sobota, 29 listopada 2014

dziczy ślip!

Dziwny ale piękny dzień. Przez cały tydzień obiecywałem sobie, że w sobotę będę w lesie gdy jeszcze będzie ciemno i wrócę dopiero gdy już będzie ciemno. I tak zrobiłem! Nie wiem komu dziękować za piękny słoneczny dzień. Słońce pozwoliło mi jakoś przetrwać długie mroźne godziny w terenie. Przeszkodziło tylko w jednym momencie, jak zwykle przy uwiecznianiu kruków. Akurat dziś zwiadowca postanowił usiąść przed czatownią. Sójki pozwoliły mi się sfotografować w trakcie walki między sobą. Fajnie. Najwięcej radochy sprawiła mi jednak sikora uboga prześwietlona słońcem w harcach na leśnej polanie. Ponieważ brakowało mi większego zwierza, pojechałem do kumpla, leśniczego, który hoduje daniele na wolnym wybiegu. Miałem sporo szczęścia, bo najczęściej są schowane w lesie, a dziś wygrzewały się na otwartej przestrzeni. Zdjęcia nie były problemem i choć nie są do końca dzikie, są tak piękne więc mam nadzieję, że z przyjemnością na nie popatrzycie. Korzystając z okazji, spojrzałem dziku w ślepia! W samo dno ślepi ... obu ślepiów;) Że też musiałem użyć tego określenia zamiast po prostu ... ócz! :))) Wiadomo, chodzi o gały! W międzyczasie porobiłem kilka innych fotek, ogólnie "zabadziałem" 3 karty, czyli 48 Gb!!! Pokazuję mały fragment moich wysiłków - smacznego! ;)



















niedziela, 23 listopada 2014

listopad też może ...

Niespecjalnie się zgadzam na powszechnie panujące przekonanie o beznadziejności listopada. Każdy pretekst do wyjścia z domu jest dobry. Być może te zdjęcia Wam się nie spodobają, ale nie uważam, że listopad przekreśla szanse na fotografowanie z jakkolwiek pozytywnym skutkiem. Moje zdanie zresztą znacie - las jest piękny zawsze, bez względu na pogodę. Dzisiejsza akurat była wyśmienita. Mam nadzieję, że na blogach moich znajomych ukaże się wiele inspirujących fotografii z dzisiejszego poranka. Miałem apetyt na zwierzaki ale aura niedzielnego świtu skusiła mnie do pejzażu. Trudno w moim przypadku mówić o pejzażu, bo chyba tylko ja mogłem wpaść na tak kretyński pomysł, żeby go robić lufą 600 mm! Obciach na sto fajerek. Ale co ja zrobię - kocham tą perspektywę. Jeżeli i Wam przypadnie do gustu, odnotuję to jako sukces mojej kolejnej fanaberii :)))
No bo wiecie ... nigdy nie wiadomo co wyleci zza krzaka ;) Swoją drogą, ten koziołek, to kolejny w ciągu miesiąca jednorożec! A sójki niezmiennie zachwycają mnie kolorytem i w ogóle.










Liguria ...?  Prowansja ... ?  nie - WARMIA! Mamy tyle piękna, którego tak wielu ludzi nie dostrzega.
Muszą wyjechać za granicę, żeby w ogóle zauważyć niemal takie same wartości. Wracają ze zdjęciami, podekscytowani unikalnymi widokami. Ten powyżej powstał tu, na Warmii ... w listopadzie! Pomijając tą kwestię, Warmia ma wiele wartości, których nie da się znależć nigdzie indziej.








sobota, 22 listopada 2014

post jednego zdjęcia 3

Miniony tydzień był bodaj jednym z najbardziej pracowitych w tym roku. Ponieważ już wcześniej wiedziałem, że tak będzie, od poniedziałku marzyłem o sobotnim wyjściu w teren. Czegoż to ja nie planowałem. Miały być jelenie, a jak nie, to jakiś drapol, a jak nie, to dziki, a jak nie ... sam nie wiedziałem co jeszcze może się wydarzyć. Wariantów miałem na pęczki. Przyroda, a las w szczególności, nie za bardzo lubią, gdy człowiek coś planuje w ich imieniu. Dziś miałem tego najlepszy dowód. Poszedłem, w technice mieszanej, zarówno na podchód jak i na zasiadkę. Przy takim wyposzczeniu, że chciałem przeżyć wszystko na raz. Po 3 kilometrach zasiadłem w kryjówce upatrzonej tydzień wcześniej. To oczywiście świerk zagałęziony po samą ziemię. Uwielbiam zaszyć się pod świerkiem.  Udało się nawet nabrać kruka. Usiadł nie spodziewając się mnie, jednak aparat z jakiegoś powodu przestawił pole autofocusa. Zdjęcia nieostre. Nie muszę mówić, że czarny siedział 3 sekundy. Nie zdążyłem przestawić aparatu. Potem sójka. Przylatywała wielokrotnie, zrobiłem wiele fajnych zdjęć, ale niedawno poświęciłem im cały post. Uznałem, że narazie starczy. Nad głową krążył "myszak", też go zrobiłem, choć dzień był mglisty - zdjęcie takie sobie. Z całego dnia wybrałem jedno zdjęcie sikory ubogiej. Zrobiłem im dużo zdjęć ale to jedno, bardzo mi się podoba. Jest jak cały dzisiejszy dzień, szare, ubogie, mgliste ale kochane. Ma jakąś niepretensjonalną i nienachalną przestrzeń. Dało mi dużo radości.


