Są rzeczy, które muszą się wydarzyć. Podoba się to nam czy nie, od pewnych sytuacji się nie wywiniemy i już. Takim imperatywem i do tego kategorycznym jest fotografowanie wiosennych kwiatów. Wczesnowiosennych ściślej rzecz biorąc.
Mają w sobie nieprawdopodobny potencjał wieszczenia zmian zachodzących w przyrodzie.
Nawet tak ortodoksyjni miłośnicy zimy jak ja, klękną przed energią wiosny. To uwarunkowanie jest silniejsze niż nasze osobnicze preferencje, niż nasze zachciewajki i wybory. Radość z wiosny mamy wbudowaną w geny, ba w bozony tworzących nas atomów! A może być też aż tak, że energia wiosny gra na strunach ukrytych w najskrytszych zakamarkach protonów tych atomów!
Sami widzicie, żartów nie ma.
Klęknąłem więc i zrobiłem te cudeńka, jakimi są leśne pikulinki, czyli jedne z mniejszych kwiatów.
I tak powstały zdjęcia zawilców, przylaszczek i tego cudnego dziwaka lejkowatego, którego z imienia i nazwiska nie znam bynajmniej.
Oczywiście jak kwiaty to i owady - nierozłączni przyjaciele. Jedne bez drugich nie mogłyby istnieć i vice versa :)
Jak już jesteśmy przy skrzydlatych, to ja klęczę dla motyla, a nade mną bielik skrzydła swe ... rozchyla :)
Dobrze, że nie zabrałem się za wiersze, choć kiedyś się zabrałem, ale kto się kiedyś nie zabrał? :)
Obok zawilców i przylaszczek, było świeżo odgniecione babrzysko.
Zobaczcie jak wyraźnie odcisnęły się dzicze szczeciny.
A na jeziorze awantura na całego!
Nie lubię awantur, poszedłem w głąb lasu.
Ku mojemu zaskoczeniu, w środku lasu mieszanego, rosła grupka największych żywotników jakie w życiu widziałem! Te tuje okazały się być pełnowymiarowymi drzewami! Ale że w naszym lesie ... ale?
Nie byłbym sobą ...
Nawet nie próbowałem ich podchodzić. Słońce o tej godzinie już tak wysuszyło liście, że podchód był skazany na porażkę.
"Kucłem se" i zabawiłem się światłem ścielącym się po mchach starego pnia.
Wracając do domu, uwieczniłem jednego z najpospolitszych i jednocześnie jednego z najpiękniejszych ptaków Warmii. Żyję już długo, nazbyt długo by nie uznać ich za pospolite i przestać się nimi zachwycać ... nie przestałem. Uważam bociany za swoisty cud. Na tym jednym ptaku zderzają się ze sobą trzy najbardziej kontrastujące kolory. Niepojęte!
Gdy patrzę na bociany, zastanawiam się, czy aby na pewno wiem już wszystko o kamuflażu? :)
wtorek, 11 kwietnia 2017
niedziela, 9 kwietnia 2017
zając cz. II
Dziękuję, że daliście mi szansę delektowania się wyłącznie jednym zdjęciem z poprzedniej opowieści.
Staram się tego nie czynić bez uzasadnienia, więc zgodnie z zapowiedzią spieszę z uzupełnieniem dokumentacji fotograficznej z wczorajszego spotkania.
Czynię to z tym większą przyjemnością, że nie wiem kiedy i czy kiedykolwiek jeszcze, będę miał szansę fotografować szaraka w takich światłach.
Tym samym mam nadzieję, że doobejrzenie zdjęć z zaskakującego spotkania i dla Was okaże się przyjemnością. ;)
Szedł sobie spokojnie w moją stronę niczego nie podejrzewając ... jak to zając.
Nagle przysiadł jakby coś go zaniepokoiło! Tu jeszcze byłem pewny, że chodzi o mnie.
Dziwiło mnie to, bo z czego tu robić ambaras ... 110 kg. człowieka na drodze przy tej przewadze prędkości, to przecież żaden kłopot.
Nie wiem czy z nerwów czy z nadmiaru spokoju ale powąchał przednią łapkę ...
... po czym "cążkami" rozpoczął manicure.
Po chwili to samo z tylną łapką ...
... i tym razem pedicure! Nie sądzę, żeby to były nerwowe reakcje. On miał mnie po prostu w nosie!
