środa, 21 marca 2018

kuna - inne spojrzenie

Siedzę w lesie, nic nie dzieje się ... nic ... droga na Ostrołękę.
W pewnym momencie kuna leśna przechodzi przez drogę.
Odruchowo robię zdjęcie i w myślach z góry skazuję je na wieczny niebyt, czyli wiem, że go nie opublikuję.
W tym momencie padam ofiarą stereotypu, że gdy fotografuję zwierzę, to wartością zdjęcia samą w sobie, ma być to zwierzę.
Czyszcząc kartę miałem to zdjęcie wyrzucić, na szczęście spojrzałem na miniałkę.
Na minimałce kuna nie odgrywała najmniejszej roli, skoro nawet na powiększeniu wygląda jak artefakt.
Tym samym mój umysł dostrzegł łaskawie inne wartości zdjęcia. Inne niż kuna oczywiście.
Być może dlatego, że zapamiętałem dobrze "klimat" tego miejsca.
Było tak jak lubię, nieswojo, alienacyjnie, jakbym był ostatnim ocalałym mieszkańcem planety.
Nie wiem czy dostrzeżecie te cechy w zdjęciu, ale czułem się jak bohater "holendra" - obrazu z XIX wieku.


A miałem je wyrzucić. Oj Krzysiek, Krzysiek :)



wtorek, 20 marca 2018

przyjemności wczesnowstania

Wczoraj się cieszyłem, że wybrałem się w południe, dziś się cieszę, że przed świtem ... jak baba, jak baba :)
Oczywiście przepraszam moje Czytelniczki, w życiu prywatnym nie użyłbym terminu "baba" ale licencia powiedzmy poetica mnie zmusiła :)
To rodzaj imperatywu kategorycznego, cichej wewnętrznej presji, z którą nikt jeszcze nie wygrał.

Czyż (to takie nawiązanie do gatunku ptaka opisywanego w poprzednim wpisie) ... a zatem czyż może być coś piękniejszego niż przyglądanie się o ciepłobarwnym świcie polankom zawierającym sarny?
(bardzo bawi mnie użycie zwrotu "polanki zawierające sarny" :)))  )
Spieszę z odpowiedzią na to retoryczne przecież pytanie - NIE!
Sarny mają coś wzruszającego w sobie. Jakiś pierwiastek nie z tego świata.
Zwierzęta kompletnie pozbawione agresji, podszyte lękami i nieustającym strachem.
Piękne przy tym całkowicie z rozczulającymi rzęsami okalającymi wielkie oczy godne radzieckich bajek animowanych.

Dzień zaczynał się ... pięknie!


Przez trzcinowy ażur dostrzegłem stadko ślicznotek podmalowanych ciepłym światłem.
Na szczęście bagnisty teren zamarzł i mogłem przedzierając się przez trzcinowisko zbliżyć się do nich.

 Oczywiście strzelające pod butami zmrożone trzciny, przygniatane moim bynajmniej nie zagłodzonym ciężarem, musiały zwrócić ich uwagę.
Ale lubię gdy na mnie patrzą. Odnoszę wrażenie, że mamy, jakiś ulotny wprawdzie, ale jednak kontakt.

 Sweet!

 Ich białe zazwyczaj lusterka, tym razem świeciły na różowo! Trwaj chwilo, trwaj!
Niestety ktoś nazwał ten moment "złotym kwadransem", a z moich obserwacji wynika, że prawie nigdy nie trwa aż tak długo ... :)

Staram się w tym miejscu tak podchodzić do zwierząt, by w pełni wykorzystać ulotną w dłuższej perspektywie czasu architekturę tego drzewa. Idealny drugi plan! Idealny!




A na koniec, zdjęcie wieczorne wykonane dzień później. Równie wiele czerwonego widma.
Pejzaż polski bardzo ucierpiałby bez saren. Bardzo.

poniedziałek, 19 marca 2018

Czy mróz szkodzi kleszczom?

