poniedziałek, 16 lipca 2018

Jelenie w lipcowym lesie.

Lipiec nie należy do moich ulubionych miesięcy w lesie. W rozkwicie jest wszystko, owady również.
W parny i ciepły poranek przejście kilometra wiąże się z wielokrotną próbą pobrania mojej krwi przez większość bzyków i nie są to tylko komary.
Jelenie w tym okresie są w przedostatniej fazie budowania poroża.
U starszych byków jest ono praktycznie już uformowane. Widać konkretne korony, opieraki budzą respekt, a u starych samców długie, wywinięte ku górze oczniaki tworzą charakterystyczne "sanie".

Moje niedzielne obserwacje jeleni rozpoczęło się od spotkania tego młodzieńca.
Ujrzałem go w otoczeniu imponujących sosen i świerków.
Między tymi kolosami wydawał się zagubionym maleństwem.

Odwrócił się w moją stronę dając do zrozumienia, że ma świadomość mojej obecności.

Gdy odchodził, zdałem sobie sprawę, że to jeszcze totalny dzieciak :)

Dopiero dwa kilometry dalej spotkałem jego starszych kumpli. Wśród nich byli też zdecydowanie starsi koledzy.
Ale jak to w lesie, "wydłubywanie" zwierząt spomiędzy drzew nie jest ani oczywiste ani łatwe.

 Tu trzy sztuki. Jeszcze się nie poruszyłem, a jeden już filuje w moją stronę.
Na szczęście to "gimnazjaliści", starszy byk wiedziałby, że coś jest nie tak.


 Tu też tercet egzotyczny, z tym tylko, że w tym przypadku mamy do czynienia z dorodnymi bykami, które w tegorocznym rykowisku zamieszają już, oj zamieszają.


 Musiałem być ostrożny, jeden z młodzieńców postanowił iść w moją stronę.


 Ciężko było w jakiś oczywisty sposób dobrać się do starszaków.


 Jak widać, było gęsto. Może trudno w to uwierzyć, ale na tym zdjęciu jest 5 byków!


 Budowanie poroża wymaga bieżącego i nieustającego dostarczania minerałów z pokarmu, to też jadły non stop.


 Nooo, z tym jakoś się udało! Dwunastak nieregularny. W myśl nieszczęsnej polskiej selekcji, niestety jest to byk selekcyjny. Mimo tego, że niemal wszyscy wiedzą, że następne poroże może być kompletne, czyli pojawi się na lewej tyce nadoczniak.


 Ale to już nie popierdółka, doświadczony samiec natychmiast zorientował się, że drzewem to ja raczej nie jestem  ...


Ten z prawej, liżący się po brzuchu, to też kawał byka!
Póki co przemieszczają się w stadach kawalerskich i budują przyjacielskie relacje, ale gdy do głosu dojdzie testosteron, przyjaźnie znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki :)


Na koniec filmik:
Czyżby już pierwsze "swędziawki"?


sobota, 14 lipca 2018

Tańczący z deszczami!

Człowiek zbudowany jest z różnych składników, a w śród nich znajduje się m.in. imperatyw kategoryczny.
Nie wiem do końca co to takiego ale jestem pewny, że to to świństwo właśnie dziś wygnało mnie do lasu.
Skąd wiem?
To proste, mając na względzie dzisiejszą pogodę, sam nie wymyśliłbym wyjścia do lasu, więc to musiał być ON - ten imperatyw!
Krótko mówiąc chciał nie chciał, z mocniejszym akcentem na nie chciał, ale pojechałem.
Nic ale to nic nie układało się jak powinno.
Imperatyw wypychał mnie z domu w takim tempie, że nie zabrałem kurtki p-deszcz.
Na miejscu, już w lesie, okazało się, że w aucie nie było też czapki!
To był od lat pierwszy jej, tej czapki niebyt w aucie, więc przyznacie mogłem odczuć coś na kształt zaskoczenia i rozczarowania w jednym. I odczułem!
Taki qźwa emocjonalny head and schoulders.
Najwyraźniej imperatywami w naszych głowach zarządzają jakieś żyjące w mózgach mikroby.
Pchały mnie w ulewę, bo wiedziały, że przykryte mózgoczaszką nie zmokną!
Raczej nie liczyłem się zbytnio w tej układance.
W lekkiej przemakalnej bluzie, bez czapki brnąłem w głąb lasu.
Niespecjalnie mogłem liczyć na jakieś brawurowe obserwacje. Zwierzyna pochowana, pyskami w stronę pni drzew stała gdzieś w matecznikach.
Niezbyt elegancka byłaby próba ich szukania, więc rzeźbiłem z tego co natura dała i co sam w danej sytuacji wykreowałem.
Zresztą tam sam ... pewnie o tym też stanowią "memy" - małe ustrojstwa w naszych mózgach!

Las strefy umiarkowanej dziś niewiele się różnił od tropikalnego w porze deszczowej :)


 Gdzieś między sosnowymi gałązkami znalazłem tę bidulę. Z tymi podkulonymi łapkami, przykryta zmoczonym ogonem, jawiła się jako książkowy obraz nędzy i rezygnacji.
Od tej pory wiedziałem, że nie tylko ja mam dziś ... przechlapane ... jakkolwiek to brzmi :)

Gęste strugi deszczu stworzyły arcyciekawy raster. Nie mogłem go nie wykorzystać.
Powstawały dziś obrazy jakby drukowane na blasze i przecierane gruboziarnistym ścierniakiem.


To też w strugach deszczu bawiłem się  niestrudzenie.
W zasadzie mając na uwadze, że nie było już na mnie ani jednej suchej nitki, było mi wszystko jedno.
Aparat mam wodoszczelny, deszcz na szczęście był naprawdę ciepły, więc dramatu nie było, a tematy do zdjęć rodziły się same.


 Eksperymentowałem ile wlezie!
To zdjęcie bardzo mnie zaskoczyło i ucieszyło.
Ustawiacie ręcznie ostrość na blisko, celujecie w odległą ciemną plamę i delikatnie panoramując w układzie wertykalnym uwalniacie migawkę przy 1/100 sekundy.
Proste jak pamiętanie, że w deszczową pogodę zabiera się ubrania p-deszczowe ...


Powstawały kolejne grafiki, ale moja cierpliwość do pogody kończyła się ...


Sosnowe igły zdawały się zbierać perły wody jakby na zapas.


Taka Warmia ...




piątek, 13 lipca 2018

Niebo jakie jest każdy widzi ...

Trafia się taki wieczór jak wczorajszy - przełamanie frontów.
Nie można wtedy zostać w domu, tym bardziej jeżeli na jakiejkolwiek półce tego domu zalega jakikolwiek aparat fotograficzny.
A ponieważ w porę zorientowałem się, że taka właśnie sytuacja, czyli zaleganie aparatu na jakiejś półce ma miejsce, pobrałem sprzęt jak z wypożyczalni i w drogę.
Nie będę się rozpisywał, mam nadzieję, że tych kilka zdjęć odda choć w części uroki warmińskiego terenu w takim momencie.

Przed Klebarkiem.


 Tuż za Olsztynem.


 Ciężkie niebo "zamykało" przestrzeń przykrywając pola w zaskakującym tempie.


 Widać jak pracowało powietrze, jakie robiły się podciśnienia odrywając fragmenty chmur i ciągnąc je w stronę ziemi.


 Zatykało mnie z zachwytu. Co za podziały! Mark Rothko miałby czym się inspirować.


 Złota w tym momencie było ci u nas pod dostatkiem, jak onegdaj u Krzyżaków mieczy ... ;)


 Okolice Skajbot - wielce ciekawej wsi, wielce ciekawej!


 Droga do Skajbot.


 Działo się!


 Kiedyś szczytem tej moreny po prawej, szły byki ... lubię tu być.


 "Ciężar optyczny powietrza" i ziemi były równoważne, tyle na niebie było masy, koloru i wszystkiego.


 Cud Warmii widać tu w pełnej okazałości.


Kadr z powrotu do domu :)

środa, 4 lipca 2018

Byk to byk, a z nami bywa różnie ...

Nie udało się w ostatnim wpisie pomieścić każdej historii z niedzielnego wyjścia w teren.
Atak dzika to jedno, wilcza nora drugie, a wszystko co miało miejsce pomiędzy, również zdaje się zasługiwać na odrobinę uwagi.
Ćpającym jeleniom oddałem honory również w poprzednim wpisie, więc zobaczmy czym jeszcze las nas uraczył.

 Szedłem nieco zniechęcony bezpłodnymi kilometrami, gdy moją uwagę zwrócił  wystający z pobliskich paproci rudy tyłek Jegomościa. Krótkie cmoknięcie i czujna głowa, zaopatrzona w detektory wszystkiego, powędrowała do góry! Cyk i fotka gotowa :)

I to rozumiem!

 Nie była sama oczywiście, ale "czujki" nie zauważyłem, a to kończy się zwykle tak samo ...

 Tak jak pisałem na fejsie - las to miejsce, w którym w danej chwili przynajmniej jedno drzewo wyrośnie nie tam gdzie trzeba ... i to nagle! ;)


 Fajnie, jak zwykle gdy nie pali ta "cholerna żarówa"! ;)


 Sosnówce nigdy ale to nigdy nie odpuszczę.


 Uwielbiam je!


 Tym bardziej czubatce.
Mają szczególny rodzaj urody i zadziorności w jednym. Mieszanka, która u kobiet jest ogromnym wabikiem, przynajmniej w oczach facetów, a nie obowiązujących dziś obupłciowych hybryd, obiektów zunifikowanych na modłę, a wybierz sobie co chcesz, mogę być male, mogę female, nie ma znaczenia. Moda na unisex, slim, gender jest wbrew natu ... ech, nie chce mi się nawet pisać na ten temat.
Sami widzicie co się dzieje. Wiem, wiem, czasy pokoju nie potrzebują rycerzy ... nawet nie chce mi się do tego ustosunkowywać.
Będziemy żarli te przetworzone gówniane papki z marketów to zęby też nam kiedyś zanikną ale z tego co widzę, znacznie wcześniej zrobią to nasze mózgi - zanikną znaczy!

Dobra wracamy do lasu, bo znowu wkradła się dygresja i to niestety z tych "ulewanych". :)


 Pokaźne stado łań szło równolegle do mnie, albo gdy się głębiej zastanowię, to ja szedłem równolegle do nich :)


 Czym byłaby Warmia, gdyby nie śródleśne jeziora z unoszącymi się na ich lustrach łabędziami?


Bardzo wczesnego warmińskiego poranka również sobie nie wyobrażam bez takiego widoku.

Myślę, że dzisiejsza przerwa od "dużych zwierzaków" których ostatnio było sporo, okaże się dobrym pomysłem ;)



wtorek, 3 lipca 2018

Atak dzika na dzień dobry!

To nie był normalny dzień i nie było to normalne wyjście do lasu.
W pierwszej chwili zauważyłem lochy z młodymi w miejscu, w którym zrobienie dobrego zdjęcia nie wchodziło w grę.

Na dowód tego wykonałem co mogłem, czyli nie wiadomo co.
Jakiś czarny kołtun uwikłany w chabaziach po uszy i tyle.
Dziki szły jednak w moją stronę, więc usiadłem na ziemi i czekam.
Pierwsza locha wystawiła pysk w przewidzianym miejscu i już miałem nacisnąć na migawkę gdy dostała wiatr, który zakręcił - typowe na skrajach lasu.
Do sesji nie doszło.
Jestem uparty, postanowiłem je podejść.
Po raz kolejny udało mi się zgadnąć gdzie wyjdą, a było to ok. 800 metrów dalej.
Niestety źle obliczyłem tempo ich przemarszu. Dosłownie wszedłem prosto na nie.
Początkowo przestraszone lochy wskoczyły na skarpę, jednak pasiaki zostały tam gdzie je zastałem.
Znalazłem się między matkami, a ich dziećmi. Nie po raz pierwszy ale po raz pierwszy locha miała coś przeciw tej sytuacji.
Usłyszałem rumor w grabach na skarpie i ujrzałem spore kłębowisko sierści pędzące w moją stronę.
Dzieliły nas cztery metry, nie mogłem się nadziwić ile myśli może przelecieć człowiekowi przez głowę w tak krótkiej chwili.
Przede wszystkim przypomniałem sobie wszystkie teorie co robić gdy dzik szarżuje na ciebie.
Najbardziej głupia w zderzeniu z rzeczywistością wydała mi się teoria uskoczenia w ostatniej chwili.
Otóż locha szarżowała "zamiatając" pyskiem na lewo i prawo, a rozpiętość wahnięć przekraczała 1,5 metra! No way! Jaki uskok, w którym momencie i w którą stronę?!?
Wydałem głośne kszszsz kszszsz i rozpostarłem ramiona by zwiększyć swoją i tak nie małą objętość.
To zrobiłoby wrażenie chyba nawet na słoniu więc locha zatrzymała atak ... 30 cm przed piszczelami ... moimi w dodatku piszczelami.
Odbiła w lewo i niestety uderzyła w siatkę grodzenia uprawy!
Gdyby nie ta cholerna zasieka, pobiegłaby dalej ale rozjuszona i przerażona sytuacją i wymuszonym przedłużającym się moim towarzystwem, ponownie ruszyła na mnie.
Tym razem miałem powiedzmy 0,5 sekundy więcej czasu, odskoczyłem krok w tył, locha w tempie światła przebiegła metr od moich już raz ocalałych nóg i szerokim łukiem pogalopowała w stronę młodnika.
Żeby było jasne, do końca starałem się zrobić jej zdjęcie ale jak się domyślacie przyłożenie aparatu do oka nie wchodziło w grę, więc na czuja, niejako z biodra, wykonałem co mogłem.

Efekt ...
Ta ciemna plama w prawym górnym rogu to odbiegająca locha - pełny kadr!

Noooo, pomyślałem, niezły początek, aż jestem ciekaw co będzie dalej, tym bardziej, że druga locha nieprzerwanie sapała i fukała na skarpie, czyli jakieś 8 metrów ode mnie.
Ta na szczęście nie zdecydowała się na dołączenie do koleżanki-furiatki i gdy pasiaki dotarły do niej, odeszła.
Starałem się ją jeszcze podejść ale spiesznie odeszła do gęstej, liściastej części lasu.

Po tej przygodzie wykonałem sporo fajnych zdjęć, które nie zmieściły się w tej opowieści, opublikuję je w czwartek.
Teraz jednak pokażę przepiękne spotkanie z kawalerami "ćpającymi" jakieś astrowate zioła.

Zobaczcie jaki "nabadziany ziołem" :))))) Takiemu to dobrze ;)

 One były na takim haju, że miałem wrażenie, iż biorę udział w czymś mocno niecodziennym :)


 Ich skupienie na zawiązkach kwiatów tej rośliny, pozwalało mi na bezkarną obserwację.


 Amok.


 He he heee - koleżka zdaje się nie bardzo wie gdzie jest :))))


I tak bez końca.


Ale część kawalerskiego stada była w lesie i szła w moją stronę.
Spodziewałem się, że prędzej czy później, jeden z nich mnie namierzy i tak się stało.


 Wtedy i moim bohaterom umysł nagle rozjaśniał.


Po chwili wszystkie już mnie namierzały.
Znalezienie mnie nie było wcale takie oczywiste, więc odeszły spokojnie pozostawiając mnie w pełnej satysfakcji.
Następnym razem jak ich nie będzie, oznaczę tę roślinę.

Wracając po jakimś czasie, ku mojemu kompletnemu już zaskoczeniu, wszedłem na wilczą norę.
Świeże tropy, w tym małe, muchy i zapach, świadczyły o tym, że jest czynna.
Wykonałem tylko to jedno zdjęcie i odszedłem najszybciej jak mogłem. Tonaż wykiprowanego piachu był niepojęty!
Ilość emocji tego dnia wystarczyłaby mi na miesiąc łażenia po lasach :)

A dzień zaczynał się tak normalnie ...