Zresztą po latach podchodzenia zwierząt wiem przynajmniej czego nie robić, by ich nie spłoszyć.
Ach nic nie pachnie tak pięknie jak wygrzana słońcem wiosenna ziemia!
I nagle jest! Wyjaśniło się dlaczego się zatrzymał i nie chciał pójść dalej! Widzicie ten jasnoniebieski laser przed nim? No właśnie - detektor ruchu założony przez sprytnych członków "tajnego stowarzyszenia pajęczaków!" Może to nie jest instalacja zrobiona z myślą o zającu, a raczej dedykowana znacznie mniejszym przedstawicielom fauny, ale zając coś wiedział!
Ostatecznie westchnął i odkicał do lasu.
Kochani, życzę Wszystkim tego typu spotkań. Są źródłem czystych emocji wynikających z obcowania z najpłochliwszą naturą.
Wystarczy w lesie być ... duchem, wówczas otoczenie odwdzięczy nam się, pozwalając na obserwację ;)
Staram się tego nie czynić bez uzasadnienia, więc zgodnie z zapowiedzią spieszę z uzupełnieniem dokumentacji fotograficznej z wczorajszego spotkania.
Czynię to z tym większą przyjemnością, że nie wiem kiedy i czy kiedykolwiek jeszcze, będę miał szansę fotografować szaraka w takich światłach.
Tym samym mam nadzieję, że doobejrzenie zdjęć z zaskakującego spotkania i dla Was okaże się przyjemnością. ;)
Szedł sobie spokojnie w moją stronę niczego nie podejrzewając ... jak to zając.
Nagle przysiadł jakby coś go zaniepokoiło! Tu jeszcze byłem pewny, że chodzi o mnie.
Dziwiło mnie to, bo z czego tu robić ambaras ... 110 kg. człowieka na drodze przy tej przewadze prędkości, to przecież żaden kłopot.
Nie wiem czy z nerwów czy z nadmiaru spokoju ale powąchał przednią łapkę ...
... po czym "cążkami" rozpoczął manicure.
Po chwili to samo z tylną łapką ...
... i tym razem pedicure! Nie sądzę, żeby to były nerwowe reakcje. On miał mnie po prostu w nosie!
Zresztą po latach podchodzenia zwierząt wiem przynajmniej czego nie robić, by ich nie spłoszyć.
Ach nic nie pachnie tak pięknie jak wygrzana słońcem wiosenna ziemia!
I nagle jest! Wyjaśniło się dlaczego się zatrzymał i nie chciał pójść dalej! Widzicie ten jasnoniebieski laser przed nim? No właśnie - detektor ruchu założony przez sprytnych członków "tajnego stowarzyszenia pajęczaków!" Może to nie jest instalacja zrobiona z myślą o zającu, a raczej dedykowana znacznie mniejszym przedstawicielom fauny, ale zając coś wiedział!
Ostatecznie westchnął i odkicał do lasu.
Kochani, życzę Wszystkim tego typu spotkań. Są źródłem czystych emocji wynikających z obcowania z najpłochliwszą naturą.
Wystarczy w lesie być ... duchem, wówczas otoczenie odwdzięczy nam się, pozwalając na obserwację ;)
sobota, 8 kwietnia 2017
zając!
Ileż to już napisano tomów na temat roli przypadku?
Świat podzielił się na zwolenników istnienia przypadku i tych, którzy są pewni, że przypadek nie istnieje.
Należę do tych drugich.
Wychodziłem dzisiejsze zdjęcie oj wychodziłem. Pleców i nóg nie czuję. :)
Zająca spotkałem w szóstej godzinie łazęgi i nie pozwolę zrzucić efektu spotkania na karb li tylko przypadku.
Od pewnego czasu (gdy schrzaniłem naprawdę wyjątkową okazję na tzw. życiówkę) co rusz sprawdzam ustawienia aparatu czy aby pasują do aktualnej sytuacji, ta bowiem w lesie zmienia się co chwilę, a rzeczy dzieją się szybko i trwają sekundę.
Zając szedł tą samą leśną dróżką co ja i w dodatku wektor jego przemieszczania się był przeciwny do mojego. Ma to fundamentalne znaczenie dla możliwości spotkania się w pewnej części drogi. Gdy zobaczyłem nadbiegające za lekkim wzniesieniem uszy, natychmiast kucnąłem tracąc go tym samym z oczu.
