piątek, 31 sierpnia 2018

Jak szukać wilków?

Ponownie muszę zadać to pytanie, bo przy drugim po pięciu dniach spotkaniu, nikt mi nie uwierzy, że nie mam na nie metody :)
Może trochę rozczaruję, ale nie mam.
Nie mogę jednak tym razem pozostawić pytania jako retorycznego.

Na koniec postaram się udzielić kilku wskazówek, które być może się przydadzą.

Dzisiejszy dzień, to seria przypadków.
Najpierw wstałem zbyt późno i poważnie rozpatrywałem czy w ogóle jechać do lasu.
Groziło to spóźnieniem się do pracy, a tego nie lubię, mimo tego, że jestem właścicielem firmy :)

Ostatecznie uznałem, że nawet jeżeli to ma być godzina, to warto, bo nawet godzina w lesie jest 100x lepsza niż spędzona na niczym.
Kolejny pech. Okazało się, że na zaplanowanej trasie pracuje ZUL.
Piły łańcuchowe poszły w ruch. Musiałem zmienić kierunek. Przy poważnym ograniczeniu czasowym, wracanie i rozpoczynanie nowej trasy nie uszczęśliwiało mnie zbytnio.
Jeszcze nie wiedziałem, że los kierował mnie dobrze, by nie powiedzieć wyśmienicie.
Gdybym nie zaspał (Renatka, Paweł, dzięki za wyśmienite mohito.) i gdyby nie ZUL, nie spotkałaby mnie największa póki co przygoda mojego leśnego życia.
A tak ...
A tak, to polazłem na około i mówię, trudno, los tak chciał.
Po  około kilometrze "iścia", coś zakłębiło się w oddali. Ponieważ przed chwilą spłoszyłem zające, uznałem, że to zające. Myśl ta jednak nie istniała zbyt długo, bo gdy ją powoływałem do życia, jednocześnie podnosiłem aparat do oczu.
Wilki!
Były rozbrykane, podgryzały się w zabawie i rajcowały.

Od razy przepraszam za intensywne winietowanie zdjęć i rozmywanie teł, ale za Chiny Ludowe nie mogę dopuścić do tego, by myśliwi-kłusownicy rozpoznali ten teren.
Z tego powodu, nad czym ubolewam, nie mogę pokazać pięknych zdjęć środowiskowych. Bardzo żałuję, bo okolica cudo!

 Tak blisko wilków jeszcze nie byłem. Sześć metrów! Taka mnie dzieliła przez chwilę minimalna odległość. To tak, jakbyśmy razem byli w dużym pokoju!


Ale zanim podeszły do mnie ...

Gdy ujrzałem czeredę truchtającą w moją stronę, emocje podskoczyły jak rtęć termometru wrzuconego do wrzątku, jak kot próbujący schwytać ptaka w locie!



 Zbliżały się mimo tego, że zdawały się od dawna mnie widzieć.

 Teraz już nie miałem wątpliwości - ja je po prostu w jakiś niepojęty sposób intrygowałem, interesowałem.

 Ich ciekawość, co jest typowe dla drapieżników, nie zna granic.
Wciąż chciały być bliżej i bliżej!


 Najwyraźniej miały jednocześnie coś sobie do wyjaśnienia. Sytuacja między nimi była nie mniej emocjonalna, jak ta między nimi, a mną :) Tu na chwilę przed próbą dominacji.


 No i stało się! Gdy jeden z młodych samców runął na brata z impetem, ten który mnie bacznie kontrolował wzrokiem, aż przysiadł z wrażenia.


 Zaczepkom nie było końca, ale jeden z nich nie spuszczał mnie z oczu. Taką miał rolę.


 Chyba zaczynał się oswajać z moją obecnością, bo jakby nieco odpuścił :)


 A te świry w drugim planie - jatka non-stop!


   W zasadzie byłem w siódmym niebie! One będąc ode mnie o dwa susy baraszkowały tak po ... wilczemu :)

 Nie zmieniało to faktu, że gdy ucichły dźwięki zaczepek, nagle (a niech to szlag!) ja okazałem się celem zainteresowania.
No to wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że od jakiegoś czasu straciłem kontrolę nad waderą, która początkowo była z nimi i szła za nimi, a w pewnym momencie skręciła w las. Niestety nie wiedziałem gdzie jest, chociaż na początku widziałem jej uszy i to, że stoi z dala obserwując zajście.

