środa, 20 lutego 2019

Istności świetlne!

Wiem, wiem, wiem, łabędzie nieme to każdy może sobie w parku pooglądać.
Ale spróbuję Was przekonać, że w obserwacji zwierząt nie ma tych lepszych i gorszych, tych mniej i bardziej interesujących.
Otóż tego pięknego poranka, zakradłem się w niezwykle urocze zakamarki rozległych ostępów leśnych.
Jedną z atrakcji tego lasu jest spore jezioro skrywające wielce smakowite zatoczki.
Mieszkańcom industrialu porównam to do odnalezienia klimatycznej kawiarenki w kompleksie Galerii Handlowej. Znam taką i owszem, nawet ja, człowiek-jeleń, człowiek-las, jak niektórzy o mnie mówią, bywam w takim miejscu i to ostatnio całkiem często :)

Tego słonecznego dnia o początkowo-wiosennej aurze, po kilkunastu kilometrach łazikowania, dotarłem do jeziora. Okazało się, że jest możliwość dostania się na cypelek, na malutki półwysep wychodzący w światło omawianej "zatoki-kafejki".
Opierając się o pień czarnej olchy, zasiadłem między łabędzimi odchodami.
W tym momencie nie miało to najmniejszego znaczenia, uległem urokowi chwili.
Surowa pozimowa cisza, przerywana od czasu do czasu kwileniem strzyżyków baraszkujących w nadbrzeżnych krzewinach.
Dostrzegam parę łabędzi myszkujących w meandrach lodowych zatoczek. Co i raz głowa jednego lub drugiego zanurzała się głęboko w poszukiwaniu smakołyków na zimowym, póki co, skromnym stole. Całość scenerii, lodowa pokrywa, białe łabędzie i słońce przedzierające się przez sublimacyjny opar, wydały mi się bardzo inspirujące.
W łabędziach przestałem dostrzegać ptaki jako przedstawicieli gatunku. Dostrzegłem w nich świetliste istności, które z niezwykłą pokorą ale i niemą dumą poruszały się po tafli nieprzyjaznego, zimnego jeziora.
Chyba to spostrzeżenie sprowokowało mnie do nieco innego pokazania łabędzi niemych. Zresztą jak wiecie, rzadko fotografuję w sposób poprawny, dokumentacyjny. Z natury nie dbam o poprawność wszelką, tę fotograficzną również. Stroniąc od tzw. dobrej fotografii o zbalansowanych tonach średnich, postawiłem na to co mnie ujęło - kontrasty i świetlność, która igrała i skrzyła się nieskazitelnej bieli piór tej dzielnej pary.

 Co tu można więcej napisać ... takie miejsce, taka chwila.







 Przyjrzał mi się i uznał, że nie odgrywam istotnego znaczenia w ich życiu. Całe szczęście.


 Wrócił spokojnie do swojej damy.


 Moment wejścia na lód.


 Taki wielki, a ciężar rozłożony na wielkiej łapie powoduje, że lód nawet nie drgnął pod jego ciężarem. Zresztą odcisk łapy łabędzicy był inspiracją Wikingów przy tworzeniu jednej z najpiękniejszych run - ALGIZ, która wg. przekazu ma tak silne cechy opiekuńcze, jak właśnie łabędzica wobec swoich pociech.

 W synchronicznym duecie.


Samica czujnie obniża głowę, bo już wie co nastąpi po wydaniu charakterystycznego odgłosu. One wcale nie są takie nieme! Rozpoczyna się przepiękny spektakl.





 Ileż w tym dumy!!!

 Teraz samiec opuszcza głowę zostawiając przestrzeń swojej wybrance.


 Musiały być bardzo z siebie zadowolone, bo "zbiły klasyczną piątkę" :)


 Samiec bez słowa wrócił do wody.


 Samica najwyraźniej poirytowana bezceromonialnym porzuceniem, dała temu wyraz.

 To musiała być emocja! Krzyk wkurzenia poszedł w przestrzeń wszechświata.

Na koniec Yoga, ćwiczenie równowagi i spektakl dobiegł końca.

