wtorek, 29 września 2015

Anbiliwibul!

Dziś z niewiadomego i zupełnie niezwiązanego z wiekiem powodu, wstałem o 5.15.
Poranna klasyka, przetarcie zdziwionych porą oczu i konstatacja nad sensem życia.
Z tymi zdziwionymi "porą oczami", nie chodzi mi bynajmniej o warzywo jakieś,  że oczy moje ujrzały tego pora i się zdziwiły czy coś, a o porę dnia ... doby ... nocy! Eeeee.
W efekcie końcowym, wśród ciągle budzących się synaps i neuronów odnalazłem sens życia w spontanicznym wypadzie do lasu. Mnie to nie zdziwiło, Was już chyba również nie powinno.

Warto było wpełznąć do wnętrza ubrań terenowych i opuścić (w nich) domowe pielesze.
Podkreślam te ubrania, bo wyjście bez nich, nie byłoby już takie fajne, a jak wspomniałem, moja niedobudzona "centralka" zwana też "abażurkiem", nie wykazywała rano jakiejś szczególnej dynamiki skojarzeń czy w ogóle czegokolwiek. Tym samym mogła w swojej zaspaności dopuścić do wyjścia nie tylko w niewłaściwych ubraniach, ale również bez nich ... for egzampel!

Budził się dzień.

Mgliście, krwiście, mocno podziałowo.

Przyjemnie było chwilę później spotkać szpicaka. Już widzę, że wyrośnie z niego piękny byk. Było mocno zbudowany, a początkowo, gdy widziałem sam tułów, wiedziałem, że to samiec. Bykiem nie można go jeszcze nazwać, ale to bardzo przyszłościowy młodzieniec.



Dzień wcześniej spotkałem nieco starszego osobnika ...

... ale nie wywarł na mnie aż takiego wrażenia. Oczywiście to było bardzo fajne spotkanie, w bardzo przyjemnej części Puszczy, bardzo blisko miejsca, w którym rok wcześniej spotkałem wilka.


Ale wróćmy do dzisiejszego poranka, który pozwolił mi cieszyć oko takimi widokami.


Anbiliwibul! ... jak wykrzyknąłby mieszkaniec dowolnej części globu!

Przez moment byłem w raju.
Ale najzabawniejsze było to, że po drugiej stronie nieba, tego samego nieba, panowała nieco inna aura i atmosfera ...


Toć to siok! ... jak wykrzyknąłby mieszkaniec tylko jednej, konkretnej części globu! ;)



poniedziałek, 28 września 2015

padlina.

Tyle wiązałem nadziei z niedzielnym wyjściem do Puszczy, a przez pierwsze dwie godziny nic, ale to zupełnie nic się nie wydarzyło. Jednak co tu dużo mówić, presja grzybiarska na las jest ogromna. Dziesiątki stojących przy drodze samochodów, przywiozło setki jak nie tysiące amatorów smakowitej, bądź co bądź, chityny wypełnionej wodą i trochę czymś ponadto.

I tak szedłem i szedłem i patrzyłem w górę, żeby nie patrzeć w dół ... no taka kreatywna filozofia niewidzenia grzybów mnię dopadła. Uznałem, że grzyby jedzą ślimaki, a mi do smaku i kilku sosów wystarczy to co zebrałem dzień wcześniej.

I gdy tak patrzyłem w górę, by nie patrzeć w dól, zauważyłem kręcącego się myszołowa.


Był wysoko i niespecjalnie zawracałbym sobie nim głowę, gdyby nie to, że nagle dotarł do mnie odgłos awantury między krukami, a ... bielikami!
Wiedziałem już co to oznacza - padlina!
Przyspieszyłem kroku. Zdołałem ujrzeć odwieczną scenę - młodego bielika przeganianego przez niezłomne w tym względzie kruki.


Inny "młody" w końcu też skapitulował, zerwał się do lotu i ...


... oddalił się.

Postanowiłem odnaleźć padlinę. Cwane kruki wprowadziły mnie w błąd i w pierwszej kolejności poszedłem dokładnie w przeciwną stronę - cwaniaki. Tak kombinowały, żeby odwieść mnie od stołówki i zrobiły to skutecznie. Mnie, starego leśnego cwaniaka! Bystrzaki.

Gdy przejrzałem ich niecny plan, zrozumiałem, w którą powinienem iść stronę. Odrobiłem nadrzucony kilometr, ale to się nie spodobało krukom. Nad moją głową rozpętała się jesień średniowiecza! No normalnie Hejzel!
Niżej i wyżej, pojedynczo i trójkami, latały krucze patrole, próbując wywrzeć na mnie presję zmiany kierunku marszu.