Zima najpierw nie mogła się rozkołysać, a teraz nie bardzo chce odejść.
Śniegu nie ma, ale mróz trzyma.
Przyleciało już wiele gatunków ptaków. Poza tymi, które opisywałem w ostatnich opowieściach, w niedzielę widziałem pliszki siwe i czyże.
A tu zimno!
Utrzymujący się mróz bez pokrywy śnieżnej to w pewnym tylko sensie selekcjoner owadów i pajęczaków, w tym kleszczy, z drugiej strony ucierpi też wiele niezabezpieczonych śnieżną kołderką zalążków roślin. Ale przyroda generalnie jest przygotowana na takie sytuacje, więc bez paniki oraz nadziei. :)
Mechanizmy selekcji muszą działać, takie jest ich zadanie. Słabsze osobniki powinny odejść.
Co do samych kleszczy, nie liczmy na to, że kilka dni temperaturami w okolicy -10 stopni zrobi im większą krzywdę. Podobnie owadom. Wyobrażamy sobie, że tym kruszynom mróz musi zaszkodzić. Tak nie jest. Są do takich warunków przystosowane. Może nie będę zbytnio odkrywczy, ale to bynajmniej nie pierwsza zima w życiu tych gatunków. :)
Nawet jeżeli jakaś część populacji zginie, te które przeżyją odrobią straty intensywnością rozrodczą.
Kleszcze żyją tu od zarania dziejów, to nie drogowcy, zima ich nie zaskoczy. Dają sobie radę w zimniejszych częściach globu.
Zimą, że tak już pociągnę zaczęty wątek, kleszcze zapadają w coś na kształt zimowego snu. Fazę zimowego letargu nazywamy diapauzą. To stan anabiozy polegającej na radykalnym spowolnieniu procesów życiowych.

(no to pojechałem! jeden dziwny wyraz "diapauzę" wytłumaczyłem drugim, jeszcze dziwniejszym - "anabiozą" zaczynając od letargu ... no świr to komplement! Pozostaje mi mieć nadzieję, że wiadomo o co chodzi - kleszcze to takie maluteńkie niedźwiadki - zimą śpią :))))) )
W tym miejscu od razu bardzo proszę ortodoksyjnych systematyków o nie tłumaczenie mi, że pajęczaki to nie ssaki i porównanie kleszczy do niedźwiadków było nie na miejscu. Wiem, że jest znacznie gorzej - nie istnieje taki gatunek jak niedźwiadek, są tylko niedźwiedzie więc w ogóle odpłynąłem :) )

Gdzieś przeczytałem, że aby wymrozić wszystkie kleszcze, temperatura poniżej dziesięciu stopni musiałaby utrzymywać się przez ponad pół roku ... szanse słabe.
Jakaś część populacji jednak wiosny nie przywita. Mechanizmów jest wiele. Wystarczy że np. dzik (nie wiem czy ten gatunek jeszcze u nas występuje!) poprzewraca ściółkę w której kleszcze ukrywają się na zimę i pozamiatane. One w okresie diapauzy nie ukryją się przecież ponownie. Zamarzną. No, ale to tylko jeden z czynników ograniczających ich liczebność. Ogólnie te pajęczaki są odporne na krótkotrwałe mrozy. Poukrywane w głębszych warstwach ściółki, pod liśćmi, są solidnie zabezpieczone.
Wiosną, w wyeksponowanych na działanie słońca miejscach, pierwsze wyjdą spod ściółki samice i złożą ok. 3-6 tysięcy jaj, z których wylęgną się głodne, choć niewidoczne gołym okiem larwy. Wtedy biada drobnym ssakom i ptakom. Potem, gdy rozwiną się nimfy obrywa się niestety również nam, naszym psom o ludziach stale pracujących w lesie nie wspomnę.

To tyle przy okazji utrzymujących się niskich temperatur.
Zbliża się wiosna, więc bądźcie czujni. To okres największej aktywności pajęczaków.

