Las.
Ten las, który za każdym razem pokazuje się w innej odsłonie, zmusza do pewnej refleksji.
Bywają dni, w trakcie których mam wrażenie, że las stara się pokazać jak najwięcej, wręcz spiesząc się w swojej demonstracji. Wtedy wyobrażam sobie, że ten las albo mnie nie widzi albo z jakiegoś powodu widzi inaczej, bez lęku. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wówczas obserwuję go takim, jakim jest, gdy nie ma w nim świadków zachodzących zdarzeń. To wyjątkowe chwile. Chciałbym wierzyć, że to w jakimś stopniu moja zasługa, ale ... wątpię :)
Gdy wejdę do lasu w nieodpowiednim momencie, jak niechciany gość w popołudniowe odwiedziny, gdy być może przerywam jakiś ważny dla lasu proces, coś spłoszę w newralgicznym momencie, zamyka się przede mną. Nie mam wówczas recepty na dostąpienie zaszczytu unikalnej obserwacji.
Ileż to razy odnosiłem wrażenie, że nic się nie dzieje, że las opustoszał. Milknie wówczas nieprzystępnie i niczym zamknięta w muszli szczeżuja, skrywa swoje tajemnice.
Gdzieś z bardzo daleka zobaczę przemykające zwierzę, coś niemal niewidocznie czmychnie między drzewami. Ptaki cichną, nic nie dzieje się ... nic.
Kumpel, myśliwy, powiedział mi kiedyś, że gdy las milknie wokół ciebie, to znaczy, że coś robisz nie tak. Wziąłem sobie to do serca, ale czasami mam wrażenie, że nie da się odwrócić tak zajętego stanowiska lasu. Być może wytłumaczenie jest prozaiczne, np. dzień wcześniej odbyło się tu polowanie zbiorowe, może pół godziny przede mną przejechała ciężarówka z drewnem, może po prostu ktoś szedł przede mną, a może pojawiły się wilki. Nie wiem.
Wiem, że jest różnie, że ta zmienność jest uzależniająca, a gdy trafi się ta lepsza relacja, jestem wdzięczny losowi/lasowi.
Tego dnia byłem długo przed wschodem słońca.
Ze względów technicznych raczej nie pokazałbym tego zdjęcia, ale ten uchwycony jeszcze w ciemnościach koziołek, jest chory lub po jakichś przejściach. Oczy sprawiają wrażenie zapuchniętych i coś jest nie tak z żuchwą. Do tego pozwolił się bardzo blisko podejść. Zachowywał się dziwnie, bez kontroli wymaganego dla przetrwania dystansu. Oby dał sobie z tym radę.
Miałem w tym dniu szczęście do tego gatunku.
Poniżej kolejne bliskie spotkanie. Dysponuję ogniskową 420 mm. Wykonanie takiego zdjęcia wymaga ode mnie naprawdę bliskiego podejścia.
Po chwili byłem obserwowany w sposób, który bardzo mnie rozbawił. Te dynamiczne spojrzenia rzucane spoza wzniesienia były rozbrajające. Zaniepokojone sarny mają w zwyczaju opuszczać głowę udając, że jedzą i że nic się nie dzieje, po czym gwałtownie podnoszą ją i obserwują ewentualną zmianę podejrzanego obiektu. Trzeba dobrze wyczuć tę grę, bo można wpaść już przy pierwszym kroku :))
W poszukiwaniu łosi, dotarłem do rozległego olsu. Pnie upadłych olch, przykryte kożuchem obrastających je roślin, sprawiają wrażenie, jakby były biegnącymi płytko pod skórą, tętnicami tego biotopu. W pewnym sensie są. Mineralizujące się w procesie murszenia, tkanki martwych drzew, istotnie wzbogacają glebę. Wiecznie wilgotne siedlisko olsu bardzo przyspiesza procesy tego typu.
Poniżej szyszka olszy czarnej, gatunku typowego dla olsów i łęgów. Świat z absolutnego bliska jest zupełnie inny, bardziej nieznany.
Tak to wygląda z bliska. Teren okresowo trudno dostępny, grząski, uwielbiany przez większość zwierząt i ... owadów :))) Lisa tu nie spotkacie, ten jegomość dbając o swoją puszystą kitę, nie zapędza się w podmokłe tereny. To wybitny "sucholub" :)
W bezpośrednim sąsiedztwie olsu, znajduje się taki niewielki zbiornik wodny, do którego prowadzą setki tropów. Używając obiektywu szerokokątnego, zrobiłem z niego niemal jezioro :) ale ma nie więcej niż 6 x 12 metrów.
To był właśnie dzień fajnych obserwacji, wdzięcznych rozproszonych świateł i miłych kontrastów typu trawa-lód.
I na zakończenie hałaśliwe łabędzie nieme, które w locie stadnym, wcale nie są takie nieme :)