Nie zmieniłem zdania i po chwili wyszedłem na śródleśną polankę.
Moim oczom ukazał się taki oto rudo-zielony widok.


Wiedziałem, że jestem blisko. W miejscu zestrzału pozostały fragmenty upolowanego zwierzęcia.
Rejwach i swawola. Dziesiątki ucztujących kruków. Najszybciej jak mogłem, znalazłem schronienie pod gałęziami świerka. Teraz pozostała mi już tylko cierpliwość.
Po godzinie trzepotania mi nad głową, przyglądania mi się i krakania prosto w bębenki uszu, kruki uznały, że jestem zastygłym, nieruchomym i całkowicie bezpiecznym dziwakiem, który wszedł pod drzewo i zasnął.
Spod daszka maskującej czapki zauważyłem pierwszych odważnych degustatorów resztek.
Między krukami, ku mojej uciesze, co i rusz dochodziło do draki.







I tak minęła mi kolejna godzina obserwacji, aż nagle, w bezpośredniej bliskości czarnej bandy, wylądował mój znajomy - myszołów!

Jeszcze nie złożył do końca skrzydeł, a już miał miejsce frontalny atak herszta kraczącej bandy!

W takich warunkach wytrzymać się nie da, o jedzeniu to już w ogóle nie ma mowy.

Myszak opuścił to niegościnne towarzystwo. Chyba mu się nie dziwię, sam z trudem wytrzymałem godzinne przepędzanie mnie :)



sobota, 26 września 2015

niespodzianki.

Najbardziej lubię leśne niespodzianki. Być może te zaskoczenia są najsilniejszym magnesem mojej pasji. To jakiś atawizm lub po prostu podświadomy powrót do dzieciństwa. Które dziecko nie lubi niespodzianek, tym bardziej, że każde leśne zaskoczenie traktuję jak prezent.

Taką niespodzianką było dzisiejsze spotkanie. Łania prowadząca młode skupiła się na niewłaściwej stronie. Patrzyła wgłąb lasu, a ja najzwyczajniej w świecie podszedłem od drugiej strony.

Aby ujrzeć młodzieńca, musiałem cichutko zmienić miejsce obserwacji. Niby dwa kroki w lewo, ale przy takiej odległości, każdy ruch jest ryzykiem spłoszenia tych niezwykle czujnych zwierząt.

Kiedy wykonałem niezbędną ilość zdjęć, zaskrzeczałem, by łaskawie się odwróciły w moją stronę.
Wiedziałem, że na ten kadr będę miał niewiele czasu.

Akcja działa się klasycznie, czyli przy pierwszym świetle, więc czas 1/60 sekundy.

Między drzewami docierało do mnie światło ... Oka Saurona!

Dzień budził się w chmurzastej pierzynie, ale momentami słońce docierało w najniższe partie. Trawy cudownie wychwyciły skromną ilość światła.

Wieczorem sprawy mają się zupełnie inaczej. Gdy słońce zajdzie, nie ma już na co liczyć, będzie tylko ciemniej i ciemniej.

 Tę młódkę zastałem jeszcze w miarę przyjaznych okolicznościach.

 A tą nadobną, dojrzałą łanię fotografowałem już w zasadzie bez światła, czyli tak, jak lubię najbardziej :)

Bywa jednak i tak, że nie dość, że światła mało, to jeszcze na drodze do szczęścia wyrastają wysokie trawy ... . To jednak czasami dodaje uroku zdjęciom, są mniej oczywiste, a nawet uważam, że bardziej naturalne od "atlasówek".

Tak jak wspominałem, las jest terenem wielu i różnych niespodzianek. Spotkanie w sobotę ciężko pracujących pracowników leśnych, również do takich należy.


Dziś robiłem zdjęcia podczas ... grzybobrania. W efekcie zdobyłem kilka fajnych fotek i prawie 100 prawdziwków. I to też miła niespodzianka :)

Niespodzianką okazało się również to, że rykowisko już za nami. Rano byki się nie odzywały, a wczoraj wieczorem z najwyższym trudem sprowokowałem jednego byka do współpracy.
Całe szczęście, bo wieczór poświęciłem zwycięzcom konkursu radiowego, ogłoszonego podczas mojej audycji. Nagrodą była nocna wyprawa ze mną na ... rykowisko! Udało się grupę podprowadzić i posłuchać byka z odległości ok. 50 metrów. Ładnie reagował na moje wabienie, długo toczyliśmy męski dyskurs. Dziś już wiem, że to był rzut na taśmę, w sumie sukces. Tym bardziej, że trafił się nam byk stadny. Do odsłuchania relacji z tej pasjonującej eskapady, zapraszam w poniedziałek, 10.15 Radio Olsztyn.

p.s.
na prośbę Modraszki, wstawiam kosz kominkowy pełny "prawych" :)
fota z komóry!


wtorek, 22 września 2015

byk zbudowany z mgły!