Póki co przeurocze czajki, które niedawno przyleciały, przegrzebują wierzchnie warstwy łąkowych traw w poszukiwaniu smakołyków.
Obserwowanie ich z bliska jest ogromną przyjemnością. Lśnią i mienią się wieloma barwami. Zaaferowane żerowaniem w ciepłym słońcu, nie zwracały na mnie większej uwagi.




W lesie moją uwagę zwrócił lód pokrywający bagienne rozlewiska.
Jak zwykle dostrzegam w nim grafikę.
Na pierwszej, dopiero w domu odkryłem moje inicjały!
Wyraźnie widoczne litery "K" i "M" przypadły mi do gustu :)


Na tą mógłbym patrzeć znacznie dłużej niż na niejeden pejzaż.

Rozległe buchtowisko, przebiegało rude psisko :)
Obecność stosunkowo świeżych śladów dziczej aktywności nieco mnie uspokoiła co do ich obecności.
Na tej polanie tysiące larw i owadów zostało "wywleczonych" na bezpośrednie działanie mrozu.

W gęstwinie mijanego olsu, udało mi się wypatrzeć czyże.
A więc też już są! Fajnie. Zawsze to kolejne źródło miłych dla ucha dźwięków w lesie, który zimą raczej milczy. Zimową ciszę od czasu do czasu przerywają sójki lub sikory. Teraz będzie znacznie weselej.


Zobaczcie zresztą sami ile warta jest obecność czyży w starym lesie. Nawet z odległości!
Dla ułatwienia ustawiłem go w środku kadru :)
Ten pięknie wybarwiony samczyk to perełka przyznacie.

Nad głową usłyszałem typowy szelest kruczych skrzydeł.
Mam w zwyczaju natychmiast podnosić aparat wraz z głową. To pozwala mi raz na jakiś czas zdążyć ze zdjęciem :)

Takich zdjęć jak to poniżej ... po prostu nie robi się!
Ptak na tle płaskiego, jednokolorowego nieba - nuda!!!
Żeby chociaż jakaś ciekawa konfiguracja chmur, cokolwiek.
Zamieściłem to zdjęcie wyłącznie w tym celu, by piętnować tego typu zapędy fotograficzne. :)

 O, na przykład tu - popularny trznadel, w "młodocianym wdzianku", a tych kilka leszczynowych gałązek robi robotę. :)

 Czy tu to drzewo ... chociaż :)


W drodze do lasu, że niczym Marcel Proust, posłużę się retrospekcją, obserwowałem "sołtysa".
Kaczkę, która ma namieszane w genach. Te od kaczki domowej, pozbawiły ją naturalnej pigmentacji.
Co ciekawe, to nie jest ta sama kaczka, którą niedawno pokazywałem!

Słońce pracowało co raz niżej nad horyzontem.
Wpadające niemal pod kątem prostym w ścianę lasu promienie, tworzą ostre kontrasty upiększone niezwykłą barwą z dominacją widma czerwonego. Powstaje obraz głęboko przestrzenny. To scena, która trwa 48 razy krócej niż życie jętki jednodniówki przy założeniu, że przez mniej więcej kwadrans można sycić się takim widokiem. ;)
Fascynuje mnie las w tej odsłonie. Jest taki ... dosłowny!
 Las pełni wiele funkcji. M. in. przemysłową, społeczną, przyrodniczą, edukacyjną, ale też i tę rzadko wspominaną - estetyczną, inspirującą niezwykle!

Gdy słońce kładło się na ścianę lasu, opuściłem go. Robiło się ciemnawo.
Ale w terenie otwartym nasza gwiazda wciąż pracowała jak należy.
W ostatnich czystych promieniach miałem okazję spotkać jeszcze to stadko.


Wytrwałem do końca. Uwieczniłem ostatecznie zachód, a zdarza mi się to bardzo rzadko :)


sobota, 17 marca 2018

Koszmar!!!