Gdyby zając zmienił kierunek i wszedł w las, już bym go więcej nie zobaczył.
Podjąłem zatem pewne ryzyko ale wiedziałem do czego zmierzam.
Chciałem mieć go jak najbliżej, gdybym stał, nic by z tego nie wyszło. No wiecie, perspektywa i te rzeczy. Gdyby go "zdjął" z pozycji stojącej, nie byłoby widać tej cudownej lewitacji.
Nagle pojawił się - trzask - migawka odpalona.
Jest! Mam go!
Ale jednak coś poszło lepiej niż zaplanowałem.
Czyżby jednak przypadek, czy po prostu jak mówi młodzież - fartło mi się?
Teraz nie ma to już dla mnie znaczenia, fartło, nie fartło, przypadek, nie przypadek, nie wiem.
Byłem w odpowiednim miejscu i najwyraźniej wyzwoliłem migawkę w odpowiednim czasie i już.
Uchwyciłem go w momencie gdy wszystkie łapy znalazły się w powietrzu.
Elegancko!
Do tego ekspozycja pod światło - wszystko tak jak lubię.
Gdybyście zobaczyli moją minę podczas oglądania zdjęć po powrocie, gdy trafiłem na to właśnie ujęcie.
Później opublikuję pozostałe zdjęcia z tego spotkania ale dziś pozwólcie mi celebrować tą jedną, wymarzoną chwilę. :)
To zdjęcie jest dla mnie sowitą nagrodą za naprawdę nadludzki wysiłek jaki włożyłem w dzisiejszą wyprawę.
Dziękuję Wszechświatowi za wszystko co mnie dziś spotkało, ponieważ było tego sporo, a wszystko było zaskakująco piękne. :)
Świat podzielił się na zwolenników istnienia przypadku i tych, którzy są pewni, że przypadek nie istnieje.
Należę do tych drugich.
Wychodziłem dzisiejsze zdjęcie oj wychodziłem. Pleców i nóg nie czuję. :)
Zająca spotkałem w szóstej godzinie łazęgi i nie pozwolę zrzucić efektu spotkania na karb li tylko przypadku.
Od pewnego czasu (gdy schrzaniłem naprawdę wyjątkową okazję na tzw. życiówkę) co rusz sprawdzam ustawienia aparatu czy aby pasują do aktualnej sytuacji, ta bowiem w lesie zmienia się co chwilę, a rzeczy dzieją się szybko i trwają sekundę.
Zając szedł tą samą leśną dróżką co ja i w dodatku wektor jego przemieszczania się był przeciwny do mojego. Ma to fundamentalne znaczenie dla możliwości spotkania się w pewnej części drogi. Gdy zobaczyłem nadbiegające za lekkim wzniesieniem uszy, natychmiast kucnąłem tracąc go tym samym z oczu.
Gdyby zając zmienił kierunek i wszedł w las, już bym go więcej nie zobaczył.
Podjąłem zatem pewne ryzyko ale wiedziałem do czego zmierzam.
Chciałem mieć go jak najbliżej, gdybym stał, nic by z tego nie wyszło. No wiecie, perspektywa i te rzeczy. Gdyby go "zdjął" z pozycji stojącej, nie byłoby widać tej cudownej lewitacji.
Nagle pojawił się - trzask - migawka odpalona.
Jest! Mam go!
Ale jednak coś poszło lepiej niż zaplanowałem.
Czyżby jednak przypadek, czy po prostu jak mówi młodzież - fartło mi się?
Teraz nie ma to już dla mnie znaczenia, fartło, nie fartło, przypadek, nie przypadek, nie wiem.
Byłem w odpowiednim miejscu i najwyraźniej wyzwoliłem migawkę w odpowiednim czasie i już.
Uchwyciłem go w momencie gdy wszystkie łapy znalazły się w powietrzu.
Elegancko!
Do tego ekspozycja pod światło - wszystko tak jak lubię.
Gdybyście zobaczyli moją minę podczas oglądania zdjęć po powrocie, gdy trafiłem na to właśnie ujęcie.
Później opublikuję pozostałe zdjęcia z tego spotkania ale dziś pozwólcie mi celebrować tą jedną, wymarzoną chwilę. :)
To zdjęcie jest dla mnie sowitą nagrodą za naprawdę nadludzki wysiłek jaki włożyłem w dzisiejszą wyprawę.
