wtorek, 17 marca 2015

przed pracą też można ...

Szybki wyskok na świt niespecjalnie mi się udał. W lesie byłem o 4.30, oczywiście rano! Ciemno jak w komunie w czasie akcji oszczędzania energii. Młodzieży przypomnę lub uświadomię, że w latach stanu wojennego, nasz rząd był niezwykle przejęty ekonomią kraju i energetyką. Co jakiś czas, zwykle, gdy w planie był jakiś fajny film zachodniej produkcji, wyłączano prąd ... całkowicie!
Dziś oszczędzanie energii nazywa się zrównoważonym rozwojem w ramach odpowiedzialności społecznej. Komuna, co by nie mówić, w tym wypadku mocno wyprzedziła epokę. Mało odpowiedzialne to było jedynie dla ludzi, którzy w tym czasie utknęli w windzie. Ale i z tym rząd sobie genialnie poradził, wprowadzili wyłączenia ostrzegawcze, poprzedzające zasadnicze wyłączenie - na 3 minuty. Po tym czasie ludziska w panice opuszczali wszystko co na prąd, w tym rzeczone windy, bo za moment "off" trwał 3 godziny! Trzeba przyznać, że przyrost naturalny poprawił się wówczas. Szkoda tylko, że dzieciaki wówczas poczęte, pracują na PKB Anglii i innych krajów, nie Polski.
Ale o czym to ja miałem ... i czemu ta dygresja??? Aaaaa ... ciemno! No właśnie:))) Ciemno było gdy szedłem przez las i w pewnym momencie usłyszałem głuche uderzenia racic spłoszonego jelenia. Szkoda, że było tak ciemno. Wykolałem oko, czy co tam z nim robiłem i nic. Nieco przejaśniało gdy dotarłem na polankę. Niestety i tym razem ujrzałem tylko dzicze tyłki. Szkoda, bo to były cztery piękne, ogromne sztuki. Gdy wstałem z trawy, zerwał się żuraw, który siedział 10 metrów za mną! Coś niesamowitego, jak cicho podszedł. Albo ja, albo focus zwariował, nijak nie chciało się to wydarzenie wyostrzyć.
Dobrze, że nikt mnie wtedy nie słyszał :))) Wychodząc z lasu udało mi się ( w końcu coś) podejść rudelek sarenek. Dziś, w porannym słońcu, słowo rudel zyskało nowe znaczenie. Rude w rudym, tak mogę nazwać to zdjęcie. Potem już moje foto-ambicje ratowały ptiszki, mikorptiszki i cypidrylki ... chociaż to.

Gdy byłem w okolicach Stawigudy, wyglądało to mniej więcej tak ...

Natomiast gdy dotarłem do ściany lasu, wyglądało to mniej więcej tak. Powiało optymizmem, nie ma co :))









hej ...

hop!

 i heeeejjjj ...


hoooopppp !!!

poniedziałek, 16 marca 2015

po prostu jaja!

Dajcie spokój, cały weekend tłukłem się po lasach dla kilku wątpliwych fotek, odpękałem kilka godzin w czatowni i w ogóle, do tego jeszcze szaruga, wiatr i zimno. Dziś uczciwie pracowałem, potem uczciwie się przejadłem, tym bardziej ochoczo przystałem na propozycję żony, by pójść na spacer. Słoneczne popołudnie, trzy kilometry od Olsztyna i jedno licho wie, jakie mógłbym zrobić zdjęcia gdyby nie mój "walnięty pies" czyli gończy słowacki, który jako rasa został genetycznie obciążony nadmierną skłonnością do galopowania połączonego z hałaśliwym szczekaniem. I tak jestem w szoku, że udało się uwiecznić to co pokazuję. Z drugiej strony, zawdzięczam psu zrobienie zdjęć z pewnej odległości od obiektów, a tym razem zachodzące słońce pięknie podkolorowało atrakcyjne plany kadrów. W zasadzie dotarło do mnie, że czasami nie warto podchodzić bliżej i bliżej.


To mój etatowy zakłócacz plenerowy! Jest słodki i mądry, ale genów gończaka oszukać się nie da :)

Jak widać sarny wypasały się razem z żurawiami.


Były więc żurawie ...


 i ludzie i żurawie ...


 i sarny w lasku ...


 i zając w rzepaku ...


  i rudel na innym polu ...


 i malownicze drugie plany ...


 A tu ciekawe dwa kadry. Porównajcie układ kończyn na obu zdjęciach. Nie dość, że skrajne sarny na obu zdjęciach są w identycznej fazie biegu, to zamieniają się rolą ze środkową sarną :)


Dodatkowo te dwa zdjęcia są jednoznacznym i ostatecznym dowodem, że Ziemia jest okrągła :)

niedziela, 15 marca 2015

sarna, niemy i leżące drzewa.