 Tu chyba jeden z nich właśnie ogląda się w jej stronę!

Zaspokoiwszy ciekawość "wykwitem" na drodze, czyli mną, odeszły.
Miałem wątpliwości czy to robić, ale poszedłem za nimi.
Nie będę pokazywał serii zdjęć z tego podchodu, bo niestety miejsca mocno charakterystyczne.
Po jakimś czasie skręciły do lasu. Obszedłem to miejsce, mając nadzieję, że przetnę im jeszcze drogę.
Niestety nagromadzone emocje, wywołały odczuwalny wzrost ciśnienia w pęcherzu i ... odłożyłem aparat w celu zrobienia tzw. jedynki.
Gdy, przepraszam za fizjologiczną część opisu, byłem w trakcie, ujrzałem wilka węszącego na skraju lasu.
Schyliłem się po aparat i nie zapinając spodni kontynuowałem fotograficzne dzieło.
Niestety nóż myśliwski i ciężki pasek, we wzorcowej współpracy z grawitacją, uczyniły swoje.
Spodnie zatrzymały się na kolanach, a ja uznałem, że to zdjęcie jest więcej warte, niż ryzyko, że ktoś zobaczy męski tyłek. Modliłem się jedynie, żeby to był grzybiarz, bo Ci rzadko noszą aparaty fotograficzne :)

Tak powstało to zdjęcie :)


A teraz kilka uniwersalnych porad:
- żadnych dezodorantów, mydło np. "biały jeleń"
- cichy, niespieszny chód wyłącznie pod wiatr
- oglądanie tropów i analiza tychże
- bycie w lesie zawsze po deszczu lub ponowie - tropy są wtedy najświeższe
- nieszeleszczące, maskujące ubrania
- aparat z bezdźwięczną migawką! gdyby z tej odległości klepało lustro lub głośna migawka,
   sądzę, że sesja skończyłaby się po pierwszym zdjęciu.
- w sytuacji bliskiego spotkania, zachować absolutny spokój - drapieżniki z kilkunastu metrów wyczuwają strach co wywołuje tzw. syndrom ofiary. Nie uważam wprawdzie, że mogą przełamać lęk do człowieka i zaatakować, ale wniosłoby to pewien rodzaj nerwowości w ich zachowanie, a przyznacie, że na zdjęciach widać, że są zrelaksowane :)
- ostatnie i najważniejsze - szczęściu trzeba pomóc i po prostu być w lesie ;)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Warnijski fogiel!

Fogiel :)
Często zaglądam na Grupę "Noju Warnija - klepsiewama o wszystkiem ji nicziem".
To najlepsze sieciowe miejsce dla miłośników Warmii, szczególnie jej gwary.
Wielu ludzi (Warnijoków) porozrzucanych po zaułkach tego świata, snuje tu wspomnienia i pogaduchy używając oryginalnej gwary.
Gwara Warmińska otrzymała status dziedzictwa kulturowego.
Podobno jest jedną z nielicznych gwar, którą da się opisać "twardymi" zasadami językowymi.
Warmia, stosunkowo mała kraina w sercu Prus, w oczywisty sposób ulegała wpływom otaczających kultur. Stąd m.in. w słownictwie wiele zapożyczeń czy wspólnych lub podobnych wyrażeń. Zarówno germanizmów czy mazurzenia. Nie jestem językoznawcą ale zapewne i rusycyzmów.

Publikuję od czasu do czasu jakieś zdjęcia na Grupie.
Po zamieszczeniu tego poniżej, dowiedziałem się, że mały ptaszek, taki jak ten, to w języku Warmiaków - fogiel!
Nie znam etymologii tego gwarowego słowa, ale mi się kojarzy, że fogiel to jakby figiel czyli od figlowania, co jest cechą typową dla wielu małych ptaszków.

Mam nadzieję, że to zdjęcie jest tego dowodem i pasuje do mojej interpretacji jak ulał:


W ciemnym lesie trudno zrobić fogla w czasie figla, więc kolejna próba jest w podobnym stylu :)

Zdaje sie skakać, tupać i krzyczeć np. - "nie, nie, nie! dość mam tych upałów!" :)

A już złapanie go w pierwszej fazie startu w świerkowej drągowinie graniczy z cudem, szczególnie gdy jest pochmurno.
Ale próbować trzeba :)

No a teraz, gdy słowo "fogiel" otrzymało solidne wsparcie fotograficzne, uspokoimy nieco oczy oraz płaty wzrokowe i pokażę kilka statycznych zdjęć.

A mamy tu całą plejadę sikorzych gwiazd. Zabrakło modrej i ubogiej.

 Jest czarnogłówka.



 Czubatka, moja ulubiona. Zresztą uwielbiam wszystkie sikory, a byłą sikorę, dziś już przedstawiciela rodziny raniuszków - raniuszka, szczególnie.


 Młoda bogatka.

Pielęgnacja piór skrzydła.


 Dorosła bogatka.


 I jedna z ciekawszych - sosnówka!

Tyla fejnych fogli u noju w lesie, jek psianknych bildrów Warniji na Grupie ;)
Jo pozdroziom wos Warmnijoków serdycznie!!!
 





wtorek, 28 sierpnia 2018

kozioł w ostatnich i pierwszych promieniach

Po ostatnim spotkaniu z wilkiem udało mi się odzyskać równowagę emocjonalną, co oznacza tylko tyle, że życie wróciło na swoje tory - ponownie wyruszyłem w teren.
Wczorajszy wieczór spędziłem na pięknych warmińskich łąkach.
Przedzierałem się przez chaszcze i krzaczory myśląc głównie o kleszczach, a potem dopiero o tym co zobaczę. I to była kolejność pozbawiona sensu, bo kleszcze atakują człowieka bez względu na to czy o nich myśli czy nie. One jakby nie analizują naszych myśli. Szkoda, bo gdyby wiedziały co o nich myślę, nie miałyby odwagi mnie zaczepiać.
Zapadał zmrok. Na moim karku i policzkach, co i rusz lądowały największe strzyżaki jakie widziałem do tej pory. Idąc do celu pokonałem dwa rowy melioracyjne i jedyne co było korzystne, podmokłe zwykle łąki, tym razem były suche. Nie zbierały się też wieczorne mgły i trawa nie pokrywał się rosą. Chociaż to!

Zbliżałem się do pierwszej grupy krzaków.
Okazało się, że  w przepięknych okolicznościach przyrody czekał na mnie koziołek.

Otoczony jesiennym kwieciem, połyskiwał w ostatnich poświatach dnia. Aparat lubi te porę. Pogłębia kolory i nasyca je gubiąc przesadne kontrasty.

Postanowiłem wrócić tu dziś i to przed świtem.
Z niezwykłą radością fotografowałem jelenie, których nie zobaczyłbym gdyby nie wspięły się na porębową górę i nie stanęły na tle nieba. Niebo zawsze, nawet w nocy, jest ekranem, na tle którego coś daje się zauważyć. Kontur, plamę ale zawsze coś.

 Młody, niespełna trzyletni byczek, nie odegra roli w tym sezonie godowym, ale w mojej sesji fotograficznej i owszem.

Jakby co, pod szyją łani są uszy kolejnej damy.


 Zrobiłem im wiele zdjęć ale tego nie mogłem nie pokazać. :)


Zaprezentowały mi niezwykle fotogeniczny teatr cieni. Migawka grzała się, a ja cichutko powiedziałem do siebie - i już dla tych zdjęć warto było wstać rano. (3.40!)

Byki na polankę nie wyszły i to jest piękne, bo zostałem "na głodzie" dzięki czemu jutro rano ponownie będę miał co robić :)))

Do rzeczonej polanki zbliżałem się wciąż lekko po omacku. Mimo to, czopki i pręciki siatkówki moich oczu zarejestrowały jakiś ruch.
Okazało się, że przede mną pasa się trzy kozły.
No rewelacja!


 Tego udało mi się (niechcący) uwiecznić podczas szczekania.
Było wystarczająco ciemno, by nie mogły odkryć źródła ich niepokoju.



Stały w pewnych odległościach od siebie, nie mogłem ich "złapać" w jednym kadrze, więc nagrałem filmik. Dzięki temu można posłuchać ich szczekania :)

FILM:

Kolejny piękny warmiński poranek kończył się. Trzeba wracać do pracy ... też pięknej :)

niedziela, 26 sierpnia 2018

Jak podejść wilka?