Dziękuję Wszechświatowi za wszystko co mnie dziś spotkało, ponieważ było tego sporo, a wszystko było zaskakująco piękne. :)
piątek, 7 kwietnia 2017
Jeleni świt!
Widzę co się dzieje. Leśny nerwowy jakiś ostatnio.
Z jednej strony ma dużo pracy i to główny powód ograniczonych wyjść do lasu. Niby się cieszy ale od dawna na eskapady pozostały mu tylko weekendy.
Wiem, że to dla niego zdecydowanie za mało.
I dziś w końcu nadszedł ten dzień. Krótka, nieznosząca sprzeciwu gadka ze mną, czyli jego "nieleśnym ja", zwyczajnym Krzyśkiem i ... pognaliśmy do lasu.
On - Leśny i ja, wewnętrzne alter ego z natury rzeczy skazane na wieczną z nim włóczęgę.
Las przywitał nas dziś niesamowicie.
Zupełnie nieprawdopodobny koloryt budzącego się nieba zatrzymał uwagę Leśnego do tego stopnia, że zatrzymał też jego samochód.
Przecierał z niedowierzaniem oczy. Kontrasty, jakaś dwudzielność albo i trójdzielność palety barw pozostające z niewzruszoną czernią drzew lasu, tworzyły kompletnie abstrakcyjną scenerię.
Żal było zostawiać ten widok, ale Leśny gnał do swoich jeleni.
Teoria mówiła, że o tej porze będą na porębie.
Mimo nadludzkiej cierpliwości zakończonej niemal godzinnym wyczekiwaniem w bezruchu ... nic.
Po jakimś czasie, cichuteńko, ze ściany lasu wyszedł zając.
Tu światło jeszcze nie dotarło :)
ISO wprawdzie 1600 ale uwaga! - 1/6 sekundy!
Może to nie jest najpiękniejsze zdjęcie świata, ale zająca da się odróżnić od ziemi, więc nie jest aż tak źle :)))
Miał dość.
Dla Leśnego godzina w jednym miejscu jest jak wyrok. 3600 sekund bezczynności, a przecież gdzieś, tuż obok, może się coś wydarzać.
Polazł ... a ja z nim.
Opuścił teren ścisłego lasu i muszę przyznać, że miał skubaniutki nosa!
Dzisiejszy materiał idealnie nadaje się do omówienia jak ważny dla efektu fotografii jest kierunek padania światła.
Wszystkie poniższe zdjęcia powstały na przestrzeni dziesięciu minut. Różni je tylko relacja obiekt-słońce.
Dwie pierwsze foty ... no niby OK, ale szału nie ma. Fajne ciepłe niebo, jednak sama ekspozycja jeleni nudna, jakich tysiące.
No może na tym drugim, te pobłyskujące na konturach zwierząt światło dodaje nieco przypraw do dania.
Kolejne dwa zdjęcia to już zupełnie inny rodzaj przygody.
To Leśny lubi.
Z nieco gorszego ale jeszcze nie beznadziejnego kąta, dał się też sfotografować zając.
Jeszcze gdzieś niebu udało się dać kontrę i w sumie podobny klimat zdjęcia.
No ale już sójka, mimo, że chwycona w ciekawym momencie ... no słabo, co tu gadać. Nie nakombinujesz człowieku, nie nakombinujesz.
p.s.
Oczywiście dorwał te swoje jelenie! Ja pierniczę, żyć bez nich nie może.
Ale znam go, jutro dzięki temu będzie totalnie wyluzowany w lesie. W zasadzie ma co chciał ;)
Z jednej strony ma dużo pracy i to główny powód ograniczonych wyjść do lasu. Niby się cieszy ale od dawna na eskapady pozostały mu tylko weekendy.
Wiem, że to dla niego zdecydowanie za mało.
I dziś w końcu nadszedł ten dzień. Krótka, nieznosząca sprzeciwu gadka ze mną, czyli jego "nieleśnym ja", zwyczajnym Krzyśkiem i ... pognaliśmy do lasu.
On - Leśny i ja, wewnętrzne alter ego z natury rzeczy skazane na wieczną z nim włóczęgę.
Las przywitał nas dziś niesamowicie.
Zupełnie nieprawdopodobny koloryt budzącego się nieba zatrzymał uwagę Leśnego do tego stopnia, że zatrzymał też jego samochód.