Do młodych fotografów:
Kochani, czasami nie warto "szukać mrówkojada w naszych lasach". Szczęście obserwacyjne nie polega na znalezieniu unikatowego gatunku, a na dostrzeżeniu procesu, relacji, chwili, która czegoś nas uczy o gatunku. Wtedy taka obserwacja żyje własną wartością nawet, gdy bohater należy do tak powszechnego gatunku jak łabędź niemy. Inna sprawa jak to pokażecie na zdjęciach, na jaki wariant się odważycie. Osobiście zawsze polecam opuszczanie stereotypu poprawności. Tylko tak stworzycie własna markę, tylko tak Wasze zdjęcia zaczną być rozpoznawalne.


wtorek, 19 lutego 2019

Zabawa ze Słońcem.

Trzeba sobie robić małe wagary. Termin przypisany do okresu szkolnego ale lubię pielęgnować chlubną tradycję zwiewania od nie zawsze chcianej rzeczywistości. W najmniejszym stopniu nie mam na myśli ucieczki odwołującej się do jakiejś formy tchórzostwa.
Myślę raczej o małych wakacjach od codzienności. O "brejku" mającym istotne znaczenie dla naszej kondycji psycho-fizycznej. O krótkich strzałach endorfin, o radości chwili, o kontemplacji małych rzeczy. Zafundowanie sobie doskonałego nastroju rano, ma niewiarygodny wpływ na to co wydarzy się w ciągu dnia.
Zaczyna się pora, w której można już wyrywać się w teren przed pracą. Jednocześnie pierwsze symptomy przedwiośnia dodają niezwykłej aury takim wypadom. Czy można lepiej zacząć dzień?

Dziś tak właśnie spędziłem godzinę przed pracą. Czy było warto?
Uważam, że tak, a czy Wam się spodoba, nie wiem, ale chciałbym aby tak było.

 Gdy byłem jeszcze na przedmieściach, słońce wydawało się gigantyczne. Mimo to, nie chciałem robić "zdjęcia z industrialem", pomijając fakt, że najbardziej chciałem już być na półdzikiej Warmii.


 Pierwsze promienie lizały wystające ponad trawy elewacje wsi.
Nie wiem dlaczego ale zabudowa wiejska nie przeszkadza mi w pejzażu tak jak miejska.


 Żurawie. To moje ulubione zdjęcie dnia.


 Gęsi jak co roku nie zawiodły moich planów, ale nie chciałem ich płoszyć. Ledwo co doleciały do kraju. Są wymęczone, więc zdjęcie zrobiłem nie wysiadając z samochodu, by nie niepokoić ich niepotrzebnie. Bardziej taka dokumentacja ich obecności :)


 Myszołów bezszelestnie szybujący w stronę swojej czatowni. Grupka drzew pośród traw pogrążona w mglistym świcie i odległa sylwetka drapieżnika. Jak ja to lubię.


 Tak budzi się pogodny dzień nad polami uprawnymi, które kiedyś były porośnięte prastarą Puszczą Galindzką.

 Klucz ... złoty klucz!


 Można tak było bez końca. Okoliczności przyrody były wyborne!


 Po takim poranku to ja mogę pracować :)


 W drodze powrotnej ponownie ta sama para żurawi lecz już w poświatach coraz wyżej operującej Gwiazdy.


Sarna. Z tej odległości nie bardzo widziała kto zacz, co nie przeszkadzało jej udawać, że mnie obserwuje. Tak naprawdę nasłuchiwała mnie i zwąchiwała.

sobota, 16 lutego 2019

Wiosna w śrdoku zimy.

Nie wyruszyłem zbyt wcześnie do lasu. Gdy wysiadałem z samochodu była ósma zero, zero.
Nie umiem wytłumaczyć tej opieszałości, tym bardziej, że tęskno mi było do lasu jak nigdy. Znalazłem się w nim po dwóch tygodniach przerwy, co jest swoistym rekordem w moim wydaniu. Nie zdarzyło mi się to przynajmniej od pięciu lat.
W związku ze spóźnieniem zrodziło mi się w głowie coś na kształt przyzwolenia na "nicniespotkanie".
Dziś po prostu chciałem być w lesie jak najdłużej.

Co za fart!
Już pierwsze kroki zaowocowały spotkaniem starej znajomej - liszki.
Prawdopodobnie przez kogoś dokarmianej, bo dziś podeszła do mnie i powąchała dłoń!
Dziwne, miłe, zaskakujące.

Prawdopodobnie mógłbym sobie siedzieć i przedłużać sesję w nieskończoność, ale gnało mnie do lasu, więc zrobiłem kilkanaście zdjęć i zostawiłem ją z nieco zakłopotaną miną.
Nie dostała łakocia, a pozowała jak modelka.

