niedziela, 13 kwietnia 2014

wszystkiego mogłem się spodziewać, ale ...

Momentami zaczynam wierzyć, że las potrafi jednak odwzajemniać uczucia. Niezwykle zaczęła się ta sobota i nadzwyczajnie się zakończyła. Dzień rozpocząłem jak zwykle około świtu, może 20 minut później niż zwykle. Na powitanie - klasyka - sarenki. Mogłem je podchodzić, ale przyznaję, że bardzo marzyła mi się zasiadka. Spieszyłem się nieco, więc sarenki zostały potraktowane jak chleb powszedni - niedobrze. Te piękne i niezwykle płochliwe stworzenia zawsze zasługują na uwagę. Dziś złamałem to założenie.


Zasiadłem w swojej czatowni pełen wiary i obaw. Obawy dotyczą głównie kruków. Te spryciule mają na mnie haka - jestem pewny. Zawsze, ale to zawsze wiedzą, że siedzę ukryty. Chyba zainicjuję badania, czy aby nie widzą w podczerwieni, bo inaczej nie umiem sobie wyobrazić tej tajemnicy. Po poprzedniej ośmiogodzinnej zasiadce bolał mnie kręgosłup, więc dziś zatachałem sobie rozkładane, wędkarskie krzesełko. Ludzie ... no teraz to ja tu mogę zamieszkać! Rozsiadłem się jak Panisko, a przynajmniej tak podpowiadała głowa, bo domyślacie się przecież, że ten zydelek nie ma prawa być wygodny. Wsłuchałem się w melodykę lasu. Często zastanawiam się, że zdjęcia nie oddają uroku takiej zasiadki. Otoczony ferią wiosennych dźwięków, najchętniej nigdy bym nie opuszczał tego miejsca. Kojące, relaksujące, niebywałe doznania. Pole widzenia z czatowni jest mocno ograniczone, więc słuch pracuje niebywale intensywnie. Każdym najmniejszy szmer każe się zinterpretować. Gwarantuję, że łopot skrzydełek zrywającej się do lotu sikory, brzmi jak szarża husarska pod Wiedniem! Po powrocie do domu, każdy dźwięk wydaje się zbyt głośny i zbyt nieanturalny - drażniący. Po godzinie kontemplacji usłyszłałem nad głową niesamowity dźwięk lecącej pary żurawi. Nie do opisania jest doznanie, gdy przelatują nade mną w odległości 4 metrów. Zanim wylądują na mojej leśnej polanie, okrążają ją całą, lecąc nisko nad ziemią. Robią taki patrol za każdym razem. Miewam szczęście znajdować się bezpośrednio pod nimi - ekstaza. Sam się zdziwiłem, ale udało mi się utrwalić moment lądowania. Po wylądowaniu, samiec otrzepał się i para przystąpiła do przeglądu stołówki. Samiec przechodząc, coś tam do siebie gderał i mamrotał, jak widać na zdjęciu.





Nasyciłem się ich widokiem i postanowilem wyjść z ukrycia niczym "złote rączki" w latach dziewięćdziesiątych. Akcja przeciw szarej strefie - "złota rączko" wyjdź z podziemia :)))
Zrobiłem 8 km. podchodu, w trakcie którego wpdałem na idiotyczny pomysł! Czy próbowaliście kiedyś sfotografować owada w locie?!? No właśnie - wpadłem na ten pomysł przez Wojtka G. ... oczywiście. Opowiadał mi o znajomej, która biegnąc za łosiem wszystkie paramtery zdjęcia, w tym ostrość, ustawia ręcznie. Łoś, to łoś - 4 metry kwadratowe zwierzęcia, ale weź i ustaw ręcznie ostrość na owadzie! Żeby było jasne, innej opcji nie ma, bo autofokus nie widzi tego maleństwa. No i udało się, ale nie pytajcie za którym razem :)))


Chwilę później zobaczyłem śliczną wiewiókę. W słońcu mieniła się intensywnie, była zachwycająca. Dodatkowo w pyszczku niosła szyszkę. Całość urocza.



Nie jestem pewny, czy moi tatarscy przodkowie byliby zachwyceni, ale podszedłem ... motyla!
Kiedyś karmiono tylko ciało, dusza musiała poczekać jeszcze kilka wieków, ale teraz są hipermarkety, tym smym dałem prezent duszy. Nie znam się na motylach, więc będę wdzięczny za podpowiedź nazwy tego strojnisia.