Co za poranek!
Nie mam pojęcia jaka była odczuwalna temperatura. Rzeczywista była minus dziewięć.
Przed wschodem szedłem przez rozległe pole do grupy drzew. Miałem do pokonania może 800 metrów. Jeszcze nigdy w życiu nie zmarzłem w ten sposób w ciągu tak krótkiego czasu! A niech to szlag!!!
Minus dziewięć, porywisty, smagający wiatr i chyba sporo wilgoci jak na tę temperaturę.
Był moment, w którym pomyślałem, że zawrócę - serio!
Miałem wrażenie, że na prawdę odmrożę palce dłoni. No istny koszmar.
Jedyne co kazało mi kontynuować sprawę to wschodzące słońce i gęsi.
Dziś wobec tych dwóch składowych miałem pewne zamiary.
Mimo trzęsiawki mam wrażenie, że osiągnąłem zamierzony cel.
Gdy usiadłem za pasem nadjeziornych trzcin z drzewem za plecami, zrobiło się jakby mniej zimno, bo o cieple nie możemy jeszcze wspominać.

 Na chwilę przed wschodem wyglądało to tak.
W zasadzie nie wiem jak zrobiłem to zdjęcie, bo moje palce w tym momencie również miały minus dziewięć stopni!


 To po to zdjęcie dziś jechałem. Coś takiego chodziło mi po głowie.
Byłem ciekaw czy pod mocne światło wschodzącej tarczy słonecznej w ogóle uda się uchwycić sylwetki ptaków tak, by były widoczne. Z trudem ale się udało. Jestem zadowolony. Bardzo.


 Dzisiejszy poranek zaoferował powietrze o szczególnej, wyjątkowej wręcz przejrzystości.

To dlatego dwa zdjęcia poniżej wyszły jak wyszły.
 Jak wiecie uwielbiam wielogatunkowość w kadrze, więc dla zabawy raz ustawiłem ostrość na sarny.


 A raz na gęsi.





 Trznadel w rozproście.


 Żuraw w kontrującym świetle. Też fajnie.


I niemy połączony z rzeką cienką strużką :)