Przede wszystkim to dziś miało być słońce! Dziękuję, dwa dni ŁykEndu w chmurach. Pierwsze kroki skierowałem, nie wiedzieć czemu, w stronę czatowni. Decyzję podjąłem wbrew wszelkiej logice i takiż był efekt mojej nasiadówki. Jedyna sytuacja, która mnie szczerze rozbawiła, to moment, w którym złożyło się pode mną krzesełko. Fiknąłem koziołka do tyłu i gdy sobie wyobraziłem jak to musiało wyglądać z zewnątrz czatowni, bo z pewnością się zatrzęsła, to sam się do siebie śmiałem. Szczęśliwie aparat stał odstawiony, bezpiecznie oparty o świerk. W drodze do czatowni miałem jednak szczęście fotografować młodego koziołka w przecudnych okolicznościach przyrody.



Chwilę później miałem znacznie mniej szczęścia ... mała chmara z byczkiem nie dała się sfotografować w akceptowalny sposób. Ale co widziałem, to moje :)


Postanowiłem zrobić coś radykalnego, więc zmieniłem miejsce. Pojechałem do rezerwatu Las Warmiński. Jestem pewny, że nie musiałem tego pisać, bo to bodaj najczęściej odwiedzane miejsce przez foto-turystów. Nie miałem dziś ochoty na dziki las i wielkie łowy, ponieważ kolejny pochmurny dzień pozbawił mnie takich zapałów. Udałem się nad wodę, zabagniam się zatem, ale tłumaczy mnie nieco fakt, że Ustrych jest śródleśnym jeziorem. Były tracze, były gągoły, były nieme. Ptactwo wodne odpuściłem jednak i zrobiłem kilka bezsłonecznych kadrów.

To miejsce zna prawdopodobnie każdy :) Ja pierwszy raz trafiłem tu jako nastolatek.


podziały ... proste podziały kadru złamane jedynie lecącymi gągołami.

niemo kapiące dzioby ...

raj dla zimorodków!

las mangrowy ;)

ten gatunek mchu świeci nawet w pochmurne dni.




 

sobota, 14 marca 2015

dzień bez fonii ...

Post miał mieć tytuł "niemy dzień", ale bohaterami odcinka są łabędzie krzykliwe, więc to nawiązanie do łabędzi niemych wprowadzało mi tu jakiś zamęt. Pozostał zatem "dzień bez fonii" Nie wiem za jaką to przyczyną, ale spodziewam się, że zrobił to silny wschodni wiatr, nic co żywe, nie wydawało dziś głosu. Żurawie nie żurawiły, kruki nie kruczały, czajki nie czaiły, nawet myszołowy nie mysiły! Ba, sójki nie sójczyły! Doszedłem do raczej słusznego wniosku, że nasze stworzenia też nie lubią gdy cokolwiek zawiewa od wschodu! Złaziłem się dziś jak bura suka szukająca okazji do sam nie wiem czego. Kolejne kilometry przychodziły mi z najwyższym trudem, być może z powodu wczorajszej 50-ki kumpla - snu było za mało. Alko w zasadzie nie pobieram, wypiłem za zdrowie, ale spałem 3,5 godziny. Nogi nie wykazywały chęci do współpracy. Po dziesięciu kilometrach poddałem się - czatownia okazała się ratunkiem. Niestety bezowocnym. Całe szczęście, że rano zagoniło mnie na podkośnieńskie bagna. Tam spotkałem gągoły i parę łabędzi krzykliwych. Gągoły były nieco za daleko. Łabędzie też, ale postanowiłem je zwabić. Pierwszy dźwięk, który opuścił moje nierozgrzane gardło był kompletnie nieudany, aż dziw, że w ogóle nie uciekły :))) Następne próby zainteresowały parę, udało mi się je sprowokować do podpłynięcia. Nie chciało mi się maskować, uznałem, że dokąd podpłyną, będzie dobrze. Ponury, szary do tego wietrzny dzień, nie stworzył spektakularnej scenerii, więc zdjęcia oddają tylko tyle ile sam widziałem. Łabędź krzykliwy jest w Polsce stosunkowo krótko. Pierwsze gniazdowania obserwowano dopiero na początku lat 70-tych, a Wiki podaje, że w 1978 roku! Piękne ptaki, cieszę się, że znam przynajmniej kilka miejsc ich stałego bytowania. Z pewnością jeszcze je w tym roku pokażę dokładniej. Dziś bardziej zauroczyło mnie ich "świecenie" na tle szarego lasu, ponurej aury i w ogóle. Ich białe plamy w kadrze i sama obecność na tym zbiorniku poprawiły mi humorek i to właśnie chcę pokazać na zdjęciach.







