Każdy co jakiś czas chce coś inaczej ... inaczej zrobić, inaczej przeżyć, inaczej spojrzeć na jakąś kwestię.
"Inaczej" ma moc sprawczą, jest odświeżające jak na kacu cytrynada, jak masaż po długiej trasie.
"Inaczej" przerywa monotonię rutyny, a co najważniejsze daje wiarę, że jeszcze potrafimy sami siebie zaskoczyć.
Dziś w lesie dopadło mnie "inaczej" w momencie gdy zdałem sobie sprawę, że jestem częścią niezbyt udanego wyjścia. Nic, ale to nic nie spotkałem.
I może lepiej, przecież gdybym był po udanej sesji ze zwierzętami, raczej nie zwróciłbym uwagi na odchodzący w niepamięć paśnik.
Nie chcę dorabiać nadmiernej filozofii do tej obserwacji, ale przypomniało mi się kilka bajek i ... horrorów.
Tak mają ludzie z wyobraźnią, cóż począć :)
Po chwili myśli odpłynęły w strefę pytań i domniemań.
Czy ludzie, którzy budowali ten paśnik jeszcze żyją?
Czy mogli przypuszczać, że zwykły paśnik, który kiedyś budowali lata później przestanie być zwykłym paśnikiem, a swoją ażurową, omszałą deformacją przypomni bardziej zjawę, konstrukcję na wskroś irracjonalną, coś co wywoła w przechodniu konstatację nad upływem czasu, przypomni baśnie i filmy, wywoła dowolną refleksję?
Nie, wiem, że nie.
Oni po prostu brali gwoździe i zbijali deski, robili paśnik jak dziesiątki innych.
Nie byli architektami tego co spotkałem.
Architektem był CZAS, to jego dzieło spotkałem .
To wyjście do końca miało być inne.
Nic już nie przebiegło normalnie, nawet ta sarna :)
Poprzez nietypowe kadrowanie uzyskałem efekt jakby szybowała kilka metrów nad ziemią :)
To, że się wbiła w drzewo to już detal!
Raniuszek na leszczynowej gałązce też jakby zamyślony.
Wydłubując tę sikorę z grabowej gęstwy dopiąłem dziś granic absurdu czyli "inaczej" dopadło mnie na całego ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raniuszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raniuszek. Pokaż wszystkie posty
sobota, 2 marca 2019
sobota, 16 lutego 2019
Wiosna w śrdoku zimy.
Nie wyruszyłem zbyt wcześnie do lasu. Gdy wysiadałem z samochodu była ósma zero, zero.
Nie umiem wytłumaczyć tej opieszałości, tym bardziej, że tęskno mi było do lasu jak nigdy. Znalazłem się w nim po dwóch tygodniach przerwy, co jest swoistym rekordem w moim wydaniu. Nie zdarzyło mi się to przynajmniej od pięciu lat.
W związku ze spóźnieniem zrodziło mi się w głowie coś na kształt przyzwolenia na "nicniespotkanie".
Dziś po prostu chciałem być w lesie jak najdłużej.
Co za fart!
Już pierwsze kroki zaowocowały spotkaniem starej znajomej - liszki.
Prawdopodobnie przez kogoś dokarmianej, bo dziś podeszła do mnie i powąchała dłoń!
Dziwne, miłe, zaskakujące.
Prawdopodobnie mógłbym sobie siedzieć i przedłużać sesję w nieskończoność, ale gnało mnie do lasu, więc zrobiłem kilkanaście zdjęć i zostawiłem ją z nieco zakłopotaną miną.
Nie dostała łakocia, a pozowała jak modelka.
W oczy to Ona umie spojrzeć jak nikt :)
No tak, ten język zwiastuje narastający apetyt! Na szczęście nawet dla przerośniętego lisa jestem zdecydowanie zbyt dużym "kęchem", a ta liszka jest szczególnie drobna, więc uznałem, że to nie ja budzę jej apetyt.
