Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koźlęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koźlęta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lipca 2016

przeszedłem przez atomy lasu

Naukowcy, a nawet medycy, (ci ostatni niestety opornie) zaczynają być zgodni co do faktu, że jesteśmy wyłącznie energią. Atom w gruncie rzeczy jest falą elektromagnetyczną, nie ma tam żadnych "kulek" elektronów ani "kulek" protonów, tak jak pokazywano nam na modelu atomu podczas lekcji fizyki. Nie ma! Są jedynie zmienne wartości pola elektromagnetycznego. I z tego zarówno wszystko jak i my sami jesteśmy zbudowani - z energii. W końcu to co pokazuje tomograf, rezonans czy nawet rtg, to nic innego jak obraz pola elektromagnetycznego poszczególnych tkanek. Każda tkanka emituje inną częstotliwość pola, stąd różnice wybarwień czy nasyceń. Komórki zmienione nowotworem również takie emitują, a ponieważ częstotliwość chorej tkanki jest inna od otaczającej zdrowej, widać ją na slajdzie wykonanym jedną z tych technik. Skoro, w wielkim skrócie, komórki nowotworowe emitują inne pole elektromagnetyczne, to na logikę wystarczy je "doładować", zmienić to pole. Nie doczekam tego, ale kiedyś skalpelowa chirurgia przestanie istnieć. Będziemy precyzyjnymi emiterami energii naprawiać/wyrównywać pola chorych komórek, w tym nowotworowych, usuwając przyczynę, a nie skutek. Wierzę w to i jestem co do tego głęboko przekonany.
Po co ten dziwny wstęp? Cierpliwości, ten post nie jest z tych, które napisały się same :)

Idąc krok dalej, muszę powiedzieć, że każda komórka naszego ciała jest w pewnym sensie suwerenem. Posiada wszystkie funkcje naszego organizmu. Na ścianie komórkowej znajdują się wszelkiego typu receptory, które odpowiadają naszym zmysłom. Skanują/sczytują określone parametry otoczenia i odpowiednio na nie reagują. Gdy do komórki dochodzi np. pozytywna, o wysokiej częstotliwości fala elektromagnetyczna, stymuluje komórkę do wyższego poziomu aktywności. Tak jak my na dźwięki świetnej melodii pobudzamy się, tańczymy, podśpiewujemy, podobnie reaguje każda z komórek, aktywizuje się. Nasze DNA się rozpręża, biochemia komórki ma lepszy kontakt z większą ilością aminokwasów tworzących białka naszego organizmu ... tworzących NAS!
Kiedy jesteśmy w stresie, DNA skręca się, kurczy, aminokwasy są ukryte, bardziej niedostępne, wpadamy w pułapkę "czarnych myśli" które zaciskając DNA w stresowym skurczu, uniemożliwiają wyjście z tej sytuacji.
To o czym piszę, to temat na książkę, więc mam nadzieję, że te moje skróty i uproszczenia opisów nie zakłócają podstawowego przekazu.
Z dwóch emocji, które nami rządzą, miłości i strachu, (pozostałe uczucia to tylko pochodne tych dwóch) opłaca nam się wyłącznie ta pierwsza - MIŁOŚĆ.
Piszę te dziwne rzeczy, ponieważ wyłącznie i nieustająco o tym właśnie rozmyślałem siedząc dziś ukryty w liściastym i parnym młodniku. Siedzenie dziś w liściastym, parnym młodniku oznaczało pogodzenie się z obecnością miliardów owadów. Te jak wiadomo bzyczą i brzęczą. Kiedy już to zaakceptowałem, moje uszy wypełniły się nieprzerwanym koncertem wysokotonowych dźwięków, a te w postaci fali dźwiękowej docierały do komórek mojego narządu słuchu. Krótko mówiąc, miliony komórek mojego ciała było przez dwie godziny pobudzanych dźwiękami lasu, głównie owadów. Aktywność moich komórek, ich metabolizm i funkcje przebiegały zatem pod dyktando owadziego koncertu! W jakiejś części zatem stawałem się tym lasem, może nawet po części owadem. Wg pewnej doktryny, może bardziej paradygmatu, nasz umysł jest częścią wspólną naszego rozumu i kosmicznej świadomości - bytu nieskończonego, przewielkiego i nieśmiertelnego. Kiedy dałem dziś umysłowi zgodę na egzystowanie w świecie tych dźwięków, czułem, że staję się tym dźwiękiem, że staję się częścią wszechświata, że się z nim w jakiś sposób łączę.
W drodze powrotnej, towarzyszyło mi przekonanie, że każda cząstka rozgrzanego powietrza, fale dźwięków, cząstki wdychanych zapachów, wszystkie napotkane atomy, że ja je przenikam, że ich energia ładuje mnie, że tworzy moją energię ... że dysponujemy wspólną energią!
Wydaje mi się, że otaczające nas atomy są jakby miliardem mikrochipów, którymi łączymy się z matrycą wszechświata. Wypijamy atomy i spożywamy je, a one wciąż dolatują do Ziemi, są tu też te z rozłożonych dinozaurów, obumarłych dawno roślin, więc my również mamy w sobie to wszystko. Jest w nas "fragment" Marsa, pterodaktyla i prastarej paproci. Jesteśmy zbudowani z energii kosmosu. Jesteśmy zatem jednością ze wszystkim co żyje. To dlatego każda niepotrzebna śmierć jest zaburzeniem pewnego porządku i z tego też powodu dziś nie potrafię już bezkrytycznie zabić przysłowiowej muchy. Tego mnie nauczył las.
Jeszcze nie dzwońcie po psychiatrę proszę :)