Pytanie w tytule raczej retoryczne, bo nie wiem. Gdybym wiedział, robiłbym to częściej.
W ciągu pięciu lat prowadzenia bloga udokumentowałem fotograficznie 6 spotkań, wilki widziałem łącznie 10 razy. Średnio daje to spotkanie raz na pół roku. Nie jest to więc codzienność. Każde spotkanie było inne. Dzisiejsze jednak zasługuje na szczegółowy opis.


W drodze do lasu słuchałem RMF Classic. Raz słucham Antyradia, raz RMF Classic.
Taki ze mnie mr Jekyll i mr Hyde gustu muzycznego. Od jazzu, przez soul, muzykę klasyczną po ciężkiego rocka ... wszystko. No nie, nie wszystko, discopolowy chłam odrzucam na margines gustów!
Julia Pietrucha wykonywała właśnie utwór EWKA. Bezwzględny talent, lecz lekko manieryczny wokal nie skłaniał mnie do polubienia tego utworu, ale do moich uszu, a w zasadzie do mózgu, konkretnie do świadomości, dotarły słowa:

MELODII CISZY NIE USŁYSZYSZ PCHAJĄC SIĘ POD PRĄD ...

No wiecie co?
Trafiło w samą duszę, gdyż to idealna kwintesencja filozofii bycia w lesie, obcowania z naturą!
By zaobserwować coś naprawdę interesującego, coś bardziej interesującego niż tyłek uciekającej sarny, nie wolno iść pod prąd!
Pod wiatr i owszem, ale nie pod prąd zasad panujących w przyrodzie.
Chyba nie muszę rozwijać tego wątku, wiadomo o co chodzi. Pokora, szacunek i spokój ...
Dziś las był trudny, bezwietrzny, cichy i mokry.
Mokrość podłoża to akurat wielki ukłon w stronę nieskazitelnego podchodu. Patyczki nasączone wodą niechętnie pękają lub robią to cicho, a suche liście nie szeleszczą, idzie się jak po gąbce.
Minęły trzy godziny, a ja nie widziałem nawet wspomnianego sarniego tyłka.
W nocy padało, więc napotykane tropy były świeże. Wiedziałem co oznaczają wyłącznie nerwowe tropy jeleni. Ani jednego spokojnego przemarszu, wszystko w biegu.
Na środku leśnej drogi "uśmiechała się" do mnie świeżuteńka wilcza kupa. Nie zrobiłem jej zdjęcia i w świetle tego co wydarzy się za chwilę, nieco żałuję.
Wierzę jednak, że zostanie mi to wybaczone, wszak kupa, to jednak tylko kupa :)
W głowie rysował mi się coraz wyraźniejszy scenariusz tego, co właśnie rozgrywało się w lesie.
Wilki polują!
Ale od takiego wniosku do spotkania z nimi jest zwykle do pokonania Droga Mleczna przeszkód.
W zasadzie można uznać, że to mrzonka. Bliskie spotkanie z wilkiem wciąż uważam za efekt szczęścia, a nie jakiejś wiedzy czy doświadczeń. Nigdy nie są dość wystarczające, by wiedzieć na pewno, że się go spotka.
Nie mniej jednak do polanki zbliżałem się od właściwej strony (wiatr) i niezwykle cicho.
Szedłem tak, jakby ktoś mi obiecał, że to się opłaci. To nie był wynik jakichś przypuszczeń czy przekonań, to determinacja wynikająca z faktu, że zrobiłem do tej pory10 bezowocnych kilometrów.
Gdy niczym duch wychynąłem zza linii drzew, ujrzałem taki oto widok:

 Jak widać patrzy mi w oczy, więc uznałem, że mam szansę na maksymalnie 2-3 zdjęcia.
A on nic!
Kontynuował śniadanie.

 Z pyska wystaje jelenia racica. To wyjaśniło kwestię karty dań na dziś.


Tym razem, to już mnie prześwidrował!
Zdębiał, podniósł łeb, byłem pewny, że to koniec spotkania.
Nie można już bardziej prosto patrzeć w oczy!
A on położył się w trawie i jadł na leżąco!
Nie mogłem nie skorzystać z takiej okazji. Wycofałem się, zrobiłem niewielkie kółko i podszedłem bliżej pilnując by świerk między nim, a mną, krył mnie jak najlepiej podczas podchodzenia. Myślę, że na dwie minuty osiągnąłem nirwanę podchodu, chyba nie dotykałem ziemi! :)

 Znalazłem szczelinę między gałęziami świerka, dzięki czemu zdjęcia nabierają charakteru "podpatrzonych przez dziurkę od klucza".


