sobota, 7 września 2019

Czy ja nie żyłem?!?

Po niezwykle trudnym tygodniu pracy, dziś wydarłem do lasu godzinę przed wschodem.
To nie dlatego, że ... coś tam, tylko z powodów czysto pragmatycznych.
Po prostu dopóki jest ciemną, na pewno ryczą, a ja stoję i buduję plan wyprawy w oparciu o tą dźwiękową topografię terenu.

Niestety byki ryczały daleko, a ja podjąłem nie pierwszą w życiu głupią decyzję, że je dojdę.
Wszystko przez to, że kilka razy się udało. To taki syndrom szczura  w beczce z wodą.
Gdy się go nie wyjmie w porę, po 30-40 minutach tonie, ale gdy się go wyjmie i włoży powtórnie, potrafi pływać wiele godzin czekając na ratunek.
I ja, jak ten szczur wiedziony zaszłym sukcesem, dziś uwierzyłem, że je dojdę. Niepotrzebnie.
Byki, jak ja idą pod wiatr ...
Odchodziły i odchodziły, a ja w konsekwencji pokonałem dziś 18 km.

To co mnie pocieszało, to dzień był bardzo dziczy. Niekoniecznie fotograficznie, ale spotkaniowo i owszem.
Pierwsze spotkałem w ciemnościach.
Spore stado.

 Nie mam pojęcia skąd aparat bierze to światło. To była prawie noc!


Sporo kilometrów dalej kolejne spotkanie.
Ten coś (mam wrażenie, że jednak samiec) był znacznie bliżej ale w chabaziach.
 Czujnie mnie obserwował, ale i ja go czujnie wypatrzyłem.

Zlatałem się jak młody pies za ogonem i ostatecznie ...
 Takie brzdące są zawsze w pobliżu dużych byków ale swoją czujnością na dłużej odcięły mi do nich dostęp.

 Mogłem przyglądając się im jedynie delektować się koncertem - pięknie dziś grały!


 Ponieważ mimo pewnej czujności nie rozkminiły mnie kompletnie, sesja przeciągnęła się do ok. 30 minut.

 Klapnąłem sobie na ziemi i w zasadzie podobało mi się to nicnierobienie przed ekranem marki LAS o bliżej nieznanej przekątnej.


 To równolatki. Obu leci trzeci rok życia. Ten pierwszy to szóstak, a ten ósmak.

W nogach przybyło kolejnych bezowocnych kilometrów wypełnionych nadzieją dojścia źródła dźwięków.
Niestety byki dziś bardzo się przemieszczały.

 Tym razem byłem pewny - samiec!
Prowadziłem go by dorwać na przelocie ...
Tak dynamicznie przyspieszył, że oszukał mnie, starego wygę.
Nie zmienia to faktu, że to zdjęcie uważam za zdjęcie dnia.


Gdy wyszedłem z "mrocznika" na otwartą przestrzeń, młody bielik rozpoczął jakiś rodzaj tańca ze mną. 
Bielik, co by nie mówić, jest absolutnie autotelicznym gatunkiem, to król, wartość sama w sobie.


Wielokrotnie krążył nade mną i w dodatku coraz niżej.

Pomyślałem, że musi wiedzieć coś, czego ja nie wiem więc wspomnienie westernów z sępami krążącymi nad trupami, obudziło mój gwałtowny niepokój!
... może ja nie żyję?!?


Między bytem, a niebytem jest cieniutka linia ... czy mogłem tego nie zauważyć?!? :)
 Popisywał się przede mną czyniąc rozmaite figury.

Odleciał, a ja zająłem się podziwianiem spirali Fibonacciego w wersji "welur".

Nie minęło długo-wiele, a ten cyrkowiec ponownie przyglądał mi się z zainteresowaniem i jakby zaczepiał.
 Bardzo fajna przygoda z ciekawskim bielikiem. Ciekawość jest wytłumaczalna. Widzicie oznaki jego młodości - niewybarwione sterówki i dziób, który z wiekiem będzie żółkł.
... żółkł ... Niemiec przez to nie przebrnie :))))


Na koniec ruda w pięknych światłach starego grądu.



środa, 4 września 2019

Początek rykowiska, niefortunny.

Zapada zmrok. Las wypełnia się ta tajemnicza emocją, która jest niezwykle uzależniająca.
Jakiś atawistyczny lęk, coś co szepce z tyłu głowy, że powinienem być w domu, jednocześnie mnie z niego wyrywa.
Ta odwieczna, subtelna walka między schowanymi głęboko w genach atawistycznymi lękami, a chęcią ich przełamywania jest silnym narkotykiem.
To jak horror oglądany przez szparki miedzy palcami skrywającymi twarz. Nie ma w tym racjonalnego wytłumaczenia.
Bezwzględnie jednak wygrywa nagroda. Las wieczorem darzy. Od lat zwierzyna płoszona za dnia, wieczorem zaczyna po prostu żyć. Wychodzi na żerowiska, przystępuje do godowych rytuałów.
Pierwszy ryk usłyszałem około 19.00
To był byk stadny i był w moim zasięgu. Uznałem jednak, ze próba podchodzenia byka o 19.00 nie ma sensu.
Za 30 minut ilość światła w lesie nie pozwoli na sprawdzenie ilości palców dłoni, a co dopiero na zdjęcie. Do tego musiałbym przejść przez asfalt, a tego już nie kalkulowałem. Kontakt z wytworem ludzkim gdy jestem w lesie, jest czymś najbardziej niepożądanym.  A i tak byłem w miejscu, z którego słychać ruch na drodze, co jest poważnym i wystarczającym kompromisem.

