czwartek, 19 stycznia 2017

emocji zmierzyć się nie da!

Dawno, dawno temu, w odległej Galaktyce ...

... gdy miałem znacznie gorszy sprzęt, też robiłem zdjęcia.

Były one znacznie słabsze ale spotkania ze zwierzętami dostarczały takiej samej ilości radochy.
Dziś odgrzebałem w przepastnym "archi" uwiecznione niezwykle dynamiczne spotkanie.
Trwało krótko, zdjęć powstało kilka, ale pokazuję te dwa, bowiem oddają zajście w stu procentach.

Usłyszałem biegnącą łanię, wycelowałem aparat w miejsce jej najbardziej prawdopodobnego wybiegnięcia i ...

trzask! migawka!

 Zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga* nie udało mi się jednocześnie w sposób bezdyskusyjny pokazać i pędu i kształtu ... no cóż. Jedno jest pewne - zdjęcie technicznie słabe, a wspomnienia cudowne :)

W lesie rzeczy dzieją się szybko, co widać.

Nie mam wprawdzie pojęcia  z jaką zasadą jest zgodna kolejna obserwacja ale tyle ją widzieli.
Na pierwszym zdjęciu widać przód, na drugim tyłek, jakoś to sobie w głowach posklejacie :)


Konkluzja jest taka, że miło wrócić nawet do tych słabszych zdjęć. Odświeżają pamięć wielu ciekawych spotkań. Dzięki przeglądanemu "archi" przypomniałem sobie to zaskakujące spotkanie. Wszystko trwało dwie sekundy, ale jednostek pomiaru emocji nie ma ;)

* zaciekawionych pracą Heisenberga zapraszam m.in. tu:

http://www.definicja.org/Fizyka-teoria/zasada-nieoznaczonosci-heisenberga.php

a nawet do popularnej Wiki:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zasada_nieoznaczono%C5%9Bci

Wszechświat jest ciekawy,a nauka o nim niezwykle uzależniająca :)

wtorek, 17 stycznia 2017

łabędzie wlatują w sosnę!

Czasami, a nawet nieco częściej niż czasami, wracam do zdjęć z poprzedniego wyjścia.
Coś nie daje mi spokoju.
A może czegoś nie zauważyłem, o czymś zapomniałem?
To pytania nie tyle retoryczne co naiwne zwykle.
Ale jednak czasami, a nawet nieco częściej niż czasami, zdarza się, że rzeczywiście coś przeoczam.

Tak było i tym razem. Może równie naiwnie ale myślę sobie, że te dwa zdjęcia powinienem był pokazać. W ogóle zderzenie łabędzia z kontrastami zimy bardzo mnie fascynuje.



Tyle w ramach uzupełnienia poprzednich obserwacji, a teraz na tapetę bierzemy niedzielę.
Ujęła mnie ascetyczność poniższego kadru. Może nawet jego nonsensowność. To w końcu jest jednak korzeń. Przecież gdybym odwrócił to zdjęcie o 180 st. wyglądałoby jak zrobione spod ziemi :)


A może spróbujmy :))

No! Jakoś od razu normalniej i rozsądniej.
Jak widać natura bywa ... hmmm ... przewrotna :)))))

Podobnym "mindfuckiem"* okazało się ujrzenie wytłoczek marchwiowych w środku zimowego lasu. To zaskakujące zderzenie kolorów omal mnie nie zabiło :)

Wyobrażacie sobie taką "jazdę"? Stałem jak wryty nie bardzo wiedząc co zrobić z tak zastaną sytuacją. Uznałem jednak, że poziom "przewałki" kolorystycznej jest na tyle niespotykany, że muszę to pokazać.

Po chwili, jakbym nie miał dość dziwolągowych obserwacji tego dnia, oczom mym ukazało się coś takiego.
Mugole, czyli osoby, które nie przeczytały Harrego Pottera, nie będą wiedziały czym był peron King's Cross 9 i 3/4. Oni tam przedostając się do innego wymiaru, wbiegali w konkretny filar peronu ... w cegły!
Jak widać na poniższym zdjęciu, łabędzie krzykliwe, też mają takie "wrota" do innego świata.
Jeden po drugim wlatują w ... sosnę! ;)

Co za dzień ...