poniedziałek, 17 listopada 2014

Jego Mość Pan i Władca!

Nie umiem wytłumaczyć, skąd w sercu Świętego Huberta ale Fotografa, tyle łaskawości do mnie. Najwyraźniej wybrał sobie mnie do obdarowywania spotkaniami, które są w moim życiu takie ważne. Nie mam też pojęcia jakie siły ma w swoim władaniu, bowiem kilka ostatnich razy pod rząd wydarzały się historie, które nie miały prawa się wydarzyć. Za pierwszym razem postanowiłem uznać, że to przypadek, że fart, że precedens. Było to po 5-ciu godzinach zasiadki. Niespecjalnie efektywnie spędzony czas pod parasolem gałęzi starego świerku w oczekiwaniu na lisa lub kruki. Zmarznięty, zrezygnowany, opuściłem kryjówkę i stojąc w słońcu, pazernie wychwytywałem niemal niewyczuwalną różnicę, między temperaturą w cieniu i słońcu. Mimo wszystko po 5-ciu godzinach zasiadki w zacienionej części lasu, czułem każdą dziesiątą część stopnia. Gdy krew zaczęła już krążyć, pomału ruszyłem przed siebie. To był bardzo chłodny, choć słoneczny dzień. Diabła bym się prędzej spodziewał, niż jeleni w samo południe, na otwartej przestrzeni w tak jasny dzień. A jednak. Skrzętnie skorzystałem z okazji, fotografowałem, a przez głowę przemknęło mi uczucie wdzięczności do Św. Huberta za tą nagrodę. Gdy następnym razem, po jeszcze bardziej bezowocnym czasie spędzonym w kryjówce, wracając tym razem w pochmurny, równie zimny dzień, wszedłem na zastygłe w bezruchu sarny w środku lasu. Po raz kolejny pomyślałem o zaskakującej nagrodzie. Uśmiechałem się do siebie robiąc tym ślicznotkom zdjęcia. Ciągle nie miałem w planie sugerowania czegokolwiek w postach. W głowie rodziło się już przekonanie o braku przypadkowości tych zdarzeń. Apogeum miało miejsce wczoraj! Z każdym dniem moja każdorazowo rozbudowywana kryjówka wyglądała coraz poważniej. Aktualnie to już szałas co się zowie. Następnego dnia spędziłem w nim upokarzające ponad SIEDEM kolejnych, zimnych, bezowocnych godzin. Mój pierwotny podziw do kruków niedługo przerodzi się w jakąś obsesję! To niepojęte skąd one wiedzą, że ja tam siedzę?!? Wyobraźcie sobie, że zwiadowca nie mogąc mnie dostrzec z odległości, podleciał do szałasu i trzepocząc skrzydłami zawisł w powietrzu 2 metry ode mnie i tak się przyglądał, że w końcu coś tam dostrzegł!!! Niewiarygodne, ale naprawdę tak zrobił. Ręce mi opadły jak jesienne liście. Zostałem upokorzony, zgnębiony moralnie, ośmieszony i wykpiony! Kocham te czarne cholery i wiem, że w próbie sfotografowania ich z bliska jestem gotów w szwy moich ubrań wciskać podłoże do sadzonek i rozpocząć uprawę mchów by jeszcze lepiej się zamaskować! Zarośnięty mchem, w bezruchu, a w tym mam tyle godzin doświadczeń, że mógłbym dostać certyfikat pierwszego bezruchowca kraju (tylko proszę bez nadinterpretacji tej samooceny) miałbym większe szanse. Ale wczoraj tak nie było. Nabrać się nie dały. Zmarzłem tradycyjnie jak pies. Skapitulowałem, gdy dreszcze nie pozwalały się już opanować. Wyszedłem z szałasu o 13.30! Dzień zrobił się ponuro-pochmurny. O tej porze naprawdę nawet cuda się nie zdarzają. Gdy z daleka ujrzałem na ścianie lasu ciemną plamę byka, nie mogłem wprost uwierzyć, że to możliwe o tej porze dnia. Mimo przemarznięcia i jednak zmęczenia, postanowiłem go podejść. Nie miałem z daleka pojęcia co to za byk. Pokonałem sporą polanę, dwa rowy melioracyjne, podmokły odcinek lasu, nieco jeżyn i krzaków, by schować się za świerkiem. Gdy zobaczyłem oręż na jego głowie, ręce zaczęły mi się trząść i tym razem już nie z zimna. Okazał się być dorodnym, dorosłym bykiem w imponującym porożu. Czternastak, nieregularny, obustronnie koronny 3/4. Nadoczniaki bardzo blisko oczniaków i jeden z nadoczniaków szczątkowy. To przyszłościowy byk. Znawca, myśłiwy i kumpel, Piotr Potoczny, okreśłił jego wiek na pięć lat. Piękny byk. Fotografowanie go było prawdziwą przyjemnością. Tym bardziej, że podszedłem do niego niezwykle blisko. Widać na zdjęciach jak próbuje mnie zwietrzyć. Bezskutecznie. I jak ja mam nie myśleć, że Św. Hubert ale Fotograf wybrał mnie i nagradza? No jak, skoro nagradza?  Pozostaję wdzięczny za to jak las mi darzy. Przypadki nie istnieją. Kocham las i On mi się odwdzięcza.