Zaloty jak nic! :)))
Ptaki zawsze zainteresują lisa.
Pasożyty skórne nie dają spokoju.
I ponownie śniadanie leci zbyt wysoko.
Ruszyłem dalej. Śnieg stopniał, co oznacza tylko jedno - można iść cicho!
Na efekt długo czekać nie musiałem.
W środku liściastego lasu, miedzy grabami, a dębami, żerowała sarna.
Znalazłem się szczęśliwie bardzo blisko niej. To zasługa miękkich od wilgoci liści.
Długo nie miała pojęcia, że robię jej zdjęcia.
Bezszelestna migawka mojego "OLKA" nie zakłócała jej spokoju.
Dopiero po kilku minutach coś ją zaniepokoiło. Prawdopodobnie wiatr zakręcił i poczuła moją obecność w nozdrzach.
Sekundę później odbiegła bez specjalnej paniki. Sarny mają astygmatyzm, więc dopóki się nie poruszymy, do końca nie maja pewności kto/co jest źródłem niepokoju.
Graby. Zawsze pozostaję pod urokiem tych drzew.
Po jakimś czasie spotkałem spore stado jeleni.
Łania już wiedziała, że coś jest nie tak.
I to "nie tak" jak zwykle szybko i precyzyjnie zidentyfikowała.
Nie da się wygrać z ich arsenałem detektorów. Wzrok, słuch i węch - wszystko na najwyższym poziomie. Są wyjątkowo doskonale wyposażone w elementy systemu wczesnego ostrzegania.
W stadzie był byczuś, co mając na uwadze porę roku, zaskoczyło mnie. To czterolatek, więc powinien już być w stadzie kawalerskim, a nie "ciągać się z babami". :)
Szedłem za nimi chwilkę i udało mi się jeszcze raz je spotkać na otwartej przestrzeni.
Jest jeszcze młody, ciekawski. Stary byk nie traciłby czasu na zaspokojenie ciekawości. Nie dałby się przyłapać na tej polanie. Już dawno byłby w lesie, a rozpoznanie robiłyby wyznaczone do tego zadania łanie.
Zdrożony usiadłem na skraju słonecznej polany. Słońce o wyczuwalnej już temperaturze, śnieg na polanie, raniuszki i modraszki wokół mnie. Odleciałem!
Pogrążony w zachwycie nad pięknem chwili, poczułem wdzięczność do rodziców za ich seksualność, która pozwoliła im mnie stworzyć.
Z milionów plemników ojca, do komórki jajowej mamy, dotarł akurat ten jeden jedyny na całym świecie, odpowiedzialny za moje jestestwo!
Biorąc pod uwagę rachunek prawdopodobieństwa, a raczej nieprawdopodobieństwa, uznałem to za cud ... musiałem!
Nie mam pojęcia czy osobnik powstały z innej krzyżówki genów, siedziałby teraz na tej polanie i cieszył się chwilą.
Może właśnie budziłby się skacowany i żałował, że żyje ... nie dowiemy się już tego.
Jestem ja i musicie jakoś sobie z tym radzić ;)
Taka chwila w życiu wszechświata.
A! właśnie! Jeżeli coś mam odtrąbić, to to, że przyleciały żurawie i widoczne na zdjęciu gęsi!
Żurawi nie udało mi się sfotografować. Autofocus konsekwentnie uznawał, że gałęzie są ważniejsze.
Na szczęście gęsi złapałem w prześwicie.
Nie umiem wytłumaczyć tej opieszałości, tym bardziej, że tęskno mi było do lasu jak nigdy. Znalazłem się w nim po dwóch tygodniach przerwy, co jest swoistym rekordem w moim wydaniu. Nie zdarzyło mi się to przynajmniej od pięciu lat.
W związku ze spóźnieniem zrodziło mi się w głowie coś na kształt przyzwolenia na "nicniespotkanie".