Przecierał z niedowierzaniem oczy. Kontrasty, jakaś dwudzielność albo i trójdzielność palety barw pozostające z niewzruszoną czernią drzew lasu, tworzyły kompletnie abstrakcyjną scenerię.
Żal było zostawiać ten widok, ale Leśny gnał do swoich jeleni.
Teoria mówiła, że o tej porze będą na porębie.
Mimo nadludzkiej cierpliwości zakończonej niemal godzinnym wyczekiwaniem w bezruchu ... nic.
Po jakimś czasie, cichuteńko, ze ściany lasu wyszedł zając.
Tu światło jeszcze nie dotarło :)
ISO wprawdzie 1600 ale uwaga! - 1/6 sekundy!
Może to nie jest najpiękniejsze zdjęcie świata, ale zająca da się odróżnić od ziemi, więc nie jest aż tak źle :)))
Miał dość.
Dla Leśnego godzina w jednym miejscu jest jak wyrok. 3600 sekund bezczynności, a przecież gdzieś, tuż obok, może się coś wydarzać.
Polazł ... a ja z nim.
Opuścił teren ścisłego lasu i muszę przyznać, że miał skubaniutki nosa!
Dzisiejszy materiał idealnie nadaje się do omówienia jak ważny dla efektu fotografii jest kierunek padania światła.
Wszystkie poniższe zdjęcia powstały na przestrzeni dziesięciu minut. Różni je tylko relacja obiekt-słońce.
Dwie pierwsze foty ... no niby OK, ale szału nie ma. Fajne ciepłe niebo, jednak sama ekspozycja jeleni nudna, jakich tysiące.
No może na tym drugim, te pobłyskujące na konturach zwierząt światło dodaje nieco przypraw do dania.
Kolejne dwa zdjęcia to już zupełnie inny rodzaj przygody.
To Leśny lubi.
No i w tym przypadku, jazda bez trzymanki, czyli bardzo duży kontrast świateł między niebem, a ziemią. Gdy chce się pokazać szczegóły w cieniach, ciężko takie zdjęcie zrobić dobrze ... jak widać.
Z nieco gorszego ale jeszcze nie beznadziejnego kąta, dał się też sfotografować zając.
Jeszcze gdzieś niebu udało się dać kontrę i w sumie podobny klimat zdjęcia.
No ale już sójka, mimo, że chwycona w ciekawym momencie ... no słabo, co tu gadać. Nie nakombinujesz człowieku, nie nakombinujesz.
p.s.
Oczywiście dorwał te swoje jelenie! Ja pierniczę, żyć bez nich nie może.
Ale znam go, jutro dzięki temu będzie totalnie wyluzowany w lesie. W zasadzie ma co chciał ;)
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
Ukoiła nas Warmia ...
Leśnego po sobotniej opowieści dopadł jakby niedosyt, coś marudził, że było więcej zarówno do pokazania jak i do opisania. Oczywiście w pretensjach skrupulatnie pominął fakt, że tego dnia szedł na wesele i nie miał czasu przygotować wszystkich zdjęć z wyprawy. Oberwało się głównie mi. A co ja niby miałem zrobić, pisać do nieistniejących fotografii?
Teraz to co innego. Leśny w niedzielę podreperował, nadszarpnięte brawurową obecnością na imprezie, zdrowie i dziś po południu przygotował kolejne zdjęcia.
Tam zresztą podreperował! Wyszedł na chwilę to mogę szczerze Wam powiedzieć - kaca leczył i tyle!
Błądzić jest rzeczą ludzką, najważniejsze, że się ogarnął i dał materiał do kolejnej opowieści.
Przede wszystkim nalegał by koniecznie pokazać uroki miejsca, w którym powstała poprzednia jak i ta opowieść.
Niespotykany nigdzie indziej "klimat" zalanych fragmentów lasu.
To miejsce przy każdej pogodzie, o każdej porze dnia wygląda inaczej i zawsze zachwycająco.
Najlepiej widać to na kolejnym zdjęciu.
Tylko szalejące gągoły zburzyły przedpotopowy spokój tego miejsca.
W meandrach innego świata, dostrzec można było, ukryte między wyspami roślinności, całe stada żab moczarowych, choć w bardzo wczesnej fazie rozwoju :)
Za jakiś czas wyrosną z nich tacy piękni (poniżej) reprezentanci gatunku.
Oczywiście w między czasie część z nich zostanie pokarmem wszelkich żywiołków, w tym ptaków ale i np. pijawek.