 W oczy to Ona umie spojrzeć jak nikt :)



 No tak, ten język zwiastuje narastający apetyt! Na szczęście nawet dla przerośniętego lisa jestem zdecydowanie zbyt dużym "kęchem", a ta liszka jest szczególnie drobna, więc uznałem, że to nie ja budzę jej apetyt.

 Zaloty jak nic! :)))


 Ptaki zawsze zainteresują lisa.


 Pasożyty skórne nie dają spokoju.


I ponownie śniadanie leci zbyt wysoko.


Ruszyłem dalej. Śnieg stopniał, co oznacza tylko jedno - można iść cicho!
Na efekt długo czekać nie musiałem.

 W środku liściastego lasu, miedzy grabami, a dębami, żerowała sarna.
Znalazłem się szczęśliwie bardzo blisko niej. To zasługa miękkich od wilgoci liści.
Długo nie miała pojęcia, że robię jej zdjęcia.
Bezszelestna migawka mojego "OLKA" nie zakłócała jej spokoju.

 Dopiero po kilku minutach coś ją zaniepokoiło. Prawdopodobnie wiatr zakręcił i poczuła moją obecność w nozdrzach.
Sekundę później odbiegła bez specjalnej paniki. Sarny mają astygmatyzm, więc dopóki się nie poruszymy, do końca nie maja pewności kto/co jest źródłem niepokoju. 


 Graby. Zawsze pozostaję pod urokiem tych drzew.

Po jakimś czasie spotkałem spore stado jeleni.

 Łania już wiedziała, że coś jest nie tak.

 I to "nie tak" jak zwykle szybko i precyzyjnie zidentyfikowała.
Nie da się wygrać z ich arsenałem detektorów. Wzrok, słuch i węch - wszystko na najwyższym poziomie. Są wyjątkowo doskonale wyposażone w elementy systemu wczesnego ostrzegania.


 W stadzie był byczuś, co mając na uwadze porę roku, zaskoczyło mnie. To czterolatek, więc powinien już być w stadzie kawalerskim, a nie "ciągać się z babami". :)

 Szedłem za nimi chwilkę i udało mi się jeszcze raz je spotkać na otwartej przestrzeni.

 Jest jeszcze młody, ciekawski. Stary byk nie traciłby czasu na zaspokojenie ciekawości. Nie dałby się przyłapać na tej polanie. Już dawno byłby w lesie, a rozpoznanie robiłyby wyznaczone do tego zadania łanie.

Zdrożony usiadłem na skraju słonecznej polany. Słońce o wyczuwalnej już temperaturze, śnieg na polanie, raniuszki i modraszki wokół mnie. Odleciałem!
Pogrążony w zachwycie nad pięknem chwili, poczułem wdzięczność do rodziców za ich seksualność, która pozwoliła im mnie stworzyć.
Z milionów plemników ojca, do komórki jajowej mamy, dotarł akurat ten jeden jedyny na całym świecie, odpowiedzialny za moje jestestwo!
Biorąc pod uwagę rachunek prawdopodobieństwa, a raczej nieprawdopodobieństwa, uznałem to za cud ... musiałem!
Nie mam pojęcia czy osobnik powstały z innej krzyżówki genów, siedziałby teraz na tej polanie i cieszył się chwilą.
Może właśnie budziłby się skacowany i żałował, że żyje ... nie dowiemy się już tego.
Jestem ja i musicie jakoś sobie z tym radzić ;)

 Taka chwila w życiu wszechświata.



A! właśnie! Jeżeli coś mam odtrąbić, to to, że przyleciały żurawie i widoczne na zdjęciu gęsi!
Żurawi nie udało mi się sfotografować. Autofocus konsekwentnie uznawał, że gałęzie są ważniejsze.
Na szczęście gęsi złapałem w prześwicie.



poniedziałek, 4 lutego 2019

kręcimy pornola!

