piątek, 18 stycznia 2019

Ścieżka mnie prowadzi ...

Idę od lat ścieżką, której na imię miłość do przyrody. Po drodze wiele się zmieniało.
Pamiętam tej drogi początek. Bezkrytyczny, bezanalityczny. Uważałem, że kocham przyrodę i ją kochałem, ale ta miłość i to co w jej obrębie brałem od przyrody, nie wiązało się z żadnym z mojej strony zobowiązaniem, a tak nie mogą powstawać trwałe związki.
Zbierałem czaszki, pióra, robiłem zdjęcia, w moim pokoju z czasów liceum powstało coś jakby małe muzeum przyrodnicze. Na ścianach były gałęzie z gniazdami, na półkach czaszki, na ścianach wypreparowane ptaki. Nie widziałem niczego złego w zakupie wypchanego gawrona. Nie umiałem wtedy zrozumieć, że nakręcam koniunkturę na kolejny preparat w sklepie.
Wędkowałem i byłem święcie przekonany, że to kolejna forma wyrażenia potrzeby bliskości z naturą.
Ale gdy człowiek idzie ścieżką, ona przynosi zmiany. Spotyka ludzi, którzy weszli na nią wcześniej. Pełnych przemyśleń, bogatszych w doświadczenia. Początkowo nie byłem w stanie odebrać ich przekazu. Myślałem, że są reprezentantami innej filozofii, że są zbyt ortodoksyjni. Z każdym jednak dniem, każdym miesiącem i rokiem, wraz z pogłębiającą się wiedzą na temat rozmaitych zależności w świecie przyrody, zmieniał się mój stosunek do pewnych racji. Wtedy przypominały mi się zdania wypowiadane przez wspomnianych ludzi. Rozumiałem, że Oni byli już na wyższym poziomie rozumowania, empatii, dobrze rozumianego człowieczeństwa. Rodziła się pokora. Jako zapalony wędkarz, w 1996 roku zostałem ambasadorem metody "złap i wypuść". Każda ryba wracała do wody. W Polsce gdy wypuszczało się rybę w tamtych latach, można było od świadków usłyszeć na swój temat różne rzeczy, zwykle bardzo niemiłe :)
Ale wypuszczanie ryb już mi nie wystarczało. Z każdym rokiem coraz gorzej czułem się na wyjazdach wędkarskich, coraz ciężej było mi przełykać mięso. Oczywiście gdy ma się taką naturę jak ja, do tego takie pochodzenie, rozstanie z mięsem nie mogło się wydarzyć z dnia na dzień. Proces trwał. Ostatecznie nadszedł moment rozstania się z wędkarstwem. W szczególnie bolesny sposób dotarło do mnie, że przez długie lata zaspokajałem swoje zawoalowane potrzebą kontaktu z przyrodą, fikcyjne potrzeby, kosztem cierpienia zwierząt.
Sześć lat temu przestałem jeść mięso ssaków. Wszelkich ssaków. Na ten moment na tyle mnie stać.
Ale droga przynosi też inne zmiany. Nie cierpię bezczynności. Odkryłem, że wyrabianie biżuterii z naturalnych surowców, przynosi mi sporą radość. To zapewne jakiś atawizm. Już tak mam, że we wszystko "wchodzę na maksa". Przepadłem.
Każdą złotówkę przeznaczam na reinwestycje. Narzędzia kosztują sporo. Zakup materiałów również.
Na tym etapie to nie jest pomysł na zarabianie. Ale satysfakcji opisać się nie da.
Szukam w lesie kości jeleni zabitych przez wilki. Najlepsze są te zwietrzałe, popękane. Mimo upływu czasu zawsze widać na nich ślady wilczych zębów. Lubię odgadywać historię, która się w danym miejscu wydarzyła. Zależy mi, by pochodziły od zwierząt, ze śmiercią których człowiek nie miał nic wspólnego. Zbieram je. W garażu mam składzik szlachetnych gatunków drewna. Śliwa, czereśnia, wiśnia. Rzemienie w 70-80 % są syntetyczne ale naturalnych również używam. Nie chcę popaść w paranoję. W końcu nikt nie hoduje trzody chlewnej dla rzemieni. To produkt pochodny, wartość dodana. Pomijając mikro skalę moich działań, jak to z rękodziełem bywa. Nie wiem co jeszcze droga przyniesie, dziś dzielę czas na wyjścia do lasu i ten spędzony w pracowni rękodzielniczej.

Chcę podzielić się z Wami efektami tej nowej pasji, którą spotkałem na swojej ścieżce.

 Robię małe introligatorskie nożyki z kości.

 Talizmany i amulety.


 Bransolety.






 W takiej "wypasionej" wersji również :)

 z dodatkami.


 Kamień z Puszczy robi tu dobrą robotę :)

 Bransoleta na oszlifowanej na szkło kości jelenia.


 Na plastrze mirabelki.


moje pierwsze pogańskie naczynko - podstawka na biżuterię :)








Aktualnie pracuję nad naszyjnikiem, coraz bardziej poznaję materiał, uczę się i podnoszę sam sobie poprzeczkę.
Czemu runy?
Lubię je, lubię czytać o ich mocy, lubię historię Europy, w tym skandynawską.



sobota, 12 stycznia 2019

Dzik, a sprawa polska.

