Niezwykła aura niedzielnego poranka w środku dużego lasu, zaowocowała czymś na kształt umysłowego odurzenia.
Zwykle wędrując przez las bywam w euforycznym nastroju, ale ten stan był wyjątkowy, inny.
Spadł świeży śnieg. Tropiciele wiedzą dobrze czym jest ponowa.
Las zaprosił mnie do świeżo napisanej księgi.
Tropy wilków zaprowadziły mnie w nieznane do tej pory ostępy. Nie żebym zawędrował nie wiadomo jak daleko od znanego mi lasu, ale ten fragment był jakiś inny.
Naprawdę czułem się jak baśni. Pięknej baśni, w której ludzie rozumieją zwierzęta i zwierzęta rozumieją ludzi.
Miałem wrażenie pełnej integracji z otoczeniem.
Szedłem nadzwyczajnie wolno i cicho, a takiemu "iściu" towarzyszy wyższy poziom odczuwania ... "bycia częścią lasu".
Z każdym krokiem poziom endorfin zbliżał się do stanu alarmowego. Byłem na haju!
Dziś gdy analizuję przyczyny tej sytuacji, sądzę, że wszystko zaczęło się znacznie wcześniej. Zanim dotarłem do lasu.
Już sam charakter wschodu mógł odurzyć.
Był jakiś ... mięsisty, nasycony, odczuwalnie konkretny. Słońce wzeszło bezkompromisowo.
Nie było wrażenia ulotności i subtelności tego zjawiska, wręcz odwrotnie. Miałem wrażenie, że słońce stara się rozpłatać niebo, wedrzeć się siłą w jego strukturę.
Robiło to wrażenie i tak jak nie lubię "samograjków" p.t. wschody i zachody, tak tym razem poświęciłem bogom światła nieco więcej czasu.
Droga do lasu była pełna cudów i kolorystycznych efektów.
Spotkałem "wiosenną parkę" w zimowej aurze.
Dla stęsknionych ich odgłosów, nagrałem ten krótki filmik. Nieoczekiwanie uraczyły mnie swoim wyjątkowym śpiewem.
A las?
Las od pierwszych kroków czarował i wabił.
Podmuchy wiatru zrywały z koron śnieżne drobiny, co potęgowało wrażenie zimy.
Taka kurzawka.
Każda leśna ścieżka zdawała się wieść do raju.
Po jakimś czasie zaczęło się wypogadzać.
Frapujące mnie zderzenie masywnych pni w mocnym kolorze podkreślonym przebłyskami światła i subtelności śnieżnego podłoża, które wydaje się tu czymś absolutnie obcym, nienaturalnym.
To jedno z dziwniejszych oblicz lasu jakie kojarzę.
W sytuacji, w której się tego nie spodziewałem (standard) najpierw drogę przeskoczył jeleń-byk (nieostre), a po chwili ten jak cię mogę szpicak.
Też jest nieostry ale tę nieco dziwaczną pozę musiałem Wam pokazać :)
W pewnej chwili widzę coś takiego ...
Spore stadko idzie bardzo blisko mnie i to w moją stronę!
Tzn. ja widziałem stado, ale mój autofocus jak widać, wolał oglądać ... gałązkę!!! :)
Nasze priorytety często się mijają!
Ta licówka nie ma pojęcia, że dzieli nas kilka metrów!
Tu już musiałem redukować i tak skromny zoom.
Oddychaliśmy tym samym powietrzem.
Część stada z tym uroczym młodzieńcem, odbiegła w stronę starodrzewu, a część (poniżej) kręciła się jakby bez większej koncepcji :)
Po jakimś czasie ujrzałem je grzecznie maszerujące gęsiego jak gdyby nigdy nic.
Później i znacznie dalej, gdy słońce już konkretnie przeciskało się między konarami i pniami drzew,
drogę przebiegło stado kawalerskie.
Byków było chyba sześć, ale trzy udało mi się w miarę uchwycić.
Niestety odległość była już nieco większa.
pierwszy
drugi
i trzeci :)
Tego bielika prześwietliłem i w zasadzie nie mam pojęcia czemu go publikuję.
Fotograficznie klapa ale jak już kiedyś pisałem, drapol to drapol :)
Przyznać trzeba, że jego sylwetka jest niesamowita i zawsze miło jest go obserwować!
Samemu, jak się okazało, również byłem obserwowany i nie sądzę, by dla wiewiórki było to źródłem miłych doznań, podobnych do tych jakie ja miałem, patrząc na bielika :)))
Meandrujący w chaszczach śródpolnej remizy myszołów zamyka dzisiejszy przydługi spacer.
Naprawdę niechętnie wracałem do domu.
I jak się okazało coś wisiało w powietrzu.
Mama złamała nogę i dalsza część dnia i wielu następnych dni, nie będzie miała nic wspólnego z euforią tego spaceru.
Życie :)