Gdy wszedłem do lasu, a był to stary las liściasty, poczułem się tak, jakby ktoś wyłączył światło.
Widziałem byka, który zaległ w babrzysku.  Nijak nie mogłem się do niego dobrać. Odpuściłem, bo przecież jutro też jest dzień.

W dolinie utworzonej między morenami, których na Warmii nie brakuje, zauważyłem trzy plamy żerujących łań. Po chwili okazało się, że to dwie łanie i cielak.

Cielak, jak to cielak, długo nie wiedział o mojej obecności.
Za to łanie i owszem.
 Natychmiast trafiłem na ich system namierzania :)

Obie wzięły mnie na celownik. Ratował mnie absolutny bezruch.


Chwile później przy 1/20 sekundy starałem się bez większego powodzenia uwiecznić samotnego dziczka.


Młody ale jednak samiec. To zawsze większa rodocha niż ... locha ;)
 Był tak zajęty szperaniem w runie, że miał mnie gdzieś.

W końcu dotarłem do zaplanowanej polanki.

 Na chwilę przed zapadnięciem ciemności pokazał się ten nieszczęśnik, który już na początku rykowiska stracił tykę.


 Próbowałem go podejść, ale okazał się tak czujny, że zamroził mnie w dużej odległości od siebie.
Nijak nie mogłem się ruszyć z miejsca.

Trudno, tych kilka odległych zdjęć musi nam tym razem wystarczyć :)


sobota, 31 sierpnia 2019

Jak przeżyć w lesie?

Właśnie! Jak przeżyć taki dzień jak dzisiejszy?
Wstałem nieco zbyt późno ale gdy tylko wyszedłem z domu, pożałowałem, że w ogóle wstałem.
To było jasne, że wilgotny klej zamiast powietrza nie zwiastuje łatwej wyprawy.

Dwadzieścia minut po opuszczeniu pieleszy słońce było jak widać wysoko.
Widać też z jakim trudem przedostawało się przez mglistą mątwę oparu.

Już w pierwszych sekundach leśnego iścia znalazły mnie strzyżaki. To prawdziwa zmora.
Po godzinie bezowocnej wędrówki miałem wrażenie, że przebijam się przez zawiesinę zbudowaną z wilgoci i rozpuszczonych w niej owadów. Ogromne płaty mglistych tafli z poukładanymi na nich strzyżakami co i raz otulały mnie nie pozostawiając wolnego miejsca. Gdyby nie mieszkający we mnie uparty cham (chamski upór musi mieć jakąś przyczynę ... źródło jakieś) słowo daję zawróciłbym.
Po dwóch godzinach sytuacja zaczęła mnie bawić. Nic nie spotkałem, niczego nie widziałem, byłem mokry jak nowojorski humit i oklejony niestworzoną ilością strzyżaków.
W głowie układała mi się opowieść, w której zapraszam Was do jednej z najbardziej beznadziejnych wypraw i nawet mi się ten pomysł spodobał. Niby dlaczego macie ze mną przezywać tylko przyjemności? :)

Niestety stanęła przede mną kuna i zepsuła nicniewidzenie!
Ale po chwili uznałem, że ciągle jest do dupy, przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni.

Mijała trzecia godzina łazęgi.
Wszystkie strzyżaki świata zdążyły już sobie przekazać, że po lesie łazi duży frajer i starczy na nim miejsca dla wszystkich.

W końcu zauważyłem byka ale tak długo nie wierzyłem w to co widzę, że ...

Ta pierwsza po prawej plama, to on ... byk!
Tak jak wczoraj pisałem, ta pasja to głównie gotowość do akceptacji niepowodzeń.
Dziś byłem cały zbudowany z tej akceptacji, a po tej przygodzie w zasadzie byłem kwintesencją niepowodzenia. Można było mnie zabrać z lasu, zawieźć do Sewr pod Paryżem i ustawić na półce jako wzorzec niepowodzenia.

