Właśnie obliczyłem, że od czasu założenia bloga, pokonałem niemal 2 tysiące kilometrów po leśnych bezdrożach. Tak łażę i łażę i różne rzeczy widzę. Najczęściej dzielę się z Wami tym, co mnie samego najbardziej interesuje, czyli esencją lasu, zwierzętami. Często jednak wracając z kolejnej i kolejnej wyprawy, pochylam się nad jakimś chaszczem i fotografuję przedstawicieli "mniejszego świata". Zwykle, kiedy już w domu, powiększam sobie zdjęcia owadów, myślę o tym, jak bardzo są konstrukcyjnie skomplikowane. Ich budowa w każdym detalu zdradza przystosowanie do stylu życia. Imponujące. Nie jestem specjalistą w oznaczaniu owadzich gatunków, choć staram się samodzielnie ustalić kto zacz. Dziś jednak, oddalając się od systematyki, pragnę pokazać, że owady są niezmiernie ciekawymi obiektami do fotografowania. Szczerze zachęcam do prób. Nie zawsze jest łatwo, bo wiatr szarpnął trzciną, bo obiekt odleciał, bo usiadł w cieniu, czy też to, co mnie zawsze zaskakuje, że użyły zmysłów by wykryć mnie wcześniej i uciec. Jak dziki, Panie, jak dziki! :)
Piękny, skomplikowany i zupełnie inny świat w mikroskali. Nasz system wartości, odległości i świadomość przestrzeni, dla wielu z nich to kompletna abstrakcja. Swoją drogą, widząc w podczerwieni widzą otoczenie w sposób dla nas niedostępny. Ciekawe które widzenie jest właściwsze. Skoro wszystko jest falą elektromagnetyczną, rodzajem energii, to może nasz mózg oszukuje tworząc interpretacje wg niepojętego algorytmu, a owady widzą ... prawdę? Zawsze towarzyszą mi jakieś dziwne wątpliwości, bo nie uważam, że nasz gatunek ma jedyną słuszną wykładnię do oceny wszystkiego.
Ta ważka żółta, tak chwyciła trawę, jakby chciała mi coś powiedzieć o ... nieskończoności :)