sobota, 15 listopada 2014

szaroburo, ale ... :)

Wiecie już tak samo jak ja, że nie znam złej pogody. W związku z tym, dzisiejszy szary i bury oraz dodatkowo mokrawy poranek, do południa, spędziłem w ... lesie!
W dodatku zapewniam Was, cały czas towarzyszyło mi przekonanie, że życie jest piękne, bowiem las kocham w każdej postaci. Deszcz, wiatr ... cokolwiek, i tak lepiej jest być w taki dzień w terenie niż w domu.
Zresztą dziś ostatecznie przekonałem się, że pogoda jest w głowie. Czułem się wyśmienicie zarówno w czasie niezbyt udanej zasiadki, jak i w czasie całkiem udanego podchodu. Nie lękam się nieudanych zdjęć z tytułu marnego światła, więc robię je, te zdjęcia, w takich warunkach jakie zastaję. Skoro w szary dzień sami widzimy gorzej, to dlaczego mielibyśmy od zdjęć oczekiwać czegoś więcej?
I w taki oto sposób powstało tych parę zdjęć, z którymi wiąże się mój szczególny sentyment. To był wyjątkowo pięknie spędzony czas. Las w taką pogodę jest pusty. Ludzkość przykryta kocem zalega w domach, psy nie opuszczają bud, a ja bezkarnie i bezszelestnie pokonuję kolejne urocze kilometry z każdym krokiem idąc głębiej i głębiej w stronę ... pasji. Odnosiłem lewitujące mnie wrażenie, że jestem jeszcze bardziej sam niż zwykle. Po drodze świeżo zbuchtowany teren, niestety bez obserwacji. Zaczajam się na te dziki już od dawna - nieskutecznie. Prędzej czy później je podejdę. Dziś odkryłem nowe tereny. W tym przepiękne bagno na skraju lasu. Dotarłem tam nieco późnawo, ale widać po tropach, że dzieje się tam sporo. Na bagnie, co mnie totalnie zskoczyło, pływały dwa młode łabędzie nieme. Nie mam pojęcia jak zamierzają przeżyć zimę! Mam nadzieję, że przeniosą się na jakąś cieplejszą wodę. Po zrobieniu kilku fotek zabrnąłem do pobliskiego lasu. Nowe miejsce, nowy teren. Uroczysko! Chrzest przeszedłem poprawnie - sarenki :) Są niebywale fotogeniczne. Doceniam je tym bardziej, że dały się sfotografować w lesie, a nie na polance. To dla mnie spora różnica w wartości zdjęcia. Zupełną wartością dodaną jest też fakt, że znalazłem dwie najpiękniejsze kanie jakie widziałem w życiu. Były duże, wyjątkowo grube i mięsiste. Zrobiliśmy je w cieście naleśnikowym. No po prostu obiad z dwóch grzybów. Oboje najedliśmy się, a smaku opisać się nie da! Żeby nie było tylko szaro, dorzucam dwa pejzarzyki z wtorku i kruka z tegoż ;)