sobota, 7 marca 2015

amator to komplement!

Można powiedzieć, że dziś świtu nie było. Dzień obudził się wprawdzie ciepły, ale mokry. Las był osnuty oparami parującego śniegu. Nie dość, że pochmurno, ciemno, to jeszcze watowata wilgoć. Oczywiście dla mnie specjalnego znaczenia to nie ma, ale trudno powiedzieć, że to był wymarzony poranek. Przynajmniej z fotograficznego punktu widzenia. Jakby tego było mało, wybrałem się do lasu nieużywanego, który nawet w słoneczny dzień jest mroczny i taki jakiś ... niezachęcający. To co mnie do niego przekonuje, to ponad staystyczna ilość zwierzyny. Gdy tylko dotarłem do pierwszej miejscówki, przywitał mnie taki widok.


To zdjęcie świetnie oddaje warunki, jakie dziś witały mnie w lesie. Inhalacja! Rekompensatą jednak okazał się widok dzika, który ocieplił mnie w sekundę. Od czasu "Belzebuba" (kto czytał ten post, ten wie) nie spotkałem dzika. Już miałem za nim ruszyć, gdy usłyszałem trzask łamanej gałązki. Wiedziałem, że nadchodzi spora chmara jeleni. Czułem, że wyjdą prosto na mnie! Ustawiłem aparat i żałując, że ciągle jest ciemno, czekałem. Moim oczom ukazała się licówka - łania porwadząca. Wiem, że jest czujniejsza od harcerza na warcie, a jednak coś mnie podkusiło, by nieco się wychylić zza krzaka ...
Szlag by to trafił, zachowałem się jak amator, a nawet gorzej! Określenie amator muszę przyjąć jako komplement - spłoszyłem je! Gdybym nic nie robił, cała chmara przedefilowałaby przede mną, w odległości 10 metrów!!! Eeeeech ... Na pamiątkę zostały mi te zdjęcia.



Na pierwszym zdjęciu łania jest bardzo blisko mnie. Oceńcie sami jakie były warunki! Na drugim efekt mojej amatorszczyzny - spłoszona chmara. Razem było ich ponad dwadzieścia osobników.

Ponieważ cała akcja trwała 2-3 minuty, postanowiłem podejść widzianego przed chwilą dzika. Bardzo mi zależało na sukcesie, więc szedłem ostrożnie jak nigdy dotąd. W lesie panowała idealna cisza, musiałem się bardzo starać. Wiedziałem, że znajdę go przy świerkowym młodniku. Muszę przyznać, że przechodzenie wzdłuż dzikowego matecznika w minimalnej odległości na odcinku 50-ciu metrów to próba nerwów. Nie żebym się bał, w życiu! Ale nawet dla mnie ta sytuacja jest lekko dyskomfortowa. Ciemnawo, wilgotnawo, samotnie. Ot wybrał se chłop pasję:)
Gdy tylko wyjrzałem za róg młodnika, zobaczyłem coś takiego.

W tej ciemnicy autofokus nijak nie chciał współpracować, a ja nie mogłem ruszać ręką, bo odległość była obscenicznie niewielka. Mi w każdym bądź razie to zdjęcie się podoba. W zasadzie, w tych warunkach, sam widziałem tak, jak zobaczył to aparat.
Musiałem zaczekać aż dziki wejdą głębiej w gęstwinę. Tym razem się udało, weszły. Powolutku, kucając co chwila i sprawdzając czy nie włażę im na tyłki, podchodziłem coraz bliżej. Gdy skończyła się druga ściana młodnika, ujrzałem taką scenę.




Były bardzo zajęte plądrowaniem ściółki, więc fotografowałem je bezkarnie. Super sceneria bałaganiarskiego lasu dodała smaczku zdjęciom. Ruch powietrza momentami przeganiał śniegowe opary, więc mimo panującego półmroku, coś tam udało się sfotografować. Niestety ISO musiałem ustawić na wartość 2000! Inaczej nic by z tego nie wyszło.

Po tej przygodzie, przerzuciłem się w zupełnie inne miejsce. W międzyczasie jakby przejaśniało, więc pragnę pokazać w jak pięknych okolicznościach przyrody zdarza mi się bywać.