Dziś po prostu chciałem być w lesie jak najdłużej.
Co za fart!
Już pierwsze kroki zaowocowały spotkaniem starej znajomej - liszki.
Prawdopodobnie przez kogoś dokarmianej, bo dziś podeszła do mnie i powąchała dłoń!
Dziwne, miłe, zaskakujące.
Prawdopodobnie mógłbym sobie siedzieć i przedłużać sesję w nieskończoność, ale gnało mnie do lasu, więc zrobiłem kilkanaście zdjęć i zostawiłem ją z nieco zakłopotaną miną.
Nie dostała łakocia, a pozowała jak modelka.
W oczy to Ona umie spojrzeć jak nikt :)
No tak, ten język zwiastuje narastający apetyt! Na szczęście nawet dla przerośniętego lisa jestem zdecydowanie zbyt dużym "kęchem", a ta liszka jest szczególnie drobna, więc uznałem, że to nie ja budzę jej apetyt.
Zaloty jak nic! :)))
Ptaki zawsze zainteresują lisa.
Pasożyty skórne nie dają spokoju.
I ponownie śniadanie leci zbyt wysoko.
Ruszyłem dalej. Śnieg stopniał, co oznacza tylko jedno - można iść cicho!
Na efekt długo czekać nie musiałem.
W środku liściastego lasu, miedzy grabami, a dębami, żerowała sarna.
Znalazłem się szczęśliwie bardzo blisko niej. To zasługa miękkich od wilgoci liści.
Długo nie miała pojęcia, że robię jej zdjęcia.
Bezszelestna migawka mojego "OLKA" nie zakłócała jej spokoju.
Dopiero po kilku minutach coś ją zaniepokoiło. Prawdopodobnie wiatr zakręcił i poczuła moją obecność w nozdrzach.
Sekundę później odbiegła bez specjalnej paniki. Sarny mają astygmatyzm, więc dopóki się nie poruszymy, do końca nie maja pewności kto/co jest źródłem niepokoju.
Graby. Zawsze pozostaję pod urokiem tych drzew.
Po jakimś czasie spotkałem spore stado jeleni.
Łania już wiedziała, że coś jest nie tak.
I to "nie tak" jak zwykle szybko i precyzyjnie zidentyfikowała.
Nie da się wygrać z ich arsenałem detektorów. Wzrok, słuch i węch - wszystko na najwyższym poziomie. Są wyjątkowo doskonale wyposażone w elementy systemu wczesnego ostrzegania.
W stadzie był byczuś, co mając na uwadze porę roku, zaskoczyło mnie. To czterolatek, więc powinien już być w stadzie kawalerskim, a nie "ciągać się z babami". :)
Szedłem za nimi chwilkę i udało mi się jeszcze raz je spotkać na otwartej przestrzeni.
Jest jeszcze młody, ciekawski. Stary byk nie traciłby czasu na zaspokojenie ciekawości. Nie dałby się przyłapać na tej polanie. Już dawno byłby w lesie, a rozpoznanie robiłyby wyznaczone do tego zadania łanie.
Zdrożony usiadłem na skraju słonecznej polany. Słońce o wyczuwalnej już temperaturze, śnieg na polanie, raniuszki i modraszki wokół mnie. Odleciałem!
Pogrążony w zachwycie nad pięknem chwili, poczułem wdzięczność do rodziców za ich seksualność, która pozwoliła im mnie stworzyć.
Z milionów plemników ojca, do komórki jajowej mamy, dotarł akurat ten jeden jedyny na całym świecie, odpowiedzialny za moje jestestwo!
Biorąc pod uwagę rachunek prawdopodobieństwa, a raczej nieprawdopodobieństwa, uznałem to za cud ... musiałem!
Nie mam pojęcia czy osobnik powstały z innej krzyżówki genów, siedziałby teraz na tej polanie i cieszył się chwilą.