Będzie coś z tego?
Hmmm ... ?
A jednak! :)
Ta mina mówi wszystko. Wiosna, wiosna ... wiosna ach że ty ... ;)
FILM FILM FILM: https://youtu.be/5nS2hGENJ8U
No starczy tego podglądactwa, trzeba iść do lasu.
Tu mieliśmy urocze spotkanie z najmniejszym i chyba najpiękniejszym przedstawicielem jeleniowatych - sarną.
Leśny w porę ją zauważył. Stała poniżej nas, w dole, przy babrzyskach ukrytych nad brzegiem rozlewiska.
To chyba z powodu dwóch następnych zdjęć była ta cała awantura z dopisaniem drugiego odcinka z sobotniej wyprawy.
Leśny, aktywny ornitolog z czasów studenckich, lubi ptaki w każdej odsłonie.
Oczywiście leśne w szczególności ;)
Kowalik z pewnością się do nich zalicza.
A to zdjęcie poniżej, to przysięgam, bo sam widziałem - nie było absolutnie aranżowane!!!
Ten swoisty pomnik pamięci osiągnięć ministra Szyszki zastaliśmy dokładnie tak jak widać - szyszka leżąca na pniu ściętego drzewa.
W zasadzie ta obserwacja tylko wkurzyła Leśnego. Złorzeczył coś pod nosem, gdyż to zdjęcie powstało na skraju kilku hektarów "położonego" lasu. Jak widać po pniu, nieprzesadnie starego. Nie ma co czekać - trzeba rżnąć póki żyjemy, po nas choćby potop!
Na szczęście dla naszych nerwów, w drodze powrotnej, ukoiła nas Warmia nasza kochana.
Teraz to co innego. Leśny w niedzielę podreperował, nadszarpnięte brawurową obecnością na imprezie, zdrowie i dziś po południu przygotował kolejne zdjęcia.
Tam zresztą podreperował! Wyszedł na chwilę to mogę szczerze Wam powiedzieć - kaca leczył i tyle!
Błądzić jest rzeczą ludzką, najważniejsze, że się ogarnął i dał materiał do kolejnej opowieści.
Przede wszystkim nalegał by koniecznie pokazać uroki miejsca, w którym powstała poprzednia jak i ta opowieść.
Niespotykany nigdzie indziej "klimat" zalanych fragmentów lasu.
To miejsce przy każdej pogodzie, o każdej porze dnia wygląda inaczej i zawsze zachwycająco.
Najlepiej widać to na kolejnym zdjęciu.
Tylko szalejące gągoły zburzyły przedpotopowy spokój tego miejsca.
W meandrach innego świata, dostrzec można było, ukryte między wyspami roślinności, całe stada żab moczarowych, choć w bardzo wczesnej fazie rozwoju :)
Za jakiś czas wyrosną z nich tacy piękni (poniżej) reprezentanci gatunku.
Oczywiście w między czasie część z nich zostanie pokarmem wszelkich żywiołków, w tym ptaków ale i np. pijawek.
Będzie coś z tego?
Hmmm ... ?
A jednak! :)
Ta mina mówi wszystko. Wiosna, wiosna ... wiosna ach że ty ... ;)
FILM FILM FILM: https://youtu.be/5nS2hGENJ8U
No starczy tego podglądactwa, trzeba iść do lasu.
Tu mieliśmy urocze spotkanie z najmniejszym i chyba najpiękniejszym przedstawicielem jeleniowatych - sarną.
Leśny w porę ją zauważył. Stała poniżej nas, w dole, przy babrzyskach ukrytych nad brzegiem rozlewiska.
To chyba z powodu dwóch następnych zdjęć była ta cała awantura z dopisaniem drugiego odcinka z sobotniej wyprawy.
Leśny, aktywny ornitolog z czasów studenckich, lubi ptaki w każdej odsłonie.
Oczywiście leśne w szczególności ;)
Kowalik z pewnością się do nich zalicza.
A to zdjęcie poniżej, to przysięgam, bo sam widziałem - nie było absolutnie aranżowane!!!
Ten swoisty pomnik pamięci osiągnięć ministra Szyszki zastaliśmy dokładnie tak jak widać - szyszka leżąca na pniu ściętego drzewa.
W zasadzie ta obserwacja tylko wkurzyła Leśnego. Złorzeczył coś pod nosem, gdyż to zdjęcie powstało na skraju kilku hektarów "położonego" lasu. Jak widać po pniu, nieprzesadnie starego. Nie ma co czekać - trzeba rżnąć póki żyjemy, po nas choćby potop!
Na szczęście dla naszych nerwów, w drodze powrotnej, ukoiła nas Warmia nasza kochana.
sobota, 1 kwietnia 2017
niebieskie żaby!
Chodzenie za nim weszło mi w krew, to fakt, ale dziś przesadził!
Wiem, został zaproszony na wesele na szesnastą, więc od świtu wyrwał z domu, żeby swoje wychodzić.
Jak ja mam tego czasami dość.
To jakiś niepojęty głód obserwacji, jakby jutra miało nie być. Czasami nie wiem o co mu chodzi.
O świcie oczywiście objechał te "swoje" tereny. No musiał.
Fakt, muszę mu przyznać, dzień budził się wyśmienicie.
Były snujące się mgiełki i takie tam różne słoneczno-chmurne atrakcyje.
Leśny nie lubi zdjęć wschodów i zachodów, a tych drugich w szczególności.
Po dłuższej namowie, w zasadzie prośbach z mojej strony, uległ.
Łaskawie zatrzymał samochód i nawet wysiadł!
To zasługa tej polnej kałuży. Spodobało mu się odbicie drzew w lustrze tymczasowej wody.
Coś tam znowu mamrotał, że takie tymczasowe zastoiska wszystko tworzą tymczasowe. Życie też.
Mówi, że od razu widać, że kiedyś tu musiało być naturalne oczko wodne, ale zostało zaorane.
Przyroda straciła "oazę życia", a chłopina i tak ma ten kawałek wyłączony z uprawy. Ot taki efekt pazerności - wszyscy stracili. Jak zwykle.
Jeszcze coś gadał, ale się wyłączyłem. Ile można tego słuchać od samego rana. Dajcie spokój.
Na szczęście z marazmu wyrwały nas lecące nisko nad fajną trawą żurawie. Muskany światłem wschodzącego słońca łan suchych traw, robił wrażenie zarówno kolorytem jak i wrażeniem przestrzeni.
Pan gęgawa zdawał się niezbyt kontent z porannych odwiedzin, ale nie odleciał! Wraz z małżonką odmaszerowali na drugą stronę kałuży i przyglądali nam się bacznie. Tzn. ... nam ... no w sumie tak, nam!
(rodzinny psychoanalityk będzie miał z nami pełne ręce roboty :) )
Pan i władca.
O tej porze każda obserwacja ma jakiś dodatkowy walor. Jest coś magicznego w tej części dnia.
Leśny mówił, że to zdjęcie poniżej, zatytułuje "łabędź". Znam go - na bank tak zrobi!
"Łabędź"
Kazał, napisałem mu ten tytuł dla świętego spokoju. Lepiej w tych kwestiach z nim nie dyskutować. Jest uparty i już.
Blisko gospodarstwa poczciwy bociek urządził sobie polowanie. Mimo tego, że co chwila coś chwytał, nie udało się Leśnemu zrobić lepszego zdjęcia niż ten "czajnik" zza krzaka. Konsekwentnie bunkrował się za tymi habaziami.
Zwykłe żurawie, ale światełko już nie takie zwykłe. Fajnie, że zrobił to zdjęcie.
Ostatni akcent "pozaleśny" - trznadel w ciepłym świetle.
W końcu dotarliśmy do leśnego bagna. Leśne bagno nie oznacza nic innego niż tylko fakt lokalizacji, a nie własności. To nie jest bagno leśnego, choć lubi tu zaglądać.
Udało mu się "zatrzymać" gągoła na sekundę przed wodowaniem. :)
I w sekundę po nim.
Na wypłynięcie tych uroczych moczarówek czekał cierpliwie z piętnaście minut.
W sumie fajnie. Samce żaby moczarowej w szacie godowej są niebieskawe. To delikatnie mówiąc dość abstrakcyjny widok. Co roku wywołuje taki sam zachwyt i zauroczenie.
Bałem się go nawet pytać, ale miałem wrażenie, że on chce ją ... utopić!
Już miałem spieszyć biedaczce na ratunek, gdy Leśny półgłosem spuentował scenę mówiąc - to musi być miłość!
Dotarło do mnie, że coś jest na rzeczy. One chyba ten ... tego ... nooo ... zajęły się produkcją skrzeku!