To oczywiście tytuł niezapomnianego utworu Big Cyca z najlepszych lat. Nie kręcimy pornola, choć zapewne niejeden temat rozbierzemy do naga.
Wczoraj kręciliśmy cztery kolejne odcinki. To znaczy kręciliśmy ... Marcin kręcił.
To Jego wielka pasja, a ja robię za króliczka doświadczalnego. Przy takich postępach, za rok przed obiektywem Marcina będzie Paris Hilton, w najgorszym przypadku Brad Pitt, a ja będę mógł spokojnie znowu sobie sam łazić po lasach ;)

Marcin nieco się spóźnił, więc by nie czekać stojąc w miejscu (zima), podszedłem 300 metrów w głąb lasu.
Było jeszcze mocno szaro, było tak szaro jak szaro jest w głowach rządzących, którzy właśnie zmieniają podstawy polskiej ochrony przyrody. Rząd chce na listę zwierząt łownych wprowadzić żubry, bobry i ... wilki!
Nie mam już siły tego komentować.
Żeby było jasne - to są konsekwencje społeczne kampanii wyborczej, czyli bezkrytycznego wprowadzenia programu 500+, który jest w zamyśle dobry i potrzebny ale wymagał pewnych kryteriów. Ale jak się chce "kupić" przychylność jak największej części elektoratu, nie dba się o filtry. Liczą się masy!
Jaki to ma związek?
Taki, że jak się zabije wszystkie zwierzęta, które czynią szkody, nie będzie odszkodowań, więc znajdą się pieniądze na zbyt rozrzutny projekt, tym samym kolejne zwycięstwo polityczne.
Myśliwi jeszcze nie wiedzą, że tak właśnie zbliża się ich koniec. Brak odszkodowań, brak zwierząt ... zostaną tylko odstrzały sanitarne. Po co komu wtedy PZŁ? Rząd stworzy nową, drobną strukturę, której zadaniem będzie kontrola sanitarna i kontrola niskiego stanu pogłowia. Do tego nie trzeba 130 tysięcy ludzi! To wszystko wydarzy się w czasie maksymalnie 4 lat. Wspomnicie moje słowa.
Na dzikach już pokazali jak szybko to się dzieje i w jak krótkim czasie można zredukować wybrany gatunek.
Jak to zrobią?
Tylko patrzeć jak poznamy uzasadnienia do odstrzału żubra czy bobra. Będą miały tyle wspólnego z prawdą, co w przypadku ASF i dzików. Nie wykluczam, że okaże się, że żubry przenoszą wirusa groźnego dla naszych krów. Wtedy tylko trzeba to powiedzieć chłopom, Oni jak w przypadku dzików w sekundę znienawidzą gatunek i rozpoczną presję na politykach. Koło się zamknie.
Przewiduję, że konsekwentnie na listę gatunków łownych trafią po kolei wszystkie gatunki "antyrolne", czyli żurawie, zające, gęsi, łosie, kruki, kuraki, słowem te i wszystkie inne stworzenia które mogą zjeść ziarno, owoc, zgryzać korę, czy plony.
Zdaje się, że taka jest cena demokracji o czym Łysiak w "Stuleciu kłamców" pisał już baaardzooo dawno temu. Niestety głos człowieka niewykształconego i wykształconego jest wart tyle samo. W opracowaniach statystycznych wystarczy sprawdzić jaka część społeczeństwa jest wykształcona i odpowiedzieć sobie na pytanie dokąd prowadzi demokracja, kto statystycznie ma szansę rządzić.
Żeby było jasne, to co piszę, nie ma związku z tym jak nazywa się partia rządząca. Wkurza mnie "zjawisko" a nie nazwa partii!

O kurcze, odpłynąłem, przepraszam!
Wracamy do lasu!

Czekając na Marcina popełniłem poniższe zdjęcie:

Rano w lesie było tyle spokoju, ciszy, kontemplacji i niepośpiechu ile tylko można sobie wymarzyć.
Łanie szły jedna po drugiej, a ja tkwiłem w tej obserwacji jak marchew w głowie bałwana.


Ruszyliśmy przed siebie zanurzając się w lesie pełnym oparu i tajemnicy.

Głęboki roztopowy śnieg utrudniał każdy krok. Buty zapadały się z chrupnięciem, a stopa za każdym krokiem ześlizgiwała się do tyłu. Samo chodzenie mogło człowieka umęczyć.

Szliśmy dłuższy czas tropami wilków. Doprowadziły nas do jadalni.
Nie był to suto zastawiony stół, raczej resztki po dziesiątych poprawinach, ale wiadomo, zima, nie ma co wybrzydzać. Zresztą to dobrze pomyślane, że zanim drapieżniki zapolują na kolejne zwierzę, to upolowane zostaje skonsumowane dokładnie i precyzyjnie. Oczywiście ofiary wilków stają się stołówka dla dziesiątek gatunków ptaków i ssaków co widać po tropach i śladach.