Może właśnie budziłby się skacowany i żałował, że żyje ... nie dowiemy się już tego.
Jestem ja i musicie jakoś sobie z tym radzić ;)
Taka chwila w życiu wszechświata.
A! właśnie! Jeżeli coś mam odtrąbić, to to, że przyleciały żurawie i widoczne na zdjęciu gęsi!
Żurawi nie udało mi się sfotografować. Autofocus konsekwentnie uznawał, że gałęzie są ważniejsze.
Na szczęście gęsi złapałem w prześwicie.
sobota, 5 stycznia 2019
Otwarcie 2019!
Na początek witam Was w 2019 roku :)
Wszystkim życzę zdrowia i radości z życia. Po prostu dobrostanu.
Dzisiejsza chlapa pod nogami przypomina mi to co się dzieje wokół mnie w tym kraju, w Polsce.
Wiem, że są poważniejsze problemy niż dziki ale uwierzcie mi, że nie można bez konsekwencji dla makroskali zlikwidować nawet lokalnie muszki owocowej, a nasi "mędrcy" postanowili wyjąć z mega skomplikowanego systemu krajowej przyrody dzika!
Jakże trzeba być niedouczonym i pozbawionym wyobraźni, by w drodze wkładania palca w dupska wiejskiego elektoratu podjąć takie działania. Niewinne dziki zapłacą życiem za polityczną układankę, której cel jest jeden - władza!
Postanowiłem codziennie pisać o tym na Fb aż ktoś się zrzyga.
Obudziły się moje demony, trudno.
A teraz do adremu, czyli lasu, który dziś powitał mnie wybitnie roztopowo.
Nie oznacza, że było jakoś gorzej, nie. Z upływającym czasem, każdy dzień który mogę spędzić w póki co jeszcze lesie, uważam za coraz lepszy, piękniejszy i pogoda nie ma tu nic do rzeczy.
Początkowo było ciemno.
Krople niknącego śniegu wychwytywały jakieś metafizyczne światło, którego póki co nie było.
Ale po jakimś czasie, gdy już dotarłem do jednego z najpiękniejszych leśnych jezior, zaświeciło!
Sikorom nie przeszkadza żadna pogoda :)
A poniżej seria zdjęć raniuszków. Obserwowanie ich jest bardziej zjawiskiem świetlnym niż ornitologicznym.
Co ciekawe od tyłu nie są już tą samą kulką waty.
A tu ... sam nie wiem, anioł, wyładowanie elektryczne czy iluminacja.
Stare dęby w trudnych światłach nisko chodzącego Słońca.
Ekwilibrystka modraszka w bardzo głębokim lesie.
Żółte dzioby kosów są niezwykłą atrakcją w zwykle czarno-białej zimie.
Sarny w lekko graficznej interpretacji.
Lubią to miejsce.
W lesie ciężko było coś spotkać. Wiał silny wiatr, wszędzie odgłosy polowań, do tego głośny roztopowy śnieg. No cóż, może następnym razem będzie lepiej :)
Wszystkim życzę zdrowia i radości z życia. Po prostu dobrostanu.
Dzisiejsza chlapa pod nogami przypomina mi to co się dzieje wokół mnie w tym kraju, w Polsce.
Wiem, że są poważniejsze problemy niż dziki ale uwierzcie mi, że nie można bez konsekwencji dla makroskali zlikwidować nawet lokalnie muszki owocowej, a nasi "mędrcy" postanowili wyjąć z mega skomplikowanego systemu krajowej przyrody dzika!
Jakże trzeba być niedouczonym i pozbawionym wyobraźni, by w drodze wkładania palca w dupska wiejskiego elektoratu podjąć takie działania. Niewinne dziki zapłacą życiem za polityczną układankę, której cel jest jeden - władza!
Postanowiłem codziennie pisać o tym na Fb aż ktoś się zrzyga.
Obudziły się moje demony, trudno.
A teraz do adremu, czyli lasu, który dziś powitał mnie wybitnie roztopowo.
Nie oznacza, że było jakoś gorzej, nie. Z upływającym czasem, każdy dzień który mogę spędzić w póki co jeszcze lesie, uważam za coraz lepszy, piękniejszy i pogoda nie ma tu nic do rzeczy.
Początkowo było ciemno.
Krople niknącego śniegu wychwytywały jakieś metafizyczne światło, którego póki co nie było.
Ale po jakimś czasie, gdy już dotarłem do jednego z najpiękniejszych leśnych jezior, zaświeciło!
Sikorom nie przeszkadza żadna pogoda :)
A poniżej seria zdjęć raniuszków. Obserwowanie ich jest bardziej zjawiskiem świetlnym niż ornitologicznym.
Co ciekawe od tyłu nie są już tą samą kulką waty.
A tu ... sam nie wiem, anioł, wyładowanie elektryczne czy iluminacja.
Stare dęby w trudnych światłach nisko chodzącego Słońca.
Ekwilibrystka modraszka w bardzo głębokim lesie.
Żółte dzioby kosów są niezwykłą atrakcją w zwykle czarno-białej zimie.
Sarny w lekko graficznej interpretacji.
Lubią to miejsce.
W lesie ciężko było coś spotkać. Wiał silny wiatr, wszędzie odgłosy polowań, do tego głośny roztopowy śnieg. No cóż, może następnym razem będzie lepiej :)
niedziela, 30 grudnia 2018
Raniuszek-aniołek
I co z tego, że upływają ostatnie godziny mijającego roku. To my stworzyliśmy kalendarz, nam potrzebne jest odliczanie, definiowanie upływającego czasu, umiejscawianie się w nim.
Las nie liczy, las nie wie, że za chwilę rozpocznie się nowy rok. Las nie obiecuje sobie, że w nadchodzącym roku będzie lepiej. Las stara się przetrwać, więc żyje tu i teraz. Bez liczb czy dat.
Wybrałem się w zasadzie po kości do swoich rękodzielniczych prac. Niewiele oczekiwałem. Ciemny, mokry dzień. Szedłem jakbym był na bezludnej wyspie. W taki dzień i w taką pogodę nie spodziewałem się drugiego człowieka. Kto normalny polazłby do lasu 29-ego grudnia w taką ponurą aurę? Nikt po prostu, normalny nikt! I to było tego dnia najbardziej interesujące, moja w tym lesie samotność. Samotność nie rozumiana melancholijnie, w końcu nikt mnie nie porzucił, samotność radosna, bo zawsze oczekiwana. Było cicho i zawiesiście ... cokolwiek mam na myśli.
Tu i ówdzie widziałem niefotograficzne sylwetki wolno idących zwierząt.
Podszyt pokryty grubą warstwą opadłych liści, był tego dnia stosunkowo cichy. Nagromadzona w nim wilgoć skutecznie zmiękczyła liście.
Nade mną szalały raniuszki.
Udało mi się jednego "zatrzymać" w anielskiej pozie.
Fotografowanie ptaków na tle mimo wszystko jaśniejszego niż ponury las nieba, było jakimś pomysłem na dookólną ponurość, ale mi te warunki odpowiadały,
Zwierzęta najwyraźniej są meteopatami, bardzo sennie przesuwały się między drzewami.
Skąpa ilość światła zawsze skłania mnie do eksperymentów. W efekcie jednego z nich uzyskałem młodego jelenia-ducha.
Koziołki już budują swoje poroża. Rosnące parostki przykryte są gęstym, silnie ukrwionym scypułem.
Taka mała istota przemieszczająca się w starym grądzie, to zawsze miły widok.
W tym lesie część zjawisk zachodzi w wysoce naturalny sposób. Tu widzimy początek procesu przywracania glebie substancji mineralnych, które wcześniej drzewa wykorzystały do budowania swojej masy. Upadłe drzewa z czasem zmurszeją, a mikroby zrobią swoje w wieloletnim cyklu obrotu materii.
Pełzacz leśny. Drugi obok kowalika ptak (i ogrodowy też) chadzający głową do dołu. Tu akurat w klasycznym ustawieniu :)
Młoda samica dzięcioła dużego zdawała się nie robić sobie zbyt wiele z mojej obecności.
Choć czujnie mnie kontrolowała :)
Jakiś czas spędziliśmy w swoim towarzystwie.
Uprzyjemniła mi ostatnie chwile spędzane w lesie.
Wróciłem niezwykle kontent. Marcin namierzył mi jelenie kości, które długo leżały w torfach i liściach. Nabrały pięknego miodowego koloru. Mam nadzieję, że po obróbce uda się ocalić to zabarwienie. Talizmany i amulety będą piękne :)
Las nie liczy, las nie wie, że za chwilę rozpocznie się nowy rok. Las nie obiecuje sobie, że w nadchodzącym roku będzie lepiej. Las stara się przetrwać, więc żyje tu i teraz. Bez liczb czy dat.
Wybrałem się w zasadzie po kości do swoich rękodzielniczych prac. Niewiele oczekiwałem. Ciemny, mokry dzień. Szedłem jakbym był na bezludnej wyspie. W taki dzień i w taką pogodę nie spodziewałem się drugiego człowieka. Kto normalny polazłby do lasu 29-ego grudnia w taką ponurą aurę? Nikt po prostu, normalny nikt! I to było tego dnia najbardziej interesujące, moja w tym lesie samotność. Samotność nie rozumiana melancholijnie, w końcu nikt mnie nie porzucił, samotność radosna, bo zawsze oczekiwana. Było cicho i zawiesiście ... cokolwiek mam na myśli.
Tu i ówdzie widziałem niefotograficzne sylwetki wolno idących zwierząt.
Podszyt pokryty grubą warstwą opadłych liści, był tego dnia stosunkowo cichy. Nagromadzona w nim wilgoć skutecznie zmiękczyła liście.
Nade mną szalały raniuszki.
Udało mi się jednego "zatrzymać" w anielskiej pozie.
Fotografowanie ptaków na tle mimo wszystko jaśniejszego niż ponury las nieba, było jakimś pomysłem na dookólną ponurość, ale mi te warunki odpowiadały,
Zwierzęta najwyraźniej są meteopatami, bardzo sennie przesuwały się między drzewami.
Skąpa ilość światła zawsze skłania mnie do eksperymentów. W efekcie jednego z nich uzyskałem młodego jelenia-ducha.
Koziołki już budują swoje poroża. Rosnące parostki przykryte są gęstym, silnie ukrwionym scypułem.
Taka mała istota przemieszczająca się w starym grądzie, to zawsze miły widok.
W tym lesie część zjawisk zachodzi w wysoce naturalny sposób. Tu widzimy początek procesu przywracania glebie substancji mineralnych, które wcześniej drzewa wykorzystały do budowania swojej masy. Upadłe drzewa z czasem zmurszeją, a mikroby zrobią swoje w wieloletnim cyklu obrotu materii.
Pełzacz leśny. Drugi obok kowalika ptak (i ogrodowy też) chadzający głową do dołu. Tu akurat w klasycznym ustawieniu :)
Młoda samica dzięcioła dużego zdawała się nie robić sobie zbyt wiele z mojej obecności.
Choć czujnie mnie kontrolowała :)
Jakiś czas spędziliśmy w swoim towarzystwie.
Uprzyjemniła mi ostatnie chwile spędzane w lesie.
Wróciłem niezwykle kontent. Marcin namierzył mi jelenie kości, które długo leżały w torfach i liściach. Nabrały pięknego miodowego koloru. Mam nadzieję, że po obróbce uda się ocalić to zabarwienie. Talizmany i amulety będą piękne :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)