Całkiem szczerze, ryzykując opinię tęgiego schizola, dzielę się z Wami tym, co wyprawia umysł, gdy samotnie spędzam godziny na odludziu, ukryty głęboko w lesie.
Ten typ przemyśleń nigdy, przenigdy nie powstanie, gdy nie będziemy sami. Zajęci rozmową, jakąkolwiek relacją z kimś drugim, nigdy nie "wejdziemy" w ten dziwny stan postrzegania przyrody na innych, nieco kwantowych poziomach.

No, nie wykluczam też tej ewentualności, że rzeczywiście jestem tęgim schizolem, co nie ukrywam wiele by wyjaśniło ;)))
Wtedy przepraszam najmocniej za zamieszanie, bo może świat jest po prostu analogowo-newtonowski i te wszystkie kwantowe pierdoły nie istnieją :)
Nie wydaje mi się jednak, skoro takie umysły jak Einsteina, Schrodingera czy Heisenberga klęknęły przed kwantową świadomością. Jako znacznie, znacznie mniejszy robaczek wszechświata, również klękam.
W dodatku z ogromną czynię to przyjemnością.

Sarnie podrostki są już całkiem spore :) Na szczęście do drugich planów dotarły poranne mgły.

Tu nieco bliżej mamy.

Póki do wnętrza lasu nie dotarło poranne słońce, postanowiłem pokazać kilka pięknych leśnych kwiatów.
 Naparstnica w półmrocznym świetle świtu.

 Urocze niebieskie dzwonki :)

To jeden z jasieńców, ale jam nie od kwiatków, więc wybaczcie to uogólnienie ;)

 Nad moją głową, w absolutnym gąszczu liści, usiadła sikora czubatka. Wyłowiłem ją z najwyższym trudem, mocno odchylając się w skręcie do tyłu. Niewiele brakowało, a utraciwszy równowagę, fiknąłbym na plecy.

 Odwiedziła mnie samica trznadla - miłe, miłe.

Jednak serce dziś oddałem owadom, ponieważ to głównie one zabrały mnie dziś do swojego świata.







 Trafiła się sikora czarnogłówka :)

 W dziobie miała dwa nasionka, ale ogólnie była jakaś ... zmierzwiona :) Chyba za wcześnie ją spotkałem!

 W naprawdę całkowicie nikczemnej i zupełnie przypadkowej, co najważniejsze przejściowej kałuży, spotkałem tę żabę. Chyba trawną. W środku lasu, pomijając tę podeszczową kałużę, z dala od wszelkiej wilgoci! Wariatka.

I na koniec naparstnica w słońcu, no dobra, niech będzie ;)