środa, 11 marca 2015

wilk wraca do lasu!

To nie jest moja kolejna przygoda z lasu, to jest moja kolejna przygoda z lasem!
Wilki zajmują w moim życiu szczególne miejsce. W liceum miałem ksywkę WILK, ponieważ moja obsesja na ich tle powodowała, że obdarzony jakimkolwiek talentem rysunkowym, zabazgrywałem wizerunkami wilków wszystko. Zeszyty, książki, plecaki, torby, paski, ubrania. Po lekturze kilku książek Londona i Curwooda, oszalałem na ich punkcie. Wyrastałem na takiej lekturze, więc "przesunięcie osobowości" musiało nastąpić w tę stronę. Tak rodziła się miłość do przyrody, do zwierząt, w szczególności do drapieżników. Wyobraźcie sobie jakim przeżyciem dla mnie była informacja, że leśniczy, Leszek Serwotka, mój przyjaciel, dostał do opieki znalezionego wilka. Przez 3 miesiące w prowadzonym na terenie leśniczówki w Napromku, Ośrodku Rehabilitacji Dzikich Zwierząt, zajmował się ciężko chorym wilkiem. Kibicowałem wilkowi, kibicowałem Leszkowi, mimo miłości do tego zwierzęcia, uszanowałem jego "wilczość" i starałem się zbyt często go nie niepokoić. Leszka za to niepokoiłem non-stop. Dziesiątki telefonów o stan wilka, przegadane godziny na jego temat. Szczęśliwie decyzja, że wilk nie ma prawa trafić do ZOO czy innej tego typu placówki, zapadła natychmiast. To już było dla mnie coś! Niemal się modliłem o jego powrót do zdrowia. W czasie tych 3 miesięcy leczenia działo się z nim różnie. Zaawansowana choroba odkleszczowa i do tego jeszcze nosówka! Wilk w najgorszej fazie ważył 20 kilogramów! Nawet jak na dwulatka, to dramatycznie mało. Szczęśliwie w procesie rehabilitacji odzyskał 8 kilogramów. Nadeszła długo oczekiwana chwila - zapadła decyzja, że wilk nadaje się do wypuszczenia. Sam zresztą dał o tym znać, pokazując swoją gotowość ... zdemolowana buda, zdewastowana kamera w metalowej obudowie i poszarpane wielkie słupy konstrukcyjne woliery! Odzyskał siły. Leszek do nadanego mu imienia - Napromek, dodał przydomek - DEMOLKA! Wypuszczenie wilka zaplanowano na poniedziałek.
Całe szczęście mam wolny zawód, mogę sobie pozwolić na taki dzień. Ogromne wrażenie wywarło na mnie skupienie ludzi przygotowujących wilka do transportu. Panowała niewiarygodna cisza, wszyscy wykonywali swoje czynności bez zbędnych słów. W powietrzu unosiła się kompetencja, koncentracja i odpowiedzialność. Została pobrana krew, zbadano temperaturę wilka i jego stan ogólny. Pan Jacek sprawdzał tętno i słuchał pracy serca. Piękne. Resztę niech opowiedzą zdjęcia, powiem Wam jedynie, że w momencie, gdy Wilk opuścił klatkę, wzruszenie odjęło mi mowę.
Bardzo to przeżyłem. Całość wydarzenia miała ogromny ładunek emocjonalny, niezwykle symboliczny i unikalny na skalę Europy. Wilk został wyposażony w nadajnik GPS, więc fantastyczni ludzie ze "Stowarzyszenia dla Natury - Wilk", będą nas informowali o jego położeniu. Został wypuszczony na terenie nadleśnictwa Miłomłyn. Miejsce przepiękne, dzikie, malownicze. Z pierwszych odczytów od razu wynikało, że wilk się przemieszcza. Trzymam kciuki za tego młodzieńca.

 Tu widzicie przygotowanie wilka do transportu. Pani dr Sabina Pierużek-Nowak - szefowa Stowarzyszenia WILK, plecami do nas weterynarz Jacek - świetny, kompetentny, rzeczowy człowiek, pierwszy z lewej - Leszek, leśniczy, który zajmował się wilkiem.
 Otwieramy skrzynię transportową!

 Pierwszy rzut oka w stronę wolności!

 Musimy go przenieść nieco bliżej lasu, do cienia.

 Oczekujemy na Jego decyzję ...

 Nie chcę dorabiać ideologii, ale chyba widzicie komu spojrzał w oczy przed odejściem! No! ;)

 Ufff ... tu emocje nie zmieściły się w moim ciele :)

 Pierwsze kroki, pierwsze zapachy wolności.

Poszedł już więcej nie oglądając się za siebie.