W lesie było niby normalnie, ale obserwując las, stwierdziłem, że mimo pozornie podobnych warunków, każde drzewo pędzi inny los, inny scenariusz życia.  Każde zostaje obsypane inną ilością śniegu, rośnie pod nieco innym kątem, jedne są grubsze, jedne chudsze ... jak ludzie, jak ludzie!


Nie mam pojęcia od czego to zależy, że jedno drzewo "dostaje" taką ilość śniegu, a drugie niemal w ogóle nie.
Powyżej to samo. Jedno żyje, jedno już nie, jedno opatulone kołderką śniegu, drugie nie. Metafora odnosząca się do naszych losów jest nieuchronna, musiała się zrodzić w mojej głowie.


Las na nas patrzy i często nawet o tym nie wiemy. Przykład poniżej. Zauważyłem ją z najwyższym trudem! To jest zbliżenie, w rzeczywistości była daleko ode mnie. Sarna niemal nieuchwytna dla naszego oka. A my pod kontrolą. :)

Na koniec jedyna normalna obserwacja dnia - czubatka.

Przy skromnej tego dnia ilości światła, lecący krogulec z poprzedniej opowieści wydaje się być postumentem w stosunku do startującej sikory ;)

* mindfuck ... w wolnym tłumaczeniu, uczucie zamieszania w mózgu, sytuację silnie zaskakującą, niezgodną z przypuszczeniami czy założeniami, pozostającą w konflikcie z naszym wyobrażeniem :)))
Bardziej dociekliwych po 18 roku życia, zapraszam na priva, przybliżę rzeczywiste znaczenie ;)

niedziela, 15 stycznia 2017

Krogulec i białe na białym!

Dziwny dzień, nieprzewidywalna sobota.
Temperatura całkowicie przyjazna, wprawdzie dzień pochmurny, niebo nawet jakby ołowiane ale co najważniejsze śnieg nie trzeszczał i nie skrzypiał. W lesie ma to niebagatelne znaczenie. Wkrótce musiałem się niestety przekonać, że to za mało.
Gdy mijałem pewną podolsztyńską wieś, przetarłem nieco oczy ze zdziwienia. W niezamarzniętej wodzie rowu melioracyjnego, jak gdyby nigdy nic, żerowała czapla siwa. Wyglądała jak siódme nieszczęście, więc nie zatrzymywałem się, żeby jej nie spłoszyć. Chyba nie była w najlepszej formie.
Po chwili przebijałem się przez polne bezdroża. Tzn. normalnie to są droża, ale z tą ilością zawianego z pól śniegu, były typowymi bezdrożami. Podobała mi się taka przeprawa. Miała charakter offroadowy. Widoki warmińskich moren pokrytych śniegiem robiły wrażenie przynajmniej podgórskie.

Zobaczcie sami.

Kawał drogi dalej dotarłem do mojego ulubionego widoku. Zdjęcie z tego miejsca już kiedyś publikowałem. Często tu zaglądam. Lubię.

Tyle razy go mijałem aż nadszedł dzień, w którym go zauważyłem ... Ma na sobie wymalowaną całą historię zapomnienia. I niech tak zostanie.

Las jak widać zastałem w całkiem interesującej szacie. Spędziłem w nim sporo czasu, jednak niezbyt efektywnie.
Miałem po prostu pecha.
W pewnym momencie, gdy niestety byłem już daleko od samochodu, usłyszałem te charakterystyczne dźwięki. Mało przyjemne ...


Poirytowany faktem, że wybrałem las, w którym trudno będzie o ciszę i obserwacje, opuściłem swoje ulubione tereny.
Paradoksalnie nie mogę tego żałować. Jak zwykle okazało się, że wszystko jest po coś, czemuś służy.
Teren otwarty był dziś bardzo interesujący.

Gdzieś niedaleko rzeki, na swoją szansę cierpliwie czekał myszołów.

Tego typu minimalistyczne plany cieszą moje oko szczególnie.

Na środku ogromnego pola spotkałem rodzinkę łabędzi krzykliwych.  Takie osobliwe białe na białym :)

Na zdjęciu tego nie widać, ale ich cytrynowo-żółte dzioby na tle śniegu robią wrażenie :)

Miałem szczerą nadzieję na ich niespłoszenie. Niestety mimo ostrożności, nie udało się. Ale to bardzo silne ptaki, więc mam nadzieję nie przysporzyłem im większych problemów.

Stałem pod przerośniętym czarnym bzem gdy zauważyłem lecącego niemal idealnie w moją stronę krogulca. No wiecie z jaką prędkością toto się porusza. W związku z bardzo trudnym kątem natarcia, byłem pewny, że ze zdjęć nici. Szczęśliwie w ostatniej chwili zmienił kierunek lotu by mnie ominąć, a optyka mojego aparatu odzyskała kontrolę nad obiektem :)



Ostatecznie wracałem bardzo szczęśliwy. Teren otwarty w pełni zrekompensował mi mocno dyskusyjny pobyt w lesie. :)

czwartek, 12 stycznia 2017

Wysłanniczka Puszczy ...

Wystarczy wyjść wieczorem do zimowego lasu, zapaść się w swoim człowieczeństwie, zignorować je wręcz zupełnie, zostawiając "przy życiu" tylko instynktowne zwierzę.
Wówczas cierpliwości i ciszy mamy więcej by trwać w oczekiwaniu.

I wtedy właśnie zdarzają się takie sytuacje ...


Najbardziej atawistyczna pora roku - zima. Bezgłośnie ze ściany lasu wyłania się ona - wysłanniczka Puszczy, która przyszła ustalić reguły naszej obecności w ich domu. Jedyne co możemy zaoferować to bezruch i spokój. Trwaj chwilo, trwaj ...

wtorek, 10 stycznia 2017

kozioł, dzik i takie tam ...

Siedzę i nie wiem, a chciałbym wiedzieć. Bardzo chciałbym wiedzieć, o czym napiszę, a prawie nigdy tego nie wiem. Nie chcę żeby powstała zwykła relacja z wyjścia w teren ... skręciłem, widziałem, usiadłem, wstałem ... .
Kiedyś niezapomniany Grzegorz C. nie wiedząc o czym ma być "piosnka", napisał prawdę, czyli jak jest - "ta piosenka jest pisana dla pieniędzy" itd. Ja nie prowadzę bloga dla pieniędzy, do lasu też dla nich nie chodzę. Raczej wręcz odwrotnie. Nawet jakkolwiek płatne audycje radiowe nie zwracały kosztów paliwa, o sprzęcie nie wspomnę.
Więc po co?
Po co nam w ogóle pasja?
Dlaczego robimy coś więcej niż zarabianie, papu, sen, sex i powiedzmy wydalanie?
Tak wielu ludzi nie opuszcza sfery tych podstawowych czynności. Trudno powiedzieć co rodzi potrzebę rozwijania zainteresowań, ciekawości świata, drugiego człowieka ... przyrody.
Nie wchodząc w czyjeś buty, np. socjologa czy psychologa, którym nie jestem, mogę postarać się powiedzieć za siebie.
Myślę sobie czasami, że to chodzenie po lesie mnie po prostu relaksuje. Banał? Tak, oczywiście banał!
Od dziecka interesuję się przyrodą i takież skończyłem liceum o profilu biologiczno-chemicznym i studia również związane ze zwierzętami. Kolejny banał.
Jestem też przekonany, że oddaję tą pasją hołd nieżyjącemu Ojcu, który nauczył mnie miłości do przyrody. Tak, z pewnością to ważny, mniej banalny i osobisty aspekt.
Ale też jest w tej mojej bliskości przyrody, jakieś poszukiwanie prawdy, siebie, próba tak trudnego dziś postawienia stopy na ziemi. Taki wysiłek wkładany w utrzymywanie się z daleka od tempa życia, coraz głupszego świata, indoktrynacji w mediach i lansu pustych czasów,
Nie ma jednego argumentu. Jest typowo ludzki tygiel potrzeb. Nawet nie oczekiwań. Niczego od lasu nie oczekuję. No może, żeby przyjął mnie jak swojego choć to nieziszczalne marzenie. W lesie mój ludzki zapach sieje strach! Uzasadniony i potwierdzony milionami złych doświadczeń. Boi się nas KAŻDE stworzenie. Zwierzęta i rośliny się boją. Ubolewam. Bardzo często przekonuję się, że może jestem w lesie, by przekonać zwierzęta, że człowiek nie musi być zagrożeniem ... wiem, naiwne. Dziecinada.
Zaraz potem żałuję tego i mówię do sarny czy jelenia - bój się, uciekaj, tak będzie dla ciebie lepiej. Zdarzało mi się przepraszać ścięte drzewa. Tak, głupie, wiadomo, surowiec odnawialny! Wiecie co? Wszystko potrafimy sobie wytłumaczyć ... a przecież my też jesteśmy odnawialni! Upsss ... zgrzytnęło, prawda? Wiadomo, stosujemy do siebie inną miarę. Ech ...