Marcin nakręcił tu swoją kwestię.
Ja z tych kości za 2-3 lata będę miał pożytek.
Powstaną kolejne tego typu cacka:



Aby mógł wydobyć tę teksturę, spękania, koloryt, kość musi odleżeć swoje, wypalać się na słońcu, marznąć i porastać. Świeże są nieprzydatne z mojego punktu widzenia.

Poszliśmy dalej. My robiliśmy swoje, a hałaśliwy śnieg swoje.

Trudno było nam je dostrzec, ale one jak widać (w sumie nie widać) dostrzegły nas :)

Wracaliśmy do domów zadowoleni z materiału, ale póki co sami nie wiemy co z tego uda się Marcinowi zmontować.

sobota, 2 lutego 2019

Stonehenge w Polsce

Roztopy, deszcz, chlapa.
W takiej mniej więcej aurze kroczyłem przez ukochany las.
Śnieg w taki dzień zbiera się pod butem, gwałtownie twardnieje gdy cały ciężar ciała znajdzie się na zakrocznej, puszcza. Wtedy wbrew oczekiwaniu stopa zapada się głębiej i tak za każdym krokiem.
Po kilkuset metrach człowiek ma dość, a trzeba przynajmniej kilka kilometrów zrobić.
Dodatkową atrakcją dnia jest osypujący się z gałęzi mokry śnieg, który z niebywałą wręcz precyzją trafia za kołnierz. Co jakiś czas większa czapa onego spada czyniąc tępy dźwięk, na który nie można nie zareagować. Po kilkunastym razie człowiek, w tym konkretnym przypadku ja, zaczyna mieć tego odruchu dość.

Jadąc do lasu, wybrałem drogę przez jedną z moich ulubionych leśnych wsi.
Od lat fascynuje mnie tam widok pozostających w ścisłej konfiguracji ogromnych głazów narzutowych.
Takie nasze Stonehenge chciałoby się rzec.
Ciekawostką jest fakt, że te pamiątki niedawnego w sumie zlodowacenia, są około 3 x starsze niż nasze najstarsze góry!
Niektóre z głazów narzutowych mają po 1,8 miliarda lat, co oznacza, że pamiętają proces tworzenia się Europy i to nie w pojęciu politycznym, a fizycznym.


Jest w kamieniach zaklęta jakaś tajemnica i w dodatku wydaje się być na trwałe ukryta w ich wnętrzu.
Zimne, bezkompromisowo twarde, niedostępne jak receptura coca-coli.
Lód, który ok. 20 tysięcy lat temu przykrył te ziemie sięgał wysokości 1200 metrów!
Masa lodowca sunącego z północy nanosiła fragmenty skał zabranych Skandynawii i porzuciła na naszych ziemiach. Za każdym razem gdy spotykam głazy narzutowe, zastanawiam się co widziały przez ponad miliard lat na Ziemi. Z pasją zamieniamy je na nagrobki, a chyba nie powinniśmy. Powinny być uznane za naturalne pomniki przyrody. Przecież nowe się tu nie znajdą.


W lesie moją uwagę zwrócił "wybraniec" czyli jedyne ośnieżone drzewo.
Wyglądało jak albinos w stadzie "normalnych" a wynikało to z jego pochylenia.
Dopiero z boku widać, że jest złamane, stąd śnieg na jego powierzchni.


Przez szpaler drzew dostrzegłem stado kawalerskie pięknych byków.
Całe szczęście zrobiłem choć to jedno niezbyt udane zdjęcie, dokumentujące fakt.
Gdy je zobaczyłem, zamiast zachować się jak harcerz zdobywający sprawność "pełzacz-niewidomek" czy "miękkonogi kamuflator" zachowałem się jakbym nadziany kasą podchodził do witryny ulubionego sklepu. To się nie mogło udać, bo na co dzień ani nie jestem nadziany kasą ani nie mam ulubionych sklepów.
Mieszanka braku pokory i pośpiechu zrobiła swoje. Mimo odległości kilkuset metrów i sprzyjającego wiatru, jelenie mnie dostrzegły.
Jedyna pociecha jaką mam, to domniemanie, że to nie mnie się przestraszyły. Dziś było sporo wilczych tropów i ... no nie wiem, może się tylko pocieszam :)

 Mikrokropelki parującego śniegu snuły się między drzewami rozcierając ich dolne partie.
Subtelne ruchy powietrza przemieszczały mgliste obłoki co chwila wyostrzając lub rozmywając obraz.

 W drodze do domu.


Sekunda przed wodowaniem. Podwozie już wypuszczone.