Zawsze chciałem Wam to miejsce pokazać, ale czekałem, aż coś się pojawi w prześwicie. Dziękuję sarenko. Takimi bezdrożami chadzam najczęściej.

Po chwili dotarłem do jednej z moich faworyzowanych czatowni. Warto było zasiąść na chwilę.
W pierwszej kolejności moją konstrukcję odwiedziła sikora sosnówka, brakowało mi jej w portfolio. Przyniosła mi sporo satysfakcji, bowiem dała się sfotografować w pierwszej fazie startu do lotu. Super.


Po chwili odwiedziła mnie stara znajoma - bogatka. Jestem dumny jak atrakcyjna dla ptasząt i fotogeniczna okazuje się moja konstrukcja :)


Na deser pokazał się Jegomość Pan i Władca Mordoru - Kruk!


W ten dzień włożyłem ogromny wysiłek, ale otrzymałem znacznie większą satysfakcję. Natura jest WIELKA!

piątek, 6 marca 2015

nie las!

Dziś przed świtem i w jego okolicach łaziłem po otwartym terenie niedaleko Olsztyna. Zatem po nie-lesie, bowiem jak wiemy, w mojej systematyce istnieją tylko dwa rodzaje środowiska: las i nie-las. I gdy tak sobie chadzałem po nie-lesie, zaskakiwały mnie różne okoliczności przyrody. A to zerwało się stadko czajek, a to klucz gęsi przeleciał w oddali, a to coś tam, a to coś tam. 
Okolice po których się przemieszczałem leniwie kontemplując resztki odchodzącej (niestety) zimy, wyglądały pięknie w świetle budzącego się dnia. Nie powstrzymam się jednak i parafrazując określenie nie-las, stwierdzam, że tegoroczna zima była taką zimą - nie zimą.
Docierały do mnie różne wartości światła, które za pośrednictwem oczu zostały zamienione na impulsy elektryczne i na ich podstawie mój mózg, wykorzystując nieznany mi bliżej algorytm, wyświetlił to w takiej mniej więcej postaci. Moja świadomość otrzymała wprawdzie te obrazy z pewnym opóźnieniem, ale jeżeli tam gdzie byłem, jest tak jak na tych zdjęciach, to cieszę się, że miło spędziłem początek dnia;)





W pewnym momencie usłyszałem charakterystyczny świst łabędzich skrzydeł. Automatycznie zadarłem "OLKA" do góry i trach! Tak powstała fota, którą wypada nazwać "białe na białym"



Z daleka myślałem, że widzę wytęsknionego dzika, "darłem w bagna" jak oszalały. Całe szczęście grunt jest jeszcze nieco zmrożony, bo utknąłbym w tym torfie na dłużej :) Na miejscu okazało się, że to poczciwe sarenki. Były tak zajęte jedzeniem, że stojąc z opuszczonymi główkami, stworzyły iluzję dziczego stadka. No nic, jak już dobrnąłem, należało coś z tym zrobić.




Ponieważ miałem jeszcze chwilę czasu, musiałem wybierać, albo do lasu, albo do drących się żurawi. Wybrałem las ... oczywiście!
W miejscu, w którym wczoraj spotkałem jelenie, dziś ponownie doszło do sesji.
W ramach onej powstał awers i ...
 ... rewers uroczej łani :)

czwartek, 5 marca 2015

pora obfitości!

Sądzę, że dziś większość "fotoprzyrodników" przywitała świt w terenie. Ogromne, leniwe płaty śniegu są niezwykle fotogeniczne. Ja wyruszyłem nieco wcześniej, bowiem zimy mam niedostatek. Dlaczego zapytacie? Dlatego, że na tzw. "białej stopie" jak mawiają myśliwi, las czyta się jak księgę. Dziś spadł świeżutki śnieg. Dla mnie to raj na ziemi, a zima tego roku poskąpiła takich dni. Dzięki temu, że w terenie byłem już o 5.30, i  że było biało, będę mógł Wam pokazać, kiedy to wszystko się dzieje, te migracje, powolne przemarsze, nocne obserwacje. Bez śniegu zdjęcia o tej porze dnia są oczywiście niewykonalne. Zdecydowana większość zdjęć powstała przed wschodem słońca, a jedynym źródłem światła był śnieg. Wydaje mi się jednak, że te nocne zdjęcia mają swój urok. Momentami czułość matrycy ustawiałem na ISO 10 000!!! Mój "Olek" daje radę! Na początek fotka ze środka lasu dla Tych, co nie wstali :)