Wczorajsza wyprawa wieczorna zaczęła się od tego młodzieńca. Schował pół pyska za drzewo, zerkał na mnie jednym okiem i sądził, że go nie widzę :)


Wabiłem skutecznie, nawiązałem "koleżeńskie" pogaduchy z dwoma bykami i gdy jeden zaczął podchodzić do mnie (to taka nowa wersja podchodu, teraz zwierzęta podchodzą mnie!) zaczął padać deszcz. Klapa! Rykowisko nie przepada za deszczem. Wyłączono zasilanie, zapadła cisza.
Usiadłem na plecaku w drągowinie i siedzę tak bez sensu i celu. Zrobiło się ciemnawo, a mi nie chciało się łazić. Między drągowinowymi drągami szedł na milcząco, byk speszony deszczem.


W zasadzie nie było już warunków do robienia zdjęć, zmrok zapadał gwałtownie, a zdjęcia robione "na ćmoka" wyglądają tak:


   To powyżej całkiem mi się podoba, lubię takie ... majaki.

A tego byka poniżej, nie pokazałem wcześniej, a w końcu też jest beznadziejnie ciemno i zdjęcie technicznie słabe, Wikipedia by go nie chciała, więc nie rozumiem czemu je pominąłem ;)
To typowa "nielajkówka", czyli zdjęcie, które w Grupach na Facebuku nie ma szans na więcej niż 25 lajków.
Tam preferowane są zdjęcia zrobione w słoneczne południe, teleobiektywem 600 mm, ciasno skadrowane, tzw. "atlasówki". Wiewiórka zrobiona w parku, ba prawdziwek lub motyl, ma więcej szans na lajki niż takie ... "niewyraźne badziewie".




Skradałem się do byka, a tu ... proszszsz ... locha!
Uciekłaby wcześniej, ale ta cholerna gałąź, która uniemożliwiła mi zrobienie normalnego zdjęcia, jej uniemożliwiła zobaczenie mnie :) Klasyczne coś za coś!

Czasami nie da się zrobić foty i już. Byk odejdzie i do tego poroże chowa w chaszczu, a dodatkowo jeszcze ten cień ... ech, nie jest to łatwa robota!


A nawet gdy jest całkiem widno (rzadko, a w lesie to się prawie nie zdarza) to i tak najczęściej widzę coś takiego.

Trudno w to uwierzyć, ale zdjęcie poniżej jest zrobione po zachodzie słońca, w półmroku! Wyobraźcie sobie, jak było przy poprzednich zdjęciach.


Ale na koniec zostawiam sobie moje rarytasy, czyli zdjęcia zrobione naprawdę na macanego, niemal w ciemności. Ta łania to wisienka na torcie moich wieczornych eksperymentów. Tzn. uwierzcie mi, że tam jest łania :).

A ten "byk zbudowany z mgły" ... chciałbym mieć więcej takich zdjęć. W mojej głowie to niemal animacja, widzę ruch, widzę akcję, to zdjęcie projektuje więcej prawdy o byku i lesie niż najlepsze atlasowe ujęcie stojącego byka.


Zainspirowany ostatnim postem Bagiennego, chciałem trochę ponarzekać, ale mi nie wyszło.  W związku z tym w ogóle nic nie wyszło. No może nieudolna próba rozliczenia się z "atlasówkami". Ten post jakiś taki bezkoncepcyjny jest. Jest mi głupio, ale nie mam siły go poprawić :) Sorki! Muszę przemyśleć o co mi chodziło i ... w ogóle!

niedziela, 20 września 2015

wabienie jeleni

Temat jak najbardziej aktualny, a ponieważ uzbierało się ludzisków, którzy chcieli bym poruszył  zagadnienie wabienia byków, lecimy.

