niedziela, 25 stycznia 2015

teo buteo

Minione dwa tygodnie pracowałem bardzo ciężko. Sporo spotkań, dwie poważne prezentacje, ogólnie ciasno z czasem. O jakimś "dzikim wyjściu" do lasu nie było mowy. Dawno na nic tak nie czekałem, jak na tą sobotę. W poprzednią niedzielę, kończąc dzień w lesie wybudowałem kolejną czatownię. Chęć jej sprawdzenia potęgowała niecierpliwe oczekiwanie wyjścia. I stało się. Wyczekiwana, wymarzona sobota okazała się dniem zimnym, wilgotnym i pochmurnym. Niestety nie miałem wpływu na aurę tego dnia ale nie ograniczyło to niesamowitej radochy, że spędzę go w lesie. Rozpocząłem wcześnie, tradycyjnie, na długo przed świtem. Jeszcze nie wiedziałem, że wkrótce okaże się to bezowocną nadgorliwością. Zresztą nawet gdybym to wiedział wcześniej i tak znalazłbym się tu o tej samej porze.
W moim ulubionym sklepie, w Stawigudzie, nabyłem pozostałość po kurczaku pod postacią porcji rosołowej. Człowiek nigdy nie wie kiedy zgłodnieje, coś przy sobie warto mieć ... na ząb. Warto dodać, że to zwykle kosztuje około złoty i pół, więc inwestycja nie jest zbyt przesadzona. Od samochodu do czatowni mam jakieś 3,5 kilometra. Zwykle po drodze coś się wydarza, tym razem nic ... kompletnie. Czatownia, gdy już do niej dotarłem, prosiła się o modernizację. Widocznie w niedzielę, nie oceniłem jej zbyt krytycznie. Dopiero po ukończeniu prac, odszedłem na pewną odległość, by ocenić efekty mojego wysiłku. Nigdy nie wiem jak do tego dochodzi, ale zwykle, gdy stoję w pewnej odległości od czatowni, to właśnie w tym momencie w niewyjaśniony sposób, wypada mi z plecaka moje drugie śniadanie. To zwykle jest porcja rosołowa, czasami gnat wołowy. Rodzice zabraniali podnoszenia jedzenia z ziemi, zresztą sam nie lubię gdy mi piach zgrzyta w zębach - zostawiłem. Patrzę na tego kurczaka wypadłego, a w zasadzie na wypadłe jego wspomnienie zbudowane z resztek i konstatuję, że skoro ochłap upadł tak blisko czatowni, to siądę i popatrzę co się nań skusi. I to był właśnie zły pomysł. Najpierw okazało się, że nie mam wabika. Postanowiłem więc krakać jak kruk, który znalazł padlinę. Udało się! Przyleciały. Niestety kruki za chiny ludowe nie chciały zasiąść do stołu. Dwa usiadły 10 metrów ode mnie i zawzięcie z sobą gadały. Wydawały tak wiele dźwięków, czkały, dławiły, mruczały, korkowały, wydobyły tego z siebie tyle, że autentycznie miałem wrażenie, że podsłuchuję czyjąś rozmowę. Nic - odleciały. Byłem pewny, że to ich stary fortel i za pół godziny wrócą. Pomyliłem się. Po trzeciej godzinie roztelepałem się z zimna tak strasznie, że dostałem odruchów wymiotnych - przepraszam jeżeli właśnie spożywacie posiłek. Musiałem opuścić czatownię. Jedynym ratunkiem dla mnie pozostał marsz. Termikę zacząłem odzyskiwać po mniej więcej trzech kilometrach. Dochodziła 13.00. Coś jednak kazało mi wrócić do kryjówki. Irracjonalny pomysł, ale to nie ja wymyśliłem szósty zmysł, czegoś słuchać trzeba, a radia w lesie nie ma. Wróciłem. Wiedziałem, że odzyskanego ruchem ciepła wystarczy mi na godzinę - nie miałem czym uzupełnić deficytu kalorii. Kurczak przecież wypadł. Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle, no bo jak to inaczej określić, usiadł przede mną myszołów! Cztery, maksymalnie pięć metrów! Darzę "myszaki" szczególną atencją, więc emocja była ekstremalna. Pikanterii dodawało absolutne zaskoczenie, tym bardziej, że pomysł z powrotem do kryjówki, od początku uważałem za paranoiczny. To, że usiadł na mięso bez sierści, inne niż naturalne, jest równie dziwne i zaskakujące. Z tym większą przyjemnością dzielę się z Wami obrazem tego pięknego drapieżnika. Ostatnie dwa zdjęcia dokumentują "odlotowość" mojego śniadania ;)











15 komentarzy:

  1. Pracusiu, jak ty strasznie poświęcasz się dla nas maluczkich, co tyłki w domach grzeją, czyste porcje rosołowe w garach gotują i w kalorie obrastają. Takiego cudu dostarczasz nam niegodnym. Chwała Ci i godna wieczerza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beatko, robię to co kocham i zdecydowanie nie widzę w tym aspektu poświęcenia, wręcz odwrotnie. :)
      Dzielenie się z Wami tymi przeżyciami jest kolejną przyjemnością, a Wasza sympatia nagrodą.

      Usuń
    2. I na kolację nie liczysz co?

      Usuń
    3. no wiesz ... gdy tak wracam zziębnięty i głodny ... ;)

      Usuń
  2. To fakt , zgadzam się z przedmówczynią w pełni . Dodam jeszcze tylko że potrafisz nawet dokonać cudu ...... potrafisz nawet uskrzydlić porcję rosołową to po prostu niebywałe , rewelacja , powinieneś za to dostać co najmniej Nobla !!!

    OdpowiedzUsuń
  3. A tak poważnie , to zdjęcia i ujęcia jak zwykle Super !!!! Nic dodać nic ująć . I dusza i oko ma radochę , tak trzymaj i nie przestawaj !!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki Siostra :) zapewniam, że nie przestanę :)))

      Usuń
  4. Nie dziwi mnie ten odruch wymiotny - takie śniadanie!
    Dobrze, że taki piękny myszołów się nad Panem zlitował :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie, choć mam nadzieję, że to nie był akt łaski ha ha ha ah

      Usuń
  5. Zdjęcia przepiękne! Moje myszory - para, uaktywniły sie ostatnio i rano siedzą w haszczach 100 metrów od domu a koło południa lataja mi przed nosem a ja mam grypę (kto wymyślił to paskudztwo) i zakaz wychodzenia z domu więc oglądam je przez okno i popadam w obłęd. Zastanawiam się jak Ty, wielokrotnie doprowadzajac organizm do telepu z zimna nie zachorowałeś do tej pory. Przeprowadź gruntowna analizę i opatentuj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grażynko, rzeczywiście mam to szczęście, że się nie przeziębiam. Dwa razy w życiu miałem grypę, ale to nie od zimna, na wirusy czasami nie ma mocnych. Współczuję Ci choroby i życzę zdrowia! Nie zastanawiałem się czemu od dziecka się nie przeziębiałem, może geny :) A myszak dał mi pełną rekompensatę :)))

      Usuń
  6. Czasem zastanawiam, się czy wiesz, że porcje rosołowe służą także do ... gotowania rosołu? Tak, tak. Do tego również, a dla niektórych podobno przede wszystkim. Jednak akurat w Twoim przypadku, zdecydowanie lepiej, że nie trafiają do gara, tylko wypadają z plecaka, akurat przed czatownią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. sądzisz, że są ludzie, którzy to naprawdę gotują ?!? W/g mnie przechadzanie się po lesie w towarzystwie porcji rosołowej, jest zdecydowanie najlepszym pomysłem. Nawet nie mam żalu do niej, tej porcji, o niesforność i wypadanie, bo zaczynam wierzyć, że ona wypada umyślnie i to w dobrze przemyślanym miejscu ;)

      Usuń
  7. Hm. I oto potwierdzenie "Teorii inteligentnego spadania"...
    A dodatkowo ...słyszałam już o inteligentnych domach, budynkach, instalacjach, urządzeniach, projektach...ale inteligentna porcja rosołowa to coś, co powinieneś chyba opatentować...:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. biorę się do roboty - to musi mieć patent! ;)

      Usuń