p.s.
Nie mam pojęcia jak można strzelać do ptactwa. Strasznie mnie to boli. Jakoś szczególnie.
Ledwo przylatują wyczerpane, a istoty wiecznie żądne krwi walą do tych przepięknych ptaków.
Niepojęte!
Ale i tak świętujmy chociaż ten mały sukces, że udało się wnieść nieco poprawek do prawa łowieckiego.
Od wczoraj dzieci nie będą mogły uczestniczyć w polowaniach. Dopiero od 18-ego roku.
Jesteśmy w końcu jednym z krajów, który poprzeczkę wieku w tej kwestii podniósł wysoko.
Chociaż raz Polska jawi się jako kraj nowoczesny, etyczny pod jakimkolwiek względem.
Oczywiście należy ufać rodzicom i gdyby wszyscy myśliwi byli jak Ci, których znam, uznałbym, że ten zapis nie jest potrzebny. Niestety rzeczywistość braci łowieckiej pod względem pojęcia etyki ma bardzo duży rozrzut, porównywalny do celności strzeleckiej części z nich. W sieci można obejrzeć wiele zdjęć dzieci, które przyprowadzone na pokot, płaczą widząc mnogość martwych, rozbebeszonych zwierząt.
Są też filmy, w których dziecko za namową rodzica, decyduje się zabić zwierzę, po czym dostaje spazmów. Zabicie zwierzęcia jest wbrew naturze dziecka, to oczywiste przecież.
Dziecko wychowywane normalnie, czyli bez indoktrynacji polującego rodzica, w naturalny sposób kocha zwierzęta i przyrodę. Jeżeli nie jest z patologicznej rodziny, nie jest w stanie skrzywdzić zwierzęcia, o zabiciu w ogóle nie ma mowy. Polujący rodzic jednak latami wywiera wpływ na psychikę dziecka. Często mimowolnie, nieświadomie. Ale też opowiadając o polowaniu kreuje się z jednej strony na bohatera, z drugiej na miłośnika zwierząt, mieszając dziecku w głowie hierarchię wartości.
Po latach indoktrynacji dziecko uznaje, że polujący ojciec/matka w gruncie rzeczy są dobrymi ludźmi. Dokarmiają, zdejmują wnyki, zdobywają pokarm dla rodziny. Przestają widzieć bezwzględność i bezzasadność krwistej pasji, której jedynym naprawdę celem jest zadana śmierć. Wiadomo przecież, że dzieci wykonują wiele czynności by przypodobać się rodzicowi, zdobyć jego uznanie i sympatię lub wręcz zaimponować. To znany mechanizm. Ojciec tej czy innej córki, być może nie raz dał do zrozumienia, że chciał/wolał mieć syna, który poszedłby w jego ślady i kiedyś przejął karabiny w spadku. Część słabszych charakterologicznie kobiet, wbrew naturze przygotowanej przecież do dawania życia, wbrew fundamentom kobiecej natury, również decyduje się na zabijanie. Tatuś przecież będzie zadowolony. Przestanie widzieć "ułomność" jaką w jego oczach była rozczarowująca go płeć dziecka.
Nie jestem psychologiem ale tak to sobie wyobrażam, wiele o tym czytałem i tak to znam z obserwacji.
Umówmy się, nikt, dosłownie nikt, kto jest zrównoważony, nie ma kompleksów, ma zasady, nie jest w stanie pozbawić życia w ramach zabawy czy pasji. Nikt normalny nie znajdzie ani jednego powodu, dla którego miałby zająć się tego typu zajęciem. Dlatego uważam, że dobrze się stało, że doszło do tego ograniczenia. Osiemnastolatek być może będzie miał dość siły, woli samostanowienia, by podjąć samodzielną decyzję.
Zmiana w prawie, o której piszę, to w głównej mierze zasługa Tomka Zdrojewskiego. Oczywiście zaangażował w pracę wielu ludzi. Tomku, serdecznie Ci gratuluję.
Zwykle się mówi, że sukces ma wielu ojców, ale tym razem, to Ty jesteś ojcem, który ma wiele sukcesów! Dziękuję!!!

czwartek, 15 marca 2018

By pokazać piękno tej ziemi!

Rzadko wracam do sesji, zdjęcia z której już opublikowałem.
Tym razem wróciłem, nie po to by znaleźć "przegrzebki" czyli zdjęcia, które na siłę również da się pokazać.
Rzecz w tym, że przedwiośnie absolutnie doskonale wpisuje się w moje preferencje zarówno pod kątem pierwszego "zapachu wiosny" jak świateł i wszelkich nastrojów.
Nie jestem cyborgiem, zaliczam spadki formy typowe dla tej pory roku i być może właśnie z tego powodu pobyt w terenie działa szczególnie terapeutycznie.
Tak czy siak, nie bawiąc się w amatorską psycho-fizjologię, uwielbiam wydłużający się dzień i powitania kolejnych ptasich gości.
Część z nich przyleci późno, w kwietniu, a wybrane nawet dopiero w maju jak piegże, jeżyki, gajówki czy gąsiorki, że wymienię kilka z tych bardziej znanych.
W drugiej połowie kwietnia powinniśmy usłyszeć już kukułki, bąki, a na lustrach jezior zobaczyć perkozy dwuczube. Niebo ozdobią sylwetki obu kań i błotniaków. Pojawią się wcześniej pokazywane przeze mnie kapturki, pierwiosnki i piecuszki.
Póki co nasze serca rozgrzewa pojawienie się czajek, paszkotów, czapli, szpaków, gęsi, a lada moment zjawią się bociany.
Nie mogłem zatem nie wrócić do ostatnich zdjęć.
Sądzę, że każde przedwiosenne jest na wagę złota. W końcu z każdym powracającym ptakiem, wraca nadzieja i wiara w normalność, której jakby coraz mniej ... coraz mniej ...