Postaram się nie wymądrzać, ale zacząć powinienem od informacji, że skuteczne wabienie jeleni, to nie tylko "ryczenie" w tubę.
Aby skutecznie wabić, trzeba poznać zwyczaje godowe jeleni, by móc ocenić, co aktualnie się dzieje, rozumieć sytuację i dobrać narzędzia do tego, by z wybranym bykiem porozmawiać, a może nawet go zwabić tak, by wyszedł z "zielska".

Byki w okresie godowym, wydają kilkanaście różnych odgłosów. Każdy oznacza co innego.

1. Gdy słyszymy przeciągłe, "zakochane", brzmiące jak "serenada podbalkonowa" euuuuuuaa, euuuua, euuuuuuuaaaaa, eua ... mamy do czynienia z młodym bykiem w tzw. drugiej klasie wieku, ale raczej klasie "A" czyli 5-6 latkiem.

Jeżeli chcemy by do nas wyszedł, raczej starajmy się grać to co on. Pilnujmy krtani, by nie wydać dźwięku starszego byka, bo przestraszymy młodzieńca. One niestety rzadko są skore do walki, więc podejdzie wyłącznie z ciekawości. Te byki najczęściej są tzw. kibicami, kręcą się przy starych bykach, obserwują, a jak nie ma w pobliżu "alfy" odważają się zatrąbić tą swoją tęsknotę do seksu, przepraszam, do łani! ;)

2. Byki starsze, powiedzmy klasa druga "B", czyli 8-10 letnie zachowują podobną linię melodyczną, lecz mają wyraźnie niższą skalę. Głos jest jakby nieco bardziej chrapliwy.
Gdy wzywa łanie, w dalszym ciągu słychać w jego głosie melancholię czy tęsknotę.

3. Mocne byki, tzw. stadne, brzmią "studziennie", słychać taki niski pogłos jakby wydobywający się z jakiejś pieczary. Głos rozpoczynający jest chrapliwy, my go wydajemy z zaciśniętej krtani, a potem przechodzi w to charakterystyczne "studzienne" auuuuuuua, auuuuuuua ...

4. Kiedy słuszymy charakterystyczne o o o o o ... (tzw. gon) interwałowane tak jakbyśmy przeskakiwali z nogi na nogę, to oznacza, że byk stadny zagania łanię do chmary.
Ale kiedy podobne, nieco agresywniejsze  o o o o o przychodzi w chrapliwe ooo oooo oooooo to stadny byk przepędza młodszego byka - chłysta. Jest wówczas szczerze wkurzony i gdy jesteśmy blisko i umiejętnie się odezwiemy, może bez zastanowienia, pod wpływem emocji wyskoczyć w naszą stronę. Dobrze jest wydać głos innego chłysta.

Pamiętajmy, że stare byki to niezłe "cwaniaki", nie wyjdą łatwo na wabienie. Trzeba mieć sporo cierpliwości i pokory, bo potrafią długo "trąbić" pozostając w ukryciu. Obserwują bacznie teren przez gałęzie, nie są skore do szybkich decyzji. To wynika z ich ostrożności.

5. Gdy byk głosi gotowość do walki, wydaje znacznie krótsze, agresywniejsze i szybko rosnące dźwięki - auuu uu uu uu uuuuuuch
Słychać wyraźnie determinację i zdecydowanie. Nie ma przeciągania, grania, linii melodycznej, tylko zdecydowane, krótkie, ale bardzo mocne dźwięki wydawane z czytelną złością.

Takiego byka jest stosunkowo łatwo zainteresować wabieniem, ale pamiętajmy, że więszość godowych sporów między bykami, kończy się na ocenie siły ryków, ocenie wyglądu czy zapachu konkurenta. Walka naprawdę jest ostatecznością i ma miejsce np. wówczas, gdy pretendent uzna, że ma szanse pokonać mistrza i przejąć jego chmarę. Zwykle jednak słabszy byk odchodzi bez walki.
W takim przypadku, dobrze jest w odpowiednim momencie uderzać gałęzią w drzewo, łamać suche badyle, udając wkurzonego byka, który wyładowuje złość na krzaku.

Przy okazji siły zapachu godowego byka ... one moszczą coś na kształt dołu, zagłębienia, w każdym razie rozpychają ściółkę, a nawet ziemię , oddają w to miejsce mocz i wcierają go w siebie z lubością. Taka perfumeria dla ubogich. Dziś podchodziłem do takich dołków pod wiatr. Uwierzcie mi, nie da się nie zorientować, że to samcza perfumeria godowa. Testosteron czuć z kilkunastu metrów.

Oczywiście dźwięków jest znacznie więcej, nie sposób wszystkie opisać, bo nie darujecie mi przydługiego posta, ale opisałem te najistotniejsze z punktu widzenia wabiarza.