Posłuchajcie jakie piękne wydają odgłosy godowe:
A kilometr dalej ...
Ta pora roku jest niesamowita! Wszystko co się rusza ... eeee ... wiadomo. Riki-tiki-tak! ;)
Wiem, został zaproszony na wesele na szesnastą, więc od świtu wyrwał z domu, żeby swoje wychodzić.
Jak ja mam tego czasami dość.
To jakiś niepojęty głód obserwacji, jakby jutra miało nie być. Czasami nie wiem o co mu chodzi.
O świcie oczywiście objechał te "swoje" tereny. No musiał.
Fakt, muszę mu przyznać, dzień budził się wyśmienicie.
Były snujące się mgiełki i takie tam różne słoneczno-chmurne atrakcyje.
Leśny nie lubi zdjęć wschodów i zachodów, a tych drugich w szczególności.
Po dłuższej namowie, w zasadzie prośbach z mojej strony, uległ.
Łaskawie zatrzymał samochód i nawet wysiadł!
To zasługa tej polnej kałuży. Spodobało mu się odbicie drzew w lustrze tymczasowej wody.
Coś tam znowu mamrotał, że takie tymczasowe zastoiska wszystko tworzą tymczasowe. Życie też.
Mówi, że od razu widać, że kiedyś tu musiało być naturalne oczko wodne, ale zostało zaorane.
Przyroda straciła "oazę życia", a chłopina i tak ma ten kawałek wyłączony z uprawy. Ot taki efekt pazerności - wszyscy stracili. Jak zwykle.
Jeszcze coś gadał, ale się wyłączyłem. Ile można tego słuchać od samego rana. Dajcie spokój.
Na szczęście z marazmu wyrwały nas lecące nisko nad fajną trawą żurawie. Muskany światłem wschodzącego słońca łan suchych traw, robił wrażenie zarówno kolorytem jak i wrażeniem przestrzeni.
Pan gęgawa zdawał się niezbyt kontent z porannych odwiedzin, ale nie odleciał! Wraz z małżonką odmaszerowali na drugą stronę kałuży i przyglądali nam się bacznie. Tzn. ... nam ... no w sumie tak, nam!
(rodzinny psychoanalityk będzie miał z nami pełne ręce roboty :) )
Pan i władca.
O tej porze każda obserwacja ma jakiś dodatkowy walor. Jest coś magicznego w tej części dnia.
Leśny mówił, że to zdjęcie poniżej, zatytułuje "łabędź". Znam go - na bank tak zrobi!
"Łabędź"
Kazał, napisałem mu ten tytuł dla świętego spokoju. Lepiej w tych kwestiach z nim nie dyskutować. Jest uparty i już.
Blisko gospodarstwa poczciwy bociek urządził sobie polowanie. Mimo tego, że co chwila coś chwytał, nie udało się Leśnemu zrobić lepszego zdjęcia niż ten "czajnik" zza krzaka. Konsekwentnie bunkrował się za tymi habaziami.
Zwykłe żurawie, ale światełko już nie takie zwykłe. Fajnie, że zrobił to zdjęcie.
Ostatni akcent "pozaleśny" - trznadel w ciepłym świetle.
W końcu dotarliśmy do leśnego bagna. Leśne bagno nie oznacza nic innego niż tylko fakt lokalizacji, a nie własności. To nie jest bagno leśnego, choć lubi tu zaglądać.
Udało mu się "zatrzymać" gągoła na sekundę przed wodowaniem. :)
I w sekundę po nim.
Na wypłynięcie tych uroczych moczarówek czekał cierpliwie z piętnaście minut.
W sumie fajnie. Samce żaby moczarowej w szacie godowej są niebieskawe. To delikatnie mówiąc dość abstrakcyjny widok. Co roku wywołuje taki sam zachwyt i zauroczenie.
Bałem się go nawet pytać, ale miałem wrażenie, że on chce ją ... utopić!
Już miałem spieszyć biedaczce na ratunek, gdy Leśny półgłosem spuentował scenę mówiąc - to musi być miłość!
Dotarło do mnie, że coś jest na rzeczy. One chyba ten ... tego ... nooo ... zajęły się produkcją skrzeku!
Posłuchajcie jakie piękne wydają odgłosy godowe:
A kilometr dalej ...
Ta pora roku jest niesamowita! Wszystko co się rusza ... eeee ... wiadomo. Riki-tiki-tak! ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)