał te niebieskości w jakiś szczególny sposób.
Jakby chciał mi coś podpowiedzieć.
Gdy już w domowych pieleszach oglądałem zdjęcia, postanowiłem nieznacznie dopieścić te niebieskości.
Mimo tego, że najczęściej wykonuję tylko podstawowe zabiegi retuszerskie (kadrowanie, nasycenie, ostrzenie, kontrast, korekta balansu bieli) tym razem nieco "podciągnąłem" kolory szukając klucza do pewnej estetyki. Mam nadzieję, że poza moim, trafiłem w jeszcze chociaż jeden gust. :)


Tak powstał tryptyk pod roboczym, jednorazowym i raczej niegodnym zapamiętania tytułem -  
"Las niebieski ... niebiański."

 

 
Kiedy patrzę na taką Puszczę i rzęsy sklejają mi kolejne płatki śniegu, ubranie bieleje w oczach, a przed kolejnym zdjęciem muszę wytrzeć wizjer aparatu, to chyba jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nie umiem opowiedzieć jak bardzo lubię być w taką aurę w lesie. Tyle w tym atawistycznej prostoty chwili. Ech ...

Przygoda z takim światłem zwykle trwa krótko. Rzeczy niebieskie dzieją się w okolicach wczesnego poranka. Potem przybywa promieniowania czerwonego, które neutralizuje to niebieskie, a w pochmurny dzień staje się po prostu szare.

To był dzień, w którym powstał całkiem niedawny post z bielikami - http://krzysiekmikunda.blogspot.com/2016/12/bieliki-na-biaej-stopie.html

 Odwiedziły mnie też moje ukochane "czarnuchy" zwane krakersami, a jakże! Fotografowanie połyskliwej czerni na białym tle bywa wyzwaniem. Zwykle albo śnieg jest OK, a kruk jest czarną plamą bez detali, albo kruk jest OK, a śniegu ... nie widać :)))


 Jak widać, nie zawsze udaje się zdążyć złapać je w kadrze :)



Odwiedziły mnie też dwa myszaki popularnie zwane myszołowami zwyczajnymi ... czy może odwrotnie ...;)




Ostatnie posty pozwoliły mi zatem zaprezentować trzy ulubione i najczęściej zimą widziane duże gatunki naszej Puszczy - bieliki, kruki i myszołowy.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Biały las i ... jelenie.

Nie nadążam z materiałem. Mam kilka fajnych, jak sądzę, zaległości w publikowaniu obserwacji z lasu. Ale spoks, kolejno powrzucam co trzeba :)

Dziś najbardziej pragnę pokazać wczorajszy las.
Jestem fanatykiem zimy i z tego powodu, mój zegarek przez cały rok, niezmiennie i bezkompromisowo wskazuje czas zimowy. Jak sobie radzę z odejmowaniem godziny od wskazanej, pozostaje wielką tajemnicą, której sam nie rozumiem! ;)

W wyniku uczucia jakim darzę zimowy las, pierwszy śnieg wywołuje coś na kształt euforii.
Taki spacer gdy jest ponowa, bywa źródłem ciekawej wiedzy. Wszystkie tropy i ślady zwierzyny są najświeższe z możliwych, co pozwala stosunkowo precyzyjnie oszacować ich rzeczywistą ilość na danym terenie. Oczywiście w danym czasie.

Śnieg niestety był głośny. Nie ułatwiało mi to zadania. Po spędzeniu dzień wcześniej ponad 6-ciu godzin na zasiadce , nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed marszem. Za nic w świecie nie usiadłbym dzień po dniu w szałasie. Nie tym razem.

No i jak można było nie iść takim lasem? Zmieniające się w trakcie iścia widoki, powodują, że człowiek ma wrażenie oglądania albumu 3D. Nie, że jest bohaterem filmu 3D! Na planie, że jest znaczy ... no bo przecież dochodzi ruch powietrza, zapachy, drętwienie palców i orzeźwiający chłód.
Wspominam nie bez kozery (co to jest ta kozera, nie mam pojęcia, ale bez niej ciężko argumentować) o 3D, ponieważ zimą, gdy nie ma liści, wzrok w lesie "leci" dalej niż zwykle, co potęguje przestrzenność obserwacji.



 Czasami, acz niezmiernie rzadko, panoramowanie udaje się ... w miarę :)

 Tą sierotę z uszkodzonym prawym możdżeniem, dwa-trzy kilometry dalej, spotkam dziś raz jeszcze.


 Sweet! To jest chwila, dla której nie tylko warto żyć, warto też się nią podzielić.


 Po chwili czujna mamuśka zmierzyła mnie wzrokiem!

 Tak to wygląda 1:1. Pięknie znaczy.

 Stałem i stałem w tej przesiece i się dostałem! Wystarczyło dwadzieścia kilka  minut i taka obserwacja. Ukazał mi się las zawierający idącą spokojnie łanię! :)


 A tu powtórne spotkanie z tym bidokiem. Podszedłem go tym razem nieco bliżej.
Śnieg chrupał jak deptany karton, ale idąc między drzewami, po obsypanym mchu i jagodzinach, jakoś się udało.


Zawsze mnie pilnują latając nisko nad głową :)


Nawet pochmurność nie odbiera "lasu" uroku.
p.s.
oczywiście powinien być celownik - lasowi, ale zawsze bawi mnie użycie dopełniacza - wrażliwych polonistów przepraszam.
Za więcej zresztą rzeczy niż zamiana celownika z dopełniaczem :)))

sobota, 3 grudnia 2016

bieliki na białej stopie!

