Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mysikrólik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mysikrólik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 kwietnia 2018

a gdyby tak hipotetycznie ...

Nie powiem, nie powiem, czekałem na ten dzień z utęsknieniem.
Pozytywnej emocji dodawało między innymi wczorajsze, inspirujące spotkanie z Marcinem Kostrzyńskim, który "kręci" przyrodę z pozostawianych tu i ówdzie kamer. To w zasadzie najbardziej optymalne rozwiązanie gdy chce się zdobyć ciekawy materiał bez ryzyka przepłoszenia obiektu. Najbardziej optymalne, gdy pogodzimy się z faktem, że nie jesteśmy częścią spektaklu. Ja na szczęście nie filmowiec, nie dotyczą mnie te dylematy, robię zdjęcia i co tu dużo gadać, jestem nieodłączną częścią mojego aparatu. A skoro już jesteśmy przy aparacie, to ten się dziś przewrócił. Wczołgiwałem się pod świerk, by zaczaić się przy bagienku na małe ptiszki, a oparty o drzewo na skróconym monopodzie aparat fik i gleba! W domu się okazało, że szlag trafił telekonwerter. Szczęśliwie zabrałem dziś szerokie szkiełko, więc nie ma tego złego co by ... .

 Zdjęcie z bardzo daleka. Spokojnie żerujące na granicy uprawy leśnej, jelenie stadko.


 Pojawił się też młodzieniec, dziesiątak, który jeszcze był "kompletny". Podszedłem je pół kilometra dalej i spaprałem całkowicie. :)


 Mysikrólik bacznie kontrolował mnie z góry.


 Cztery "bezporożowce" przeszły tuż przede mną.


 Jeden po drugim.
Nie ma sensu pokazywać każdego, gomuły niczym się nie różnią :)


 Dziś miało miejsce fenomenalne zjawisko, las niebiesko-zielony!


 Dębiszon w kontrze.


 A gdyby tak hipotetycznie świerkowa szyszka miała oczy i leżała obok tej zaraz, siostra powiedzmy tej sfotografowanej i na nią równie hipotetycznie patrzyła, to widziałaby to mniej więcej tak. :)))


 A gdyby tak hipotetycznie sosnowa szyszka miała oczy i leżała obok ... ;)


 Fotografowanie szerokim szkłem ma tę wadę, że gdy na drodze stanie "istność ssąca jakaś", w tym przypadku sarna, to trudno widza przekonać, że ona jest ... sarna ta.
Proszę dostrzeżcie lśniące lustro, bo jest na tej drodze :)))

 A gdyby tak hipotetycznie źdźbło miało oczy ...



 ... albo przylaszczka powiedzmy i równie hipotetycznie patrzyła na swoją sąsiadkę, to widziałaby to tak mniej więcej :)


 oooo ... fajne! :)


 zwykłe jakieś ale skoro się zrobiło ...


No dobra, wiem, nie powinienem już tego pisać w tym przypadku, ale gdyby te wyskubane kudły czysto hipotetycznie miały oczy ... :))))))))))

p.s.
cały dzień, mimo zepsucia telekonwertera, łaziłem dziś z uśmiechem i jakoś na tekst mi się rzuciło.

środa, 7 marca 2018

Jelenie w naszych lasach.

Czy ja już kiedyś wspominałem, jak bardzo lubię jelenie?

 :)))

Wiadomo, że tak i to pewnie więcej niż dwa razy.
Uważam je za święte zwierzęta lasu.
Podwalin tego przekonania można doszukiwać się w pierwszych edycjach Robinhooda, jak sądzę.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że wiele bym dał, by spotkać taką mityczną postać jak Hern.
Co najdziwniejsze, każde spotkanie jeleni, wywołuje tamtą młodzieńczą fascynację i podobne emocje.
Widok jeleni, szczególnie spokojnie idących przez las, robi niezmiennie gigantyczne wrażenie.
Nie bez kozery mówi się, że są duchami lasu.
Nie chodzi tylko o ich cichy sposób przemieszczania się ale o wrażenie jakie wywołuje ich widok.
Są majestatyczne, mają charyzmę, budzą podziw.

Nie ukrywam w związku z tym, że niemal każde moje wyjście w teren jest obliczone tak, by móc je spotkać.
Aktualnie pogłowie jeleni w Polsce jest rekordowo wysokie, więc dla miłośników tych zwierząt to dobre czasy.