Ale wróćmy do chronologii. Pierwsze spotkanie było nie dość, że po omacku, to jeszcze w trakcie intensywnego opadu śniegu. Zdjęcia w pełni oddają nastrój tej chwili. Jelenie przesuwały się niczym duchy, a ich sylwetki zdawały się rozpuszczać w półmroku i śnieżycy.


 

Ta obserwacja trwała około piętnastu minut, po czym z radością stwierdziłem, że one skręcają w moją stronę, by przejść przez drogę. To była niespodzianka, absolutny prezent.

 Chmara była ogromna, więc one szły ...

 ... i szły ...


 ... i szły ...

 ... i szły ...

i końca nie było widać. Było ich ponad 60 sztuk! Piękna chmara. Jak widać były łanie, cielaki, szpicaki i młode byki, ósmaki i dziesiątaki.

Podjechałem kawałek dalej zobaczyć co się dzieje na rzepakach i proszę jaki piękny rudel! Jak w komunie! :) Saren było znaczenie więcej, ale mój obiektyw nie obejmuje szerszego kąta.


 Tą złapałem jeszcze w ciemnościach.

A te chwilę później, jednak nie miałem dziś serca do podchodzenia sarenek. Było ich sporo, ale mój cel był inny.

Widziałem, w którym miejscu jelenie weszły do lasu i miałem chrapkę na podejście ich w gąszczu roślin. Dzień stawał się nieco jaśniejszy, więc rosły szanse na "normalniejszą fotkę". Miejsce, o którym mówię, to opisywany przeze mnie ostatnio las nieużywany. Szczęśliwie byłem po rekonesansie, więc zakładałem, że wiem gdzie powinienem się udać. Nie pomyliłem się - były! W pierwszej chwili zobaczyłem jedynie uszy leżącej łani. Ukryta w gąszczu młodnika odpoczywała po śniadaniu.
W następnym momencie zauważyłem, że jest z cielakiem! Super! Po chwili ze ściany gęsto rosnących drzewek wyszedł szpicak. Co za radość. Miałem co chciałem. Świetny, cudowny poranek. Warto było wstać nieco wcześniej :)





Długo tak stał i przyglądając mi się, starał się zrozumieć na co patrzy. Byłem jednak spokojny o brak wniosków z jego strony, moje maskowanie na tą pogodę i takie właśnie miejsce jest wprost idealne!

wtorek, 3 marca 2015

POSTniedzielne continuum ...

  No nie dało się tej pysznej niedzieli zmieścić w jednym wpisie. W pierwszej jednak kolejności wstawiam zdjęcie ze wspomnianego wcześniej lasu nieużywanego. Zdjęcie zrobione w "przedwschodowych ciemnościach", więc zwierzyna na fotce ... rusza się ;) I tak nie jest źle, bo ciemno było naprawdę. Chmara był bardzo liczna, około 35-40 sztuk, ale las jest tak zakrzaCZAROWANY, że trudno było to uwiecznić, zwłaszcza długim szkłem. Ja tam jeszcze wrócę!


Po okrutnym się upierniczeniu w chaszczach wspomnianego lasu, przerzuciłem się na "swoje" tereny.
Słońce, jasność i widność zmieniły aurę dnia. Na dzień dobry w lesie powitały mnie raniuszki. To bardzo piękne i równie dynamiczne perełki.

Zdjęcie poniżej całkowicie oddaje szanse, jakie daje mi ten mały "krejzolek" przy ISO 500! Jest jednak w tej focie sporo prawdy o gatunku i dlatego ją pokazuję. To jedno z najlepszych z moich najgorszych zdjęć. Ale uznałem, że jest coś w tej nieostrości, o fajnej kolorystyce kadru nie wspominając. No! I niech ktoś teraz skrytykuje tę "zwałę" :)))

Nieustająco cieszy mnie moja konstrukcja do focenia mikroptiszek i cypidrylków, więc z wykorzystaniem sikory chwalę się raczej tłem.
 