Po trzech godzinach łazęgi wróciłem do kryjówki. Ubrany jestem na zasiadkę, więc wracałem ... zrąbany jak koń po westernie. Zanęta jeszcze leżała, chociaż pdchodząc spłoszyłem kruka. Poleciał za ścianę lasu, a ja korzystając z okazji, ukryłem się przekonany, że nie jestem obserwowany przez ptaki. Jakież za chwilę będzie moje zdziwienie! Po dosłownie 5 minutach na zanęcie usiadła samica ... Orlika Krzykliwego! Niebywałe. W Polsce jest ok. 1500 par tego gatunku, więc poczułem się wybrańcem losu. Można powiedzieć, że Orliki są z wyglądu miniaturami Orła Przedniego. Po dziesięciu minutach obok samicy wylądował też samiec. To było niezwykłe doświadczenie. Samica żarła wręcz, bo o jedzeniu nie można było powiedzieć, a samiec jedynie się przyglądał. Nawet nie spróbował - twardziel! Szybko zerwał się do lotu i usiadł na pobliskiej brzozie.
Tego spotkania nie zapomnę do końca życia. Zrobiłem im ponad 300 zdjęć! Piękne, wyjątkowe ptaki. Przyleciały cichutko i tak odleciały. Samica pochłonęła naprawdę sporo mięsa. Miałem niesamowitą satysfakcję. Ten gatunek jest niestety bardzo zagrożony. Melioracje gruntów, zmniejszanie się powierzchni starodrzewia w okolicach akwenów wodnych, likwidacja nieużytków i śródleśnych terenów podmokłych oraz bagien, poważnie zagrażają temu pięknemu gatunkowi drapieżnika. Orlik krzykliwy jest w Polsce objęty ścisłą ochroną gatunkową.
Z przyjemnością pokazuję Wam te niesamowite ptaki.








7 komentarzy:

  1. Gratuluję! Orlik krzykliwy, ho ho!
    Też jestem zdania, że natura wie i czuje, kto jest jej przychylny. I czasem nagradza... :-)

    Owad w locie - czyż jest większe wyzwanie? ;-)
    A motylek to rusałka żałobnik.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rusałka żałobnik - serdecznie dziękuję Pani Ewo :)

      Usuń
  2. Jak to mówią ? Ach już wiem - w miarę jedzenia apetyt rośnie i ciągle chce więcej i więcej .... , dobrze ze ten samolot którym latam nie musi takich wygibasów przy lądowaniu robić jak ten Twój na pierwszym zdjęciu haha... dobry jest , owad extra ale poczekam na komara a później na pchłę np. hehe... , ruda świetna a orliki przednie , mniam , mniam .... jeszcze !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no to dziękuję za ustawienie poprzeczki na odpowiednim poziomie ... pchłę ... no super:))

      Usuń
  3. Krzysiu, a skad orly mialy jedzenie? Czy mieso bylo na polanie? Super zdjecia!

    OdpowiedzUsuń
  4. Elu, Eluniu, staram się to wszystko tak dokładnie opisywać :) Oto fragment z postu p.t. "Wiedziałem" - "Najwyraźniej kawałek surowego indyka, który niechcący musiał mi wypaść z plecaka, zainteresował te ptaki :) Zwykle chadzam po lesie z surowym kawałkiem indyka ... taki mam zwyczaj. Nosiłbym może jakąś tańszą wieprzowinę, ale muszę się liczyć z tym, że również mogłaby mi nieopatrznie wypaść, a wtedy nie byłoby dobrze gdyby trafiła w dzioby moich ukochanych ptaków drapieżnych. Mają od niej nadkwasotę! Wiem o tym, i mając to na uwadze, chadzam sobie z ... indyczyną - przewidującym trzeba być:)"
    I to cała prawda. Jak tyle lat łażę po lasach, to tylko raz trafiłem na naturalną stołówkę, czyli dzika-postrzałka, na którym żerowały 3 bieliki, 12 kruków i 4 myszołowy. Niestety wtedy nie miałem aparatu, to był taki zwykły spacer :)

    OdpowiedzUsuń