 Ogromne zębiska robią wrażenie!
Zdjęcia robiłem na pewnym uniesieniu emocjonalnym, w zasadzie na wzruszeniu.
I nie że byliśmy blisko, bo bywałem bliżej, ale to nie jest biegnący gdzieś wilk.
Ja mu towarzyszyłem podczas śniadania, obserwacja trwała bardzo długo, przyglądałem się tzw. gołym okiem, to dość głębokie przeżycie.




 Wszystko go interesowało, tylko szczęśliwie nie ja :)

Nakręciłem krótki filmik:


Ale nic nie trwa wiecznie ...

Piękny, dorodny samiec. Zdrowy, odkarmiony, w świetnej kondycji. Wracałem uskrzydlony.
Oby jego ścieżki nie krzyżowały się więcej z ludzkimi!
Nawet z moimi ... chociaż ... ;)

To co daje mi dodatkową satysfakcję, to kolejny dowód na to, że reżyserowanie syntetycznych sytuacji przed czatowniami, nie musi mieć miejsca. Nie musi, gdy chce się uprawiać fotografię przyrodniczą, a nie studyjną!

sobota, 25 sierpnia 2018

łania inaczej

Mokry, ciemny ale ciepły poranek w liściastym lesie.
Z punktu widzenia agresji owadów nic gorszego przytrafić się nie może. Dopóki nie lunęło ostro, niemal nie dało się iść.
Co chwila wyjmowałem upierdliwe strzyżaki spod koszulki, rękawów, z uszu i oczu.
Gdy wplątywały się w brwi i brodę, pozbycie się ich wymagało chirurgicznej precyzji i cierpliwości.
Na szczęście rekompensatą były warunki pozwalające zrobić nietypowe fotografie.
Bohaterką została stara, schorowana łania, będąca raczej u kresu swojej życiowej drogi.
Wolno krocząc szła w moją stronę, zjawiła się jak duch..
W tym lesie, z tytułu starych drzew liściastych, nawet w południe panuje półmrok. Do runa dociera zbyt mała ilość światłą, by cokolwiek tu wyrosło. Pod nogami gruby dywan zeszłorocznych liści. Dzisiejszego pochmurnego poranka światło praktycznie się nie dostało w ogóle. Obrysowało jedynie kontury liści, co aparat skwapliwie zamienił na spory ale chyba ciekawy kontrast.
Zdjęcia robiłem przy 1/10 sekundy, ISO 2600 więc mogłem liczyć na utrwalenie osobliwej tajemniczości i zdjęcia z dużą dawką ... "nieatlasowości" co niezwykle mnie cieszyło, a co mam nadzieję i Wam przypadnie do gustu.

 Niedosłowność, powolny ruch, tajemnica, to wszystko tak wyglądało naprawdę i do tego zapach mokrego lasu liściastego. Chciałem, by zdjęcie oddało maksymalnie dużo walorów sytuacji, która zdarza się tak rzadko. W zasadzie i tak nie mogłem zrobić niczego innego, chyba, że zabrałbym z sobą lampę błyskową sporej mocy :) W takich warunkach kontury majaczą, a jeleń wydaje się być jedynie rudawą plamą.

 Kondycja tej łani jest słabiutka. Sądzę, że zostały jej dosłownie dni i przejdzie do krainy wiecznie świeżych traw i lasów bez ludzi, szczególnie bez tych z karabinami.


 Dopiero gdy się zatrzymała, mogłem zrobić statyczne zdjęcie.


 Lało jak z cebra. Ukryty pod opiekuńczymi ramionami świerka, obserwowałem uzupełniające się wodne zasoby babrzyska. To jedno z moich ulubionych miejsc. Spędziłem tu sporo czasu, a deszcz szumiał w koronach. Trwaj chwilo, trwaj!

Na pożegnanie spotkałem perlącą się wiewiórkę, która najwyraźniej nie mogła zrozumieć, co człowiek robi w lesie w czasie takiej ulewy. Nie wiedziała, że człowiek kieruje się w stronę samochodu i póki co, jakby nie ma wyjścia ... musi moknąć :)


 Wspomnienie minionego sezonu lęgowego. Obok liść jednoznacznie zwiastujący zbliżającą się jesień. To piękna pora, rykowisko, te rzeczy, a potem nastanie moja ukochana zima!