Nie każde spotkanie jest tak bliskie jak dwa wpisy wstecz, nie zawsze udaje mi się stanąć od nich w odległości kilkunastu metrów, choć bywałem i bliżej.
Czy to oznacza, że inne spotkania są gorsze, mniej ciekawe? Nieeeee.
Obserwacja z większej odległości związana jest z mniejszym ryzykiem ich spłoszenia, tym samym pozwala obserwować je dłużej i w dodatku podczas ich naturalnych zachowań. Z punktu widzenia poznawczego, niesie o wiele więcej możliwości, a nawet wartości.

Poniżej klasyczna sytuacja, gdy "las" na nas patrzy.
To jak zwykle czujna licówka, czyli łania prowadząca.
Doświadczona matka z zeszłorocznym młodym.
Ma istotną motywację, by szukać optymalnych zachowań stada i bezpieczeństwa.
Ona oczywiście mnie widzi. Co możemy zrobić w takiej sytuacji?
Powiem co ja robię.
Stoję nieruchomo najdłużej jak się da i nigdy nie ruszam za nimi, nawet gdy wiem, że przeprowadziła już całe stado.
 Gdy ostatnia, zamykająca korowód łania przejdzie na drugą stronę, staram się jedynie zorientować w którą pójdą stronę. Staram się przewidzieć gdzie będę miał szansę je spotkać po raz kolejny.
Ta strategia wiąże się z ryzykiem pomyłki i niespotkania ich po raz drugi ale ma poważne zalety.
Stado odchodzi niespłoszone, więc jakby co najprawdopodobniej powtórzy tę trasę dzień później.
Pójście bezpośrednio za nimi to w zasadzie pewnik, że je spłoszymy. Łania świeżo po stwierdzeniu naszej obecności jeszcze bardzo długo będzie wyjątkowo czujna.
Będzie pozostawała i oglądała się za siebie z takiego miejsce, że nie mamy szans jej zauważyć.
Tę taktykę mają opracowaną do perfekcji.
Gdy pozwoli się im odejść, po jakimś czasie "stygną" w emocjach i wracają do spokojnego przemarszu.
Ja w tym czasie zataczam szerokim łukiem półokrąg by nasze drogi gdzieś daleko dalej powtórnie się przecięły.
Tak było i tym razem.
Pokonałem około trzech kilometrów lasem, by na kolejnym przejściu zauważyć znaną nam już licówkę.

 Wiedziałem, że będą kolejne.


 Nie pomyliłem się, choć niestety lekko spóźniłem. Powinienem być dwadzieścia metrów bliżej.
Trudno. Dzięki temu miałem pewność, że mnie nie zniuchają.

 Szły ...


 i szły ...


 i momentami było naprawdę gęsto.


 Tu świetnie widać jak jedna z mam czeka na swoje dziecko.


 Inne idą, a ona wciąż czeka w prześwicie.


 Leci gnojek! :)


Korowód zamyka łania, która nie prowadzi młodego, co nie zmienia faktu, że o tej porze roku jest niemal na pewno cielna.

Takie o to sympatyczne obserwacje mi się przytrafiły.
To był ostatni zimny dzień i niestety ... niestety nie wszystkim pięknotom udało się przetrwać tę zimę.

No ale takie są prawa natury.  W naszej strefie klimatycznej, zima jest jednym z czynników naturalnej selekcji i zbiera swoje żniwo. Oczywiście szkoda, że trafiło na mysikrólika, dzielnego maluszka, najmniejszego ptaka Europy, który mimo kruchego ciałka postanawia zostać u nas na zimę i mierzyć się z nią. Być może był chory, więc jeżeli to wirusówka albo pasożyt, to jego śmierć jest i tak najlepszym rozwiązaniem dla jego gatunku.

Ten raniuszek miał się za to wyśmienicie!
 Ogrom satysfakcji! Kolejny raz udało mi się :)


Skoro jesteśmy przy zimowych ptakach, pokażę od razu co jeszcze udało mi się tego dnia zaobserwować.

 Myszołów zwyczajny - wiadomo, całoroczny strażnik terenów otwartych i półotwartych.
W przeciwieństwie do jastrzębia, którego krótsze skrzydła i dłuższe sterówki powoduję niebywałą zwrotność, tym samym umiejętność polowania w lesie, myszołów preferuje kołowanie nad polami i polankami. Oczywiście ma świetny wzrok. Mysz dostrzega z odległości uwaga ... 800 metrów!