Dziś Warmia w nieco szerszych ujęciach, tak by pokazać piękno tej ziemi. 






I na koniec zmiana tematu.
No weź człowieku i je wypatrz! :)))

środa, 14 marca 2018

Do góry ogonem!

Nigdy człowieku nie wiesz gdzie czeka na ciebie interesująca obserwacja.
Jak się nie pierwszy raz okazało, może się to wydarzyć tuż przed domem.
Na przeciw moich okien rosną topole, wersja strzelista czyli śródziemnomorska. Gatunek sprowadzony do nas przez komunistów, gdyż ta odmiana szybko rosnąc świetnie wpisywała się w ideologię notorycznie przekraczanej normy. Nawet drzewa rosnąc szybciej przekraczały ją, co cieszyło ówczesnych sekretarzy, a może nawet i sekretarki :)

... dobrą linię obrała nasza władza! :))) 

Cztery takie ostańce wątpliwie zdobią moją bezpośrednią okolicę. To drzewa o znikomej wartości, gdyż ich drewno jest "papierowe", a w okresie kwitnienia generują potworną ilość silnie alergizujących "białych kotków" - jakby rozerwało bombę w fabryce bawełny. Podczas silnych wiatrów nie radzę być w pobliżu. Spadają konary jak podcięte!
Robię co mogę by podnieść ich wartość środowiskową i w blizny kory wsmarowuję tłuszcze wymieszane z nasionkami. Na jednej z nich, w tym roku wsmarowałem czysty smalec.
Do tak przygotowanej karmy zlatuje się kilkanaście gatunków ptaków.
Okazało się, że nie tylko!
Właśnie wróciłem z lasu. Zabrałem się za wiosenne porządki, gdy zauważyłem wiewiórkę, która z niewiadomych powodów wybrała właśnie czysty smalec.
Podeszła do niego jakby to powiedzieć, do góry ogonem!

 Niezwykle chwytne ma łapki, wydolność krążeniową i budowę przełyku pozwalającą na przełykanie w odwrotnej  pozycji.

Nie mniej jednak ta pozycja musiała ją zmęczyć, bo po chwili próbowała ...
 ... chyba przewrócić drzewo! Takie sprawiała wrażenie.


 Mocowała się z nim i gryzła ze złością :)


 W końcu spojrzała z niedowierzaniem, jakby szukając efektów swojej pracy. No stoi jak stało! Ani drgnie!


 Sekundę później, prawdopodobnie po mentalnej porażce, wróciła do swoich nawyków.


Udawało mi się ją schwytać podczas rozmaitych ewolucji.
 W większości przypadków, dynamika wykonywanych akrobacji przerastała możliwości zrobienia ostrego zdjęcia, jednak doskonale oddawała jej naturę.

W pewnym momencie znalazła jakieś smakołyki na spodniej stronie gałęzi.

 Niewiele myśląc przyjęła pozycję typową dla tropikalnych leniwców!


 I kolejny skok.


 Chwilami ciężko było ją dostrzec w klatce z suchych badyli.


 Tu również głowa okazywała się cięższa niż zadek :)


 Nie przeszkadzało jej to w przyjmowaniu posiłku.


 Ani też w prowadzeniu kontroli nad moją lichą postacią tego aktu.


 Smacznego! W końcu w jakiejś przytomniejszej orientacji.


 Takiej ekspozycji brzuszka jeszcze nie widziałem. Czyżby mi zaufała? :)


 Pożegnaliśmy się gdy z nieukrywaną dumą prezentowała mi swoją zdobycz.
Czasami, gdy otworzymy oczy, można dostrzec kawał ciekawego życia w ... doniczce, o terenie przed domem nie wspominając.