No dobra, zebrało mi się na jakieś pseudofilozofowanie - sory. :)
Pocieszmy zatem oko przyrodą, która niezłomnie daje nam to co najpiękniejsze - jak bity pies pijaka, którego i tak zawsze wita uśmiechem ...









I gdy fotografowałem tego bezparostkowego kozła, kątem oka zauważyłem, że górą pędzi dzik!

Załapał się:) Jest w lewym górnym rogu :)))

Po chwili pojawiła się i Pani Sarna!


Za sarną dumnie kroczył młody koziołek ale też już po zrzucie.

I na koniec jeszcze jedna sarna.

Każda chwila spędzona w otoczeniu przyrody jest bezcenna z punktu widzenia człowieka, który szuka definicji samego siebie i siebie jako człowieka, szuka dobra, pokory, miłości.







poniedziałek, 9 stycznia 2017

sarna wskaźnikowa!

Czy zimą, szczególnie taką lichą, z niewybredną ilością śniegu, można doszukać się w lesie kolorów?
Uroku w ogóle?
Uczciwe powiem, że z tym jest różnie ale trzeci dzień przy minus 17-stu dał mi i taką okazję.

Najpierw zauważyłem z daleka sarnę, którą nazwałem sarną wskaźnikową.
Postanowiłem na niej sprawdzić z jakiej odległości zwierzyna słyszy ten niesamowity chrzęst śniegu wydobywający się przy każdym kroku. Sprawdziłem - 150 metrów!
Z takiej właśnie odległości mnie usłyszała.
Nie było zatem sensu łazić, bo nawet w najrzadszym lesie z tej odległości niemal wszystko zasłaniają drzewa.
Usiadłem i siedzę.
Siedzę i myślę.
Myślę i marznę.
Marznę i wątpię.
I nagle, już po dwóch godzinach JEST!!!
... sarenka ...

 ... i druga za nią.

Omal nie oszalałem ze szczęścia.
Rozumiecie, te dwie sarenki swoją obecnością uzasadniły beznadziejną koncepcję siedzenia do skutku w taką pogodę. Gdy wstałem ... o rany! Nogi nie chciały chodzić. Nic we mnie nie chciało chodzić. Musiałem się cierpliwie wyprowadzać ze stanu pół-hibernacji.

W tym momencie najodpowiedniejszy będzie cytat z Julka od Tuwimów:

Najpierw - powoli - jak żółw – ociężale,
Ruszyła - maszyna - po szynach - ospale,
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi, 


No, może z tym pędzi to niekoniecznie, ale krok po kroku odzyskiwałem motorykę.
Moja twarz wysyłała mi sygnały ostrzegawcze odwołując się do konsekwencji długotrwałego narażania skóry na mróz. Mój mózg ignorował je konsekwentnie.
Było pięknie. Niezbyt ciepło, ale pięknie :)
Miejsce, które wybrałem okazało się jakimś cholernym biegunem zimna. Lód sublimował, więc uwolnione  na mrozie cząstki tworzyły coś na kształt mgły.
Wyszedłem na słońce! Twarz, a w zasadzie zmarzlina, która trzy godziny wcześniej była jeszcze twarzą, łapczywie pochłaniała rachityczne ilości energii słońca. Nasze Słońce jest żółtym karłem, ale ja byłem w tym momencie skłonny stworzyć nową klasyfikację gwiazd, w której Słońce byłoby co najwyżej zimnym karłem! No nie grzało i już!

Grzać nie grzało ale świeciło. Lazłem więc jak jakiś potępieniec wygnany za karę i utrwalałem wizerunkowe efekty pracy naszej gwiazdy.





 




 Poniżej warmiński smaczek.


Dwa poniższe zdjęcia pozwalają nawet uwierzyć, że nawet w taki mróz można doszukać się kolorów.


I na osłodę, gdy fotografowałem wiejskie mazurki ...

... zauważyłem, że na teren wsi, jak gdyby nigdy nic, wkracza sarna!


I było tyle łazić po lesie?!?

Ech życie :)