W zagajniku, co poprawia mi nastrój, trafiam na łanię z cielakiem. Zagajnik jest ciemny i dzień również w ciemnej, początkowej fazie. Z trudem utrwalam widok, ale cieszę się, bo coś już jest na matrycy.
Dotarłem do czatowni. Zalegam na mościsku utworzonym ze świerkowych gałązek. W międzyczasie dzień się wypogodził, mglistość przegrała na rzecz nieśmiałego słońca wychylającego się co i rusz spoza chmur. W pewnej chwili, na pobliskiej ambonie usiadł jednocześnie dzięcioł zielony i zielonosiwy. Wprawdzie byłem nieco zbyt daleko na superfocie, ale zjawisko wydało mi się interesujące. Oba zajmowały się przeglądem stanu technicznego konstrukcji. Ostukiwały papę, sprawdzały gwoździe, byłem pod wrażeniem staranności tego serwisu. Miałem wrażenie, że to, iż ambona robiła za puszkę rezonansową, ekscytował te dwa dzięcioły, bo hałasowały zapamiętale przez dłuższy okres czasu. Po dwóch godzinach wylegiwania się, postanowiłem udać się w głąb puszczy. Klasyczne negocjacje ze stawami ... zimno! Po trudnym rozruchu, spotkałem jelenie, konkretnie łanię z cielakiem, jelonkiem. Uwielbiam te stworzenia. Szczególnie lubię się przyglądać, gdy spokojnie pasą się na śródleśnej polanie, tak jak te właśnie. Dwieście metrów dalej, po wyjściu na polanę, zdążyłem uwiecznić obserwującego mnie lisa. Miałem wrażenie, że zastanawia się czy da radę zrobić ze mnie obiad! Gdy ponownie wszedłem do ciemnego lasu, otoczyły mnie raniuszki, czyli jak je nazywam, ptaszki z waty. Mimo genialnego, bardzo jasnego obiektywu, przy tej ilości światła i torpedowej dynamice tych maleństw, nie udało mi się zrobić lepszych zdjęć. Efekty moich zmagań poniżej. Może i nieco szaro-buro, ale za to różnorodnie! :)