No i na deser, a dla mnie na danie główne, największa niedzielna niespodzianka! Żeby nie przypisywać sobie zbyt wielu zasług, powiem uczciwie jak było. One, te jelenie, wyszły mi same na obiektyw i to w jakiej sprzyjającej okoliczności! Otóż siedzę ja sobie w czatowni, wsłuchuję się w godowe odgłosy myszaków kołujących nade mną i leniwie patrzę w otwór wizyjny szałasu. Ze ściany lasu wychodzą brunatne sylwetki jeleni, ale mój rozanielony chwilą, słonecznym dniem i bezczynnością mózg, potrzebował chwili, by właściwie zrozumieć co się dzieje. Zupełnie bezkarnie "wychynąłem za ściankę czatowni" i robiłem co chciałem, czyli zdjęcia. Oświetlona słońcem chmara była przepiękna, a sceneria polany pozrębowej zamkniętej ścianą lasu dopełniła reszty wrażeń. Byłem w siódmym niebie.

 

Łania z cielakiem sfotografowana w innej scenerii i w innym czasie jest właściwym zwieńczeniem łikendowych spotkań.

niedziela, 1 marca 2015

zanim ...

No właśnie, rzadko, ale szczęśliwie tak się zdarza, że zanim na dobre dotrę do lasu, zanim osiągnę jakikolwiek zamierzony cel wyprawy, zanim na dobre ustawię aparat, wydarzy się coś, co w zasadzie daje mi materiał na kolejny post. Tak było dziś. Taki scenariusz ma tę ogromną zaletę, że pozostała część dnia, czyli cały dzień, mija bez napięć i zbytnich oczekiwań. A to powoduje, że zwykle dzieje się więcej niż zwykle. Piękna niedziela, którą jednak przekażę Wam na raty, bo nie chciałbym rezygnować z obszerniejszego zaprezentowania np. tego pięknego rudelka. Rudel o tyle ciekawy, że są w nim trzy koziołki. Trzeci to zupełny młodzieniaszek z ledwo wystającymi guzkami scypułu, drugi średniak, ale najstarszy nałoży piękny oręż w tym sezonie. Zima była słaba, więc jak widać, kondycja saren jest imponująca. Najstarszy kozioł wyciera już zimową suknię, wiosna nadeszła!
Scypuł - fenomenalna, delikatna, jednocześnie silnie ukrwiona tkanka skórna, która odżywia rosnące poroże jeleniowatych, w tym tych koziołków. Po zakończeniu wzrostu scypuł obumiera, a właściciel nowego oręża, wyciera swędzącą tkankę o gałęzie, krzaki, ziemię ...o cokolwiek. Od gatunku roślin, o które samiec wyciera poroże, zależy późniejsze wybarwienie parostków. To krew, żywice, soki roślin, ziemia i kora roślin koloryzuje je.
Barwa parostków tych koziołków będzie zatem albo słomkowa, albo brązowa, albo nawet brunatna.
Można czasami zaobserwować koziołka z uszkodzonym scypułem. Krwawi wówczas obficie. Te na szczęście są całe.

Pierwszy widok, który zobaczyłem, rozbawił mnie, a wyglądało to mniej więcej tak:


Podchodząc do tego koziołka, mimo tego, że natychmiast zauważyłem kolejną parę uszu, nie miałem pojęcia, że za tą krzywizną terenu schował się cały rudel! Gdy opuściły bezpieczny dołek, ujrzałem coś takiego:


Po chwili zatrzymały się i bacznie obserwowały okolice. Nie ma obaw, mimo tego, że patrzyły w moją stronę, nie udało im się mnie zidentyfikować :)


Bezpieczeństwo ponad wszystko!

Poniżej przedstawiciele dwóch pokoleń koziołków :)

Ktoś musi czuwać, by jeść mógł ktoś ...




To będzie piękny oręż.