Za wielki krok w stronę człowieczeństwa pragnę podziękować:

1. Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Olsztynie
2. Nadleśnictwu Olsztynek
3. Nadleśnictwu Miłomłyn
4. Leszkowi Serwotce z Napromka
5. Pani Sabinie ze Stowarzyszenia dla Natury WILK
6. Panu Jackowi - weterynarzowi
7. Wszystkim Ludziom, których decyzje i działania pomogły uratować tego wilka, tym samym
    zbliżyły nas, ludzi, do definicji istot rozumnych, empatycznych, do definicji człowieczeństwa.

wtorek, 10 marca 2015

KRUKRIX - Rewolucje!

Dziś obiecany reportaż z walki kruków!
Mimo tego, że moja firma nazywa się MATRIX i do tego nazywała się tak 8 lat przed ukazaniem się filmu, dzisiejszy odcinek nazywam KRUKRIX! Pewnie z tego powodu, że kruki żyją w swoim własnym matrixie, czyli krukrixie. To niezwykłe ptaki, niewiarygodnie inteligentne. Wielokrotnie zastanawiałem się czy nie są inteligentniejsze ode mnie. Zmusiły mnie do wielu poprawek czatowni, zmiany metod i pór nęcenia, zmiany wabików, pory przychodzenia na zasiadkę, ostatecznie do wszystkich możliwych zmian. I w ostatnią niedzielę, kiedy na przestrzeni trzech miesięcy zmieniłem i poprawiłem wszystko, nie wiedziałem o co jeszcze im chodzi! Pierwszy lot patrolowy z potwierdzeniem zauważenia padliny odbył się po 30-40 minutach. Lot był krótki, bez kołowania, zwiadowca przeleciał, w charakterystyczny sposób ogłosił znalezisko i poleciał dalej. Wydają wówczas czterokrotne kra-kra-kra-kra w odpowiednich interwałach. Mijała druga godzina w ciszy. Zaczynałem wątpić. Wiem, jestem cienki, już po trzech godzinach wymiękam ... no cóż, pracuję nad tym. Nagle (już po trzech godzinach) usłyszałem krakanie nadlatującego osobnika. Kruk usiadł po drugiej stronie polany leśnej i ogłosił, że ciągle widzi ochłap. Nie wiem skąd to moje przekonanie, ale tak dosłownie zrozumiałem jego przekaz. Drugi kruk z większej odległości potwierdził przyjęcie zgłoszenia. Cisza ... mija kolejne upiorne 30 minut. Naprawdę miałem serdecznie dość, tym bardziej, że wcześniej zrobiłem ok. 20-u km. po bezdrożach, w tym część po bagnach. Zasypiałem na siedząco. W pewnym momencie, po czwartej godzinie zasiadki usłyszałem myszołowa krążącego nade mną. Był moim zbawieniem. Nie dlatego, że liczyłem na fakt, że siądzie na zanęcie. One teraz odbywają loty godowe i nieco inna forma aktywności jest im w głowie. Wiedziałem, że obecność myszaka zmotywuje kruki do podjęcia szybszych działań w zakresie ochrony znaleziska.
Pierwszy kruk usiadł po chwili na gałęzi sosny nade mną. Darł się prosto w moją stronę! Jakby wiedział, że tam siedzę i próbował mnie przegonić. Nie uległem presji, nie oddychałem, nie ruszałem się, za to modliłem się by np, nie kichnąć. Łaskawie zleciał na zanętę. Jadł skąpiec w absolutnej ciszy. Wiedział, że dzięki temu oddala przylot konkurenta, kimkolwiek miałby być. Drugi kruk usiadł po kwadransie. Początkowo nic nie zwiastowało nadchodzącego konfliktu. Coś tam sobie gderały, nie stroszyły się, wydawało się, że będzie pokojowo. Nagle jeden z kruków nastroszył się i dostał przypływu agresji podszytej strachem. Jednocześnie nastroszył się i skulił w sobie, krzycząc coś jakby, "ja tu byłem pierwszy, spadaj, to moje żarcie!"


Ten zdumiony podniósł głowę i jakby zaskoczony słuchał. Zdawał się mówić "hej, stary, nie histeryzuj! Żarcia starczy dla ciebie i dla mnie!"

Unikając konfliktu odleciał nawet nieco dalej, ustępując miejsca awanturnikowi.

Niestety drugi kruk natychmiast doleciał do niego i awantura na ostro zawisła w powietrzu. Tym razem nie miałem wątpliwości, że spór znajdzie rozstrzygnięcie siłowe.

To zdjęcie już znacie - to był pierwszy wyskok do walki!

Ptaki zawisły w powietrzu niczym śmigłowce szturmowe, dążąc do dominacji.

Lądowanie nie okazało się końcem potyczki.

W trakcie obniżania lotu, pióra pozostawały nastroszone, