poniedziałek, 2 grudnia 2019

latające jelenie

Po dłuuugiej przerwie wróciłem na stare śmieci, czyli do lasów, w których spędziłem kilka intensywnych lat. To tu prowadziłem obserwacje kruków, tu pierwszy raz znalazłem się kilka metrów od bielika. Te lasy zawsze mnie darzyły i potrafiły zaskoczyć.
Jakże niesamowicie było przejść się tak dobrze znanymi ścieżkami i bezdrożami, tym bardziej, że las chyba chciał mnie przywitać.
Pogoda marzenie jak na ostatni dzień listopada. Niezbyt mroźny wiaterek, odczuwalny tylko na otwartej przestrzeni.
Przedzierające się słońce - rzadki gość na moich fotografiach.

 Zaraz po świcie miało miejsce pierwsze spotkanie.
Schodzące z żerowiska stado kontynuowało żer na trasie powrotu.


 Przecież to oczywiste, że jak nie jedna, to druga okaże się przewrażliwionym czujnikiem!
Stałem jak wyciosany z olchy, to nie, musiała "się uwalić", że to nie drzewo!

 Stado ruszyło, a jedna, mentalny stoik ... stoikowała jakby nigdy nic!


 Dzięki zamieszaniu powstało to zdjęcie.  Dla zdrowia mojej psychiki, cieszę się, że to ja je poczyniłem. ;)


 Miałem solidny dylemat - podchodzić, czy nie.
Lenistwo górą, odpuściłem i teraz się cieszę, bo powstało zdjęcie środowiskowe zawierające sarnę i ukazujące ją w sposób daleki od nachalności.


 Rozumiem tę sarnę, od czasu gdy za każdym drzewem można spodziewać się fotopułaki, fotografa lub drona, też w trakcie "jedynki" nerwowo się rozglądam. :)
Nie ma spokoju w głuszy, nie ma. Człowiek spokojnie wyjedynkować się  nie może, o dwójce nawet nie wspominam!

 Układ synchroniczny.


 W pewnym momencie los (las) pozwolił mi na bardzo bliską obserwację pasących się jeleni.
Długo cieszyłem oko spokojem i zimowym spowolnieniem zwyczajów.


 Jednak i tym razem znalazł się czujnik!
Na szczęście tej mniej udanej płci. Jego receptory nie pracują tak intensywnie jak u łań, więc scena trwała i trwała.


 W zasadzie już nie miałem koncepcji na inne ujęcia. Pod jego brodą bezszelestnie przesuwały się korpusy członków stada.

Ponieważ do końca nie skumał kim/czym jestem, odchodziły spokojnie ale ten koleżka do końca trzymał mnie wzrokiem.

 Szpicak niezbyt przejął się wzmożoną czujnością kumpla - kontynuował posiłek.


 W pewnym momencie wiatr zakręcił i na moje nieszczęście dość skutecznie. Zebrał ze mnie cząstki zapachowe i przetransportował wprost w nozdrza jeleni. Te nie wiedząc skąd dokładnie jest zapach, ruszyły w ucieczce wprost na mnie!
Tu przypomina mi się opowieść pewnej "ekolożki" która w ramach przeszkadzania myśliwym poszła do lasu. Była zdumiona naganką ale gdy stwierdziła, że naganiane jelenie biegną w jej stronę, z przerażeniem niegodnym kogokolwiek kto zna naturę jeleni, jak sama opisała, zaczęła drzeć się w niebogłosy i tak sama stała się elementem ... naganki. Czytałem to z ogromnym rozczarowaniem. Młodzi ludzie w ramach przygody idą na jakąś bliżej nieznaną sobie akcję, okazują się totalnymi amatorami kwaśnych jabłek, nie mają pojęcia o biologii gatunku i jeszcze zgodnie z panującą modą opisują to świadectwo własnych niekompetencji na socjalach dostarczając drew do ognia hejtu jakim środowisko ekologów jest darzone przez myśliwych. No ... taka dygresja.

 Muszę przyznać, że te odrobiny słonecznego światła robiły robotę.


 I na koniec łania wolna od grawitacji. :)

6 komentarzy:

  1. Krzyśku zostawiłem Ci wiadomość na Instagramie. W wolnej chwili zerknij proszę. Pozdrawiam Paweł

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie znalazłem. Paweł, napisz proszę na messenger na Fb.

      Usuń
  2. Wszędzie czujki ... normalnie jak w Big Brother ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiecznie w czujności, w napięciu, ucieczka na lada szelest czy obcy zapach, sen czy odpoczynek też pewnie bardzo czujny, zawsze w drodze, bo tylu wrogów ... u nas z kolei coraz więcej niedźwiedzi, to my musimy być bardziej uważni, wychodząc do lasu:-) pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, ich życie byłoby znacznie spokojniejsze gdyby nie polowania ...

      Usuń