 Samiczka gila, niebywale ozdobnego gatunku tej pory roku.


 No i sam "krasawiec"


 Ze śniegiem na dziobie :)


Coraz lepiej poczynające sobie kwiczoły. Gatunek z rodziny drozdowatych, który zaskakuje mnie coraz bardziej swoim tupetem i odwagą do zajmowania kolejnych siedlisk.




poniedziałek, 22 stycznia 2018

Historia pewnego zdjęcia!

Obserwując to co wczoraj wydarzyło się na Fb wokół tego zdjęcia, postanowiłem coś o nim napisać.

Przede wszystkim bohater - Mysikrólik, najmniejszy ptak Europy! To niebywale urokliwe ale i wyjątkowo dzielne stworzonko zmaga się z zimą w środku lasu i nie pęka!
Zważywszy na fakt, że jego waga mieści się w przedziale 4,5 do 7 gram, przyznacie, jest się nad czym zastanowić.
Jeżeli to jeszcze nie obudziło Waszego zaskoczenia, podpowiem, że popularna sikora bogatka waży do 30 gram!!!
No, teraz już wiadomo z jakim maleństwem zmagałem się robiąc tą fotę :)


Teraz wyobraźcie sobie, że jestem po ok. 10 kilometrach po śniegu, stoję z nie najlżejszym aparatem trzymanym pionowo nad głową i staram się uchwycić to żywe sreberko, które porusza się niczym owad. Niczym popierniczony owad! Dotyczy to również szybkości poruszania skrzydłami :)))
Niezastąpiona WIKI podaje - "Mimo niewielkich rozmiarów jest bardzo ruchliwy ..."
To określenie "bardzo ruchliwy" osoby, które tego nie obserwowały, może wprowadzić w błąd ... on jest mega-super-nieokiełznanie bardzo ruchliwy!

No i teraz smaczek:

Publikuję szczegóły właściwości tego zdjęcia, aby udokumentować czas, w jakim rozegrała się ta scena - 1/1250 sekundy! To nie to samo, co fotografowanie stojącego zwierzęcia. W przypadku lecącego mysikrólika 1/1250 sekundy później czy wcześniej, powodowałby zupełnie inne zdjęcie. :)
Dodam, że nie używam opcji zdjęć seryjnych, dla każdej klatki naciskam spust migawki!

I na koniec żeby było jasne - zrobienie tego zdjęcia jest pochodną niewiarygodnego szczęścia!
Nie mam z tym za wiele wspólnego, pomijając fakt, że byłem tam i że starałem się go w ogóle sfotografować. To, że akurat zerwał się z gałązki, że jakimś cudem zdążyłem nacisnąć spust migawki i że akurat miał rozprostowane skrzydełka i znalazł się jedynym możliwym prześwicie i że widać igiełki przez prześwitujące piórka - to wszystko nie moja zasługa - SZCZĘŚCIE i tylko SZCZĘŚCIE!

Pozostaję niezmiernie wdzięczny, że las obdarzył mnie taką milisekundą okoliczności i pozwolił to uwiecznić :)
Doceniam tym bardziej, że tego samego dnia starałem się zdążyć "uchwycić" w kadr biegnące jelenie, tak, by je "złapać" między pniami sosen ... mimo tego, że biegły tysiąc razy wolniej niż startujący mysikrólik, niż czas wyprostu jego skrzydeł, nie zdążyłem :)))
Jak widać to był dzień na tego ptaszka!
Wszystkim dziękuję za wczorajsze komentarze, były wyjątkowe ... jak przyroda! :)

środa, 25 stycznia 2017

Zjawisko!

Niezawodna Wiki tak tłumaczy termin "zjawisko":

Zjawisko, fenomen (gr. phainomenon obserwowany) – pojęcie filozoficzne oznaczające to, co dane jest w poznaniu zmysłowym, a więc obrazy, dźwięki, zapachy, smaki itd.

"W poznaniu zmysłowym"  ... urocze!