Dziś o 15.00 na starówce odbędzie się manifa zorganizowana przez Kamilę na rzecz obrony dzików.
Kamila, młoda dziewczyna o nieprzeciętnej urodzie, ale jeżeli chodzi o ochronę przyrody, lepiej Jej w drogę nie wchodzić.
Do lasu wyszedłem niezbyt histerycznie rano, bo przed ósmą. Nie sądziłem, że pogoda i głód lasu jaki mam ostatnio, spowodują, że o mały włos, spóźniłbym się na manifę. Ale zdążyłem.

A las, a las psze Państwa dziś rozpieszczał, łechtał i kusił. Wprawdzie nie była to ponowa ale słoneczko w połączeniu z istotną i w pełni wystarczającą ilością śniegu przeniosły mnie do "rosyjskiej bajki".

Na prześladowane przez polityków dziki natknąłem się niespodziewanie. Praktycznie wystrzeliły mi spod nóg, więc jak widać skaszaniłem sprawę ostrości.
Ale jak się ma ostrość do faktu, że je spotkałem. 15ego maja 2015 roku w opowieści https://krzysiekmikunda.blogspot.com/2015/05/ostatnie-takie-zdjecia.html ostrzegałem, że spotkania z dzikami staną się rarytasem. To był rok, w którym drastycznie skrócono okres ochronny dla tego gatunku. Nowe wytyczne oznaczały, że będą ginąć matki prowadzące młode, a nawet prośne! To był początek dziczych problemów. "Młodym pistoletom PiSu", którzy stojąc na straży opinii swojej partii-matki tak chętnie atakują mnie,  pytając czy za tamtej władzy też się oburzałem, załączam link. Jak widać tak, oburzałem się i protestowałem. Nie walczę z PiSem, walczę o przyrodę!
A co do dzika, to powiem krótko - rząd już wiedział, że w Polsce 500 złotych wystarczy by pozyskać dusze. Podlizując się wiejskiemu elektoratowi, który ślepo wierzy, że zabicie wszystkich dzików uwolni Ich od kosztów bioasekuracji, rząd pomyślał, że wystarczy myśliwym zapłacić 650 za zabijanie ciężarnych loch i sprawa się dokona. Nie dokonała się! Nawet ja, jako przyrodnik, muszę pogratulować postawy części myśliwych, którzy nie dali się kupić. Nie ugięli się przed próbą przekupstwa i nie mordowali ciężarnych za kasę! Tym bardziej, że to była próba złamania nie tylko moralności ale również prawa! Zwierzęta ciężarne są chronione ustawowo! Niestety nielegalne polowania wciąż trwają. Są myśliwi, którym to nie stanowi. Wykonują bezkrytyczną egzekucję. Nigdy, ale to nigdy nie zapomnę władzy tej niemoralnej próby niegodnej czasów i jak się okazało tego społeczeństwa! To tyle, więcej nie będzie.


Tu, gdy w końcu jako tako go wyostrzyłem, wyrosło drzewo! Jak zwykle błyskawicznie i nieoczekiwanie! ;)


 Tu Wielka Pardubicka troszkę nie wyszła. Powiedzmy, że belka została muśnięta :)

 Co za las! Zaczarowany.

 Urok starych świerków.

 Kontrasty.

 Pogoda ducha :)

 Hmmm ... aby sprawdzić co to tak hardo maszerowało po lodzie, obszedłem pół jeziora.

 Po drodze.

 Odlot! :)

 No i się wyjaśniło - lis!

 Ech ... stałem tu długo i oparty o pień grabu "wdychałem widok".

 Mam nadzieję, że czujecie co trzeba patrząc na takie kadry :)

 Tańczące w zimowym słońcu.

 Na skraju lasu słońce miało dość energii by wygrać z mrozem.

 Drzewa po upadku, na lata stają się własnymi pomnikami nagrobnymi i do tego najpiękniejszymi, pełnymi cichego dramatu.

 Mufinkowe pole :)

 No taki bajzel po jedzeniu mogło zostawić tylko duże stado.
A co zimą lata ogromnymi stadami i uwielbia pożywne nasiona grabu?

 Wiem, wiem, te piórka należą do tego właśnie gatunku ale zdaję sobie sprawę, że to kiepska podpowiedź :)
p.s.
one miały maks. 15-18 mm!

 No i jest! Niestety były dziś bardzo wysoko. Znacznie poza zasięgiem mojej optyki.
Grubodzioby!
Przemieszczały się stadem, którego liczebność sięgała dwóch setek.
Gdy zrywały się do lotu, las szumiał jak w trakcie huraganu.


 Sosny dachówkowate zimą są szczególną ozdobą lasu.

 Ile ich tu jest?
Niestety dźwiękotwórczy śnieg bardzo mi utrudnia podchodzenie jeleni.
Są niezwykle czujne.

 Ciągle w baśni.




 Lis plądrujący trzciny w poszukiwaniu śpiącej kaczki, pozostawił takie obwarzanki.

No pięknie! :)

Para mieszana, wiecznie zakochana :)