Wyobraźcie sobie, że cała ta beznadzieja, ku również mojemu zaskoczeniu, obudziła we mnie jakąś determinację. 
Postanowiłem przejść dwa, trzy tzw. pewniaki, miejsca, w których najczęściej spotykam jelenie.
Efekt był taki, że w tych miejscach jest naturalna koncentracja latających wszy.
Koszmar to zbyt łagodne słowo.
Mój prawy łokieć od roku jest w przewlekłym stanie zapalnym od wieloletniego noszenia aparatu,
a lewa ręka lepiej radzi sobie ze zdejmowaniem strzyżaków z karku. Siłą rzeczy aparat musiał pozostać w chorej łapie.
Częstotliwość zdejmowania owadów była taka, że ostatecznie natarłem boleśnie skórę karku.

Kiedy już opuściły mnie nadzieje, że coś ulegnie zmianie w tym upadłym poranku, po czterech godzinach łażenia widzę koleżkę, który bacznie mi się przygląda.
 Oczniaki, że szok!


 Wąchał niepotrzebnie angażując aż taki wysiłek. Po tylu kilometrach w stęchle mokrej otulinie mikstury wodno-owadziej, czuć mnie było z kilometra.
Mało tego, gdy tylko ręce zająłem aparatem, mój kark pokrył się qwa rojem tych latających gówien!
Musiałem machnąć łapą, nie dałem rady.


 Efekt jak widać - ucieczka.

Czujnie zostałem w tym miejscu dłużej.
Instynkt łowcy mnie nie zawiódł.
Po chwili przyszedł następny młodziak.
Raptem o rok starszy.



Cały scenariusz bliźniaczo się powtórzył.

 Udało mi się go dorwać w gąszczu i ...



 ... w prześwicie.

Można powiedzieć, otarłem łzy.
Nie są to byki, a jedynie ich etykiety zastępcze, protoplaści, zwiastuny czy jak zwać, ale zawsze to więcej niż nic :)

niedziela, 25 sierpnia 2019

Borsucza zjawa.


Wyrwałem dziś do lasu nieprzytomnie wcześnie. Prawda jest taka, że chciałem posłuchać czy byki rozpoczęły już swój koncert. W efekcie końcowym znalazłem się w lesie, w którym jedyne co przez godzinę było widać, to księżyc.
Ciężko nic nie robić ... robiłem księżyc!
A ponieważ zdjęcie zrobione o 3.50 niczym nie różni się od tego z 4.45, pokazuję jedno :)


Na pół godziny przed wschodem ...
Kontury drzew pojawiają się tylko na wschodniej stronie, na pozostałych kierunkach niepodzielnie panuje mrok.

Gdy tylko wzrok zaczął odróżniać pnie drzew od ściółki, ruszyłem po kolejną przygodę.
Było nią spotkanie z dwoma dorosłymi borsukami, które zaaferowane śniadaniowym przegrzebywaniem podszytu, nic sobie nie robiły z mojej obecności.
Nie należę do fotografów, którzy godzinami zalegają przy norach zwierząt, by je fotografować, więc do takie spontaniczne spotkanie szczególnie mnie cieszy.


 W takich ciemnościach robienie zdjęć jest nie lada wyzwaniem.
Fotografującym pokazuję PrintScreen z parametrów ekspozycji:


Jak widać ISO 3200 i czas pracy migawki ... 1/13 sekundy!
Robiący zdjęcia będą wiedzieć, że ta sesja praktycznie nie miała prawa wyjść, wykonanie ostrego zdjęcia jest niemożliwe :)
Wyszło jak wyszło i tak się dziwię, że w ogóle coś widać.

 Ogon borsuka zasługuje na odrębne potraktowanie :)


 To wcale nie chodzi tylko o to, że on się poruszał.
Ustabilizowanie aparatu w trakcie niekończącej się 1.13 sekundy to wyzwanie.
Niestety efekt widać :)

 Nie wiem jak to możliwe, ale jeden z borsuków podszedł do mnie na odległość 3 metrów!
To co widzicie to pełny kadr, a i tak by go zrobić, musiałem maksymalnie zredukować zoom.

Poniżej zrzut ekranowy dokumentujący niekadrowane zdjęcia. Przy okazji widzicie jak niewiele na nich widać :)


Tu widać jak głęboko ryje w poszukiwaniu przysmaków, A że robił to bardzo blisko mnie, czułem zapach świeżo odkrywanego podszytu.

Biorąc pod uwagę panujące ciemności, sesja była magiczna, Praktycznie widziałem jaśniejszą plamę, a aparat momentami długo szukał ostrości.

Dopiero po kolejnych 30 minutach mogłem cieszyć się widokami.



 Ostatnio gdy tu byłem w takich okolicznościach świetlnych, w rzece pływał piękny byk ...

 Teraz tylko te zdające się unosić na rtęci robaczki :)

Dla przypomnienia i nowych czytelników, wspomniane zdjęcia z bykiem:




A w drodze powrotnej, wiewiórka, której nie pokazałbym, gdyby nie ilość kleszczy.
Życie zwierząt nie jest łatwe i sielankowe, a miłość do przyrody musi iść wraz ze świadomością pozostającą na antypodach bambinizmu.