No i co to za szkolenie bez studium przypadku ... zatem proszę.

Sytuacja pierwsza.

Wczorajszy wieczór. Podchodzę byka, prowokuję go ... rozmawiamy. On zajęty trąbieniem, a ja w tym momencie krok po kroku, zbliżam się. Oczywiście uparcie tkwi w chaszczu!


Ostatecznie wabieniem udaje mi się go wyciągnąć z zielska i mimo zmierzchu, zaprezentował się w całej krasie.


Sytuacja druga.

Dziś rano. Słyszę byka, który biega w drągownie w tą i z powrotem jak opętany. Przeganiał chłysty.
Był mocno pobudzony, więc "gram na chłysta". Leci do mnie! Słyszę szybko zbliżające się trzaski łamanych gałęzi.

To typowy cwaniak! Stanął w gęstwinie tak, by móc poobserwować źródło dźwięku. Sądziłem, że przegram to spotkanie. Instynktownie wydałem dźwięk przestraszonego chłysta. Takie krótkie szczeknięcie. Zadziałało! Podszedł zobaczyć ofiarę losu :)))


Widzicie tą jego minę ... "Ty cykorze, żal na ciebie czasu!" - jestem pewny, że tak mi właśnie nawrzucał :))

Jak widzicie, trzeba ciągle kombinować, wczuć się w realia byczego życia, starać się myśleć tak jak on.
Powodzenia!

sobota, 19 września 2015

byki trzęsą lasem!


Dwa dni wcześniej Puszcza żegnała mnie takim niebem. Jakby chciała powiedzieć, że wszystko w naszym życiu jest w kratkę. Powodzenia krzyżują się z niepowodzeniami, sukcesy z ich brakiem.
Dokładnie tak to wygląda z efektywnością moich wypraw. Tzn. zwykle coś się sfotografuje, ale udane "zdobycze" są wartością nieciągłą, zmienną i ich odpowiednikiem są te jasne pasy na niebie, czyli jak zwykle ciemnej materii jest więcej.

Kolejny wieczór to niestety obowiązkowa obecność na imprezie. Nie ukrywam, że gdy zobaczyłem gwieździste niebo i ochłodzenie, "alko" poszło na bok. Rano chciałem być już w Puszczy.

Wysiadam z samochodu i ... las się trzęsie! Ryki trzech byków stadnych rozrywają atomy powietrza na strzępy. Wiadomo, że rozerwany atom, to mikrowybuch atomowy, co zdaje się ostatecznie tłumaczyć siłę wydawanego przez byki głosu. Wybrzmiewa tubalna salwa za salwą. Najszybciej jak mogę, opuszczam auto i już w drodze na rykowisko montuję zestaw, sprawdzam ustawienia aparatu, pospiesznie maluję twarz w kreski, których nie widzę i wkłądam maskujące rękawice. Wykonywanie tych czynności w marszu, pozwoliło mi pokonać kilkaset metrów. Od pierwszego byka jestem raptem 200 metrów, któe pokonuję w wersji na apacza skradającego się do obozu białych twarzy.

Byk niestrudzenie ogłasza swoje królewstwo. Gdy wabiąc pokonuję ostatnie metry, zauważam byka, który wyszedł przed ścianę lasu. Nie ryczał, obserwował.

Patrzył dokładnie w stronę byka, którego starałem się podejść.

Zawabiłem! A co, pomyślałem ...


Spojrzal na mnie z miną, która zdaje się mówić ... "kolego, jaja sobie robisz?!? My tu mamy gwiezdne qrwa wojny, a ty śmiesz się wtrącać?!?"

Nie wiedziałem jak złapać tego poważniejszego trąbiarza?
Delikatnie się wychyliłem zza grabowego krzewu i ...

... był tam, ale nieco nieosiągalny dla mnie z tej pozycji!

W tym czasie, Pan podglądacz ruszył przed siebie.


W pierwszym momencie odszedł nieco, po czym przeszedł dość blisko mnie.


Ruszyłem do tego większego byka, niestety bezowocnie. Szedłem za nim około kilometra, nie uciekał, po prostu odchodził i już. Słońce dość szybko zaczęło operować, byki spieszyły się do swoich ostoi.

Kilka razy widziałem łanie.


Przebiegały to tu, to tam. Las ucichł, docierały do mnie już tylko pojedyncze porykiwania z większych odległości. Za godzinę wyrusze tam na sesję wieczorną.