No i co tu pisać?
O czym?
Te zdjęcia niemal wszystko opowiedzą.
No może jedynie nie to, że siedziałem dziś pod świerkiem 6,5 godziny bez ruchu!
Na koniec zwymiotowałem z zimna, ot co.
Nie mogłem się ruszyć, ponieważ na świerku pod którym się schowałem, non stop siedziały kruki, a na pobliskiej sośnie od trzech godzin bielik! Tzn. wtedy jeszcze nie wiedziałem, że są to dwa bieliki.
Gdybym się przypucował ze swoją obecnością płosząc kruki, o bielikach mógłbym zapomnieć.
Od godziny nogi miałem zdrętwiałe jak porzucone kłody, z zimna telepało mną jak starym traktorem w czasie rozruchu.
Na 13-ą zerozero byłem umówiony z Panią Kasią w Tasbike Caffe na Curie Skłodowskiej.
Marzyłem, by po wyjściu z lasu zjeść słynne Tasbajkowe panini!
Gdy oddaliłem się od szałasu, zadzwoniłem do Pani Kasi, z informacją o prawdopodobnym spóźnieniu. To znaczy miałem zamiar to powiedzieć, ale z mojego zamrożonego, zdrętwiałego pyska, wydobyło się coś dziwnego, co nawet mnie jako twórcę tych dźwięków, wprawiło w zdumienie! Poczułem się lekko zakłopotany, bo ponowna próba artykulacji skończyła się jeszcze gorzej.
Jedyne co usłyszałem w słuchawce, to szczerze zatroskane pytanie - "Panie Krzysztofie, czy wszystko w porządku?!?"
Zdałem sobie sprawę, że mój stan chyba nie jest najlepszy, a erudycja i elokwencja nie miały nic wspólnego z serią niepojętych dźwięków, które opuściły moje ciało. Strasznie ale to strasznie mną telepało. Masakra!
Gdybym wiedział, że kruki mnie tak zaklinują w szałasiku, wziąłbym jednak termos.
Najgorsze było to, że bieliki usiadły ostatecznie na zanęcie w ostatnich minutach. No nie mogłem wyjść i już!
Wam za to życzę miłego oglądania w znacznie ciekawszych warunkach, niż te, które mnie spotkały ;)

 portret


 spojrzeliśmy sobie w oczy!



 drapole nawet gdy zanęta się nie rusza i tak muszą wykonać zadanie - ATAK!



 nie tylko mnie telepało :))))


 bystrzacha!






 maszyna krocząca! (to ten drugi)



bajkowy las :)

czwartek, 1 grudnia 2016

Kruki, a jednak!

Od ponad trzech lat chodzi mi po głowie coś jakby wydanie monografii dotyczącej kruków.
Zacząłem od intensywnego się im przyglądania, zbierałem materiał.
Budowałem szałasy, by obserwować ich zachowania w stadach zimowych. Jakie tworzą hierarchie, jak się komunikują, jakie mają zwyczaje i to co najbardziej mi spędzało sen z powiek ... co do siebie mówią!
Po dwóch zimach spędzonych w ukryciu, stwierdziłem, że dość!
Gromadziła się we mnie coraz większa ilość negatywnych przemyśleń dotyczących wykładania zanęt.
Przez ponad rok rzeczywiście nie wchodziłem do szałasów. Piszę o szałasach, bo typowej czatowni nigdy nie wybudowałem i raczej nie wybuduję.
Siła kontestacji jednak wygasała we mnie z każdym dniem. Nie chcę używać za dużych słów i porównywać tego co robię z jakkolwiek rozumianą nauką, ale ta zawsze wymagała ofiar i poświęceń. Moje obserwacje, doświadczanie, również wiążą się z jakimś stopniem kompromisu.
Dziś wydaje mi się, że nieco wyolbrzymiałem skalę problemu. Nie prowadzę przecież tak dyskusyjnych czatowni komercyjnych. Nie wykładam zanęt regularnie, co wiąże się z tworzeniem nawyków u ptactwa. Czatownie komercyjne funkcjonują jak wielkie karmniki. Ściągają regularnie wielogatunkowe towarzystwo, które rani się i rozprzestrzenia choroby. W ciągu sezonu lądują przed takimi czatowniami tony, dosłownie tony zanęty! Wydaje mi się, że sporadyczne wyłożenie żarcia nie czyni tych złych rzeczy, nie tworzy nawyków, nie ingeruje w pewną równowagę.
Po stosownym "samosięprzekonaniu", wróciłem do obserwacji moich ukochanych kruków.
Trafiła mi się gratka - patrochy po dziku!
No jak mogłem nie skorzystać, no jak? :)

p.s. Piotr - DZIĘKUJĘ!

 Resztką sił doniosłem na zaplanowane miejsce kilkadziesiąt kilogramów zanęty. Z każdym krokiem czułem, jak kolejne dyski wyskakują z międzykręgowych łoży. :)
Dotachałem to na miejsce i gdy tylko wyrównałem oddech, zasiadłem pod świerkiem. Zamaskowałem się trzema gałązkami i czekam.

To był strzał w dziesiątkę! Ponagrywałem kolejne ich odgłosy. Mam już sporą kolekcję do analizy.
Przyjemnością dnia, był fakt, że kruk usiadł metr przed moją twarzą na gałęzi pod którą siedziałem!
Co za emocja :)

Poniżej seria z dzisiejszej foto-sjesty.
Gdy zanęta jest naturalna, na szczęście nie trzeba jej unikać w kadrze. Wszystko wygląda tak jak trzeba.

Czyż nie są imponujące?
Czyż nie są intrygujące?
Czyż nie są po prostu piękne!