Moje zmysły w minioną sobotę miały niewątpliwą przyjemność obserwować jeden z cudów lasu.
Otóż po ponurym i chłodnym poranku, bynajmniej nie wbrew oczekiwaniom, nadeszło południe.
Południe, nawet przy pochmurnym niebie, jest nieco jaśniejsze i z pewnością nieco cieplejsze niż dnia początek.
Przykryty zmarzniętym śniegiem podszyt lasu otrzymał wystarczająca dawkę energii, by zaszło to co zaszło.
Kryształki lodu sublimowały przechodząc bezpośrednio ze stanu stałego w gazowy. Uwalniane cząstki wody, dzięki ulokowanej w nich energii, podnosiły się niespiesznie do góry tworząc coś jakby mglistą kotarę. Ilość ciepła była jednak ograniczona. Wystarczała wprawdzie na oderwanie się drobinek wody od podłoża, lecz ostatecznie energii było zbyt mało, by poszybowały wyżej.
Unosząca się warstwa została zatrzymana na określonej wysokości i to było przepiękne!

Pierwsze zdjęcia poświęcam temu zjawisku i prezentuję Wam je z ogromną przyjemnością. 





 Na zdjęciu powyżej niesamowity fragment lasu z daglezjami w pierwszym planie. Wiem, gatunek obcy, ale jakże piękny! Kora starej daglezji nie ma sobie równych wśród drzew iglastych.
Z czasem im starsze drzewo, tym więcej pojawia się nieprawdopodobnych pomarańczowych przebarwień w zagłębieniach kory. Przy tym świetle tego akurat nie widać. Szkoda. Wrócę tu specjalnie dla Was w słoneczną pogodę.
p.s.
często tu bywam, to jeden z moich bardziej ulubionych fragmentów Puszczy :)

A co poza tym się działo?
Ano jak zwykle coś tam coś tam ;)

Modraszki, czarnogłówki i bogatki zawzięcie przeczesywały hektary młodników w poszukiwaniu smakowitości ukrytych w zahibernowanych pączkach drzew. Tu konkretnie dobiera się do modrzewia pogrążonego w zimowym śnie.


Mysikróliki w najciemniejszych zakamarkach podszytu pieczołowicie szukały swoich delicji.

Niestety przy tej ilości światła lepiej uwiecznić tych drobin nie udało się.

Gdzieś na granicy starego lasu i śródleśnej polany żerował stary lis.
Znamy się i spotykamy już trzeci rok.

Nie ma siły, tę damę też już pewnie kilka razy spotykałem. To jej rewir i ... mój ;)

Nałaziłem się nałaziłem, aż w pewnym momencie dochodzę do leśnej polanki i cóż widzę?

Takie oto ... zjawisko!

 A było tyle łazić?
Jelenie po prostu były przy wyłożonej karmie. To wyglądało jak jakiś żart! W nogach miałem kilkanaście kilosów! @*%#!%)#)!#
... życie ;)



Gdy do lotu poderwał się stary kruk, miałem wrażenie, że próbuje w szponach unieść całą kulę ziemską!
Na szczęście zaniechał, bo gdyby mu się udało, to ... gdzie by  usiadł, gdzie by żerował? ;)






piątek, 6 stycznia 2017

Inauguracja 2017

2017-sty czas zacząć. I tak mam wrażenie, że się nieco spóźniam ale życie dyktuje warunki, jam jest tylko sługą.
Minus piętnaście. Nie żebym uważał, że to problem, uwielbiam taką pogodę, ale kilka dni temu było plus osiem! Ponad dwadzieścia stopni różnicy. To tak jakbym w lipcu poleciał na Lofoty :)

Dzień budził się pięknie. Paradoks jest taki, że jelenie widziałem dziś dwa razy. Raz po drodze w stronę lasu i drugi gdy z niego wyjeżdżałem.



 I jak go nie kochać ... lasu tego? No jak?



Chodziłem, a iściu memu towarzyszyło okrutaśnie skrzypienie zmrożonych śnieżynek brutalnie gniecionych butami. O podejściu czegokolwiek nie mogło być mowy. Słychać mnie było chyba z kilometra.

Przez las przeszły wilki.

Nie dziwi więc, że spotkanie jeleni choćby z tego powodu było trudne.

Na szczęście ptaszynom nie przeszkadzało tak bardzo ani skrzypienie śniegu ani obecność wilków.

 Raniuszki dziś najadły się chyba szaleju. Większość prób sfotografowania ich nie przynosiła oczekiwanych rezultatów.

 Z mysikrólikami wcale nie było łatwiej.






Sikora sosnówka ignorancko zaprezentowała plecy.

Po chwili wykonała jakieś śmigło. :)

 Na szczęście paszkotowi nie chciało się latać w takim mrozie. Wygrzewał się w słońcu i pozwolił mi w miarę blisko podejść.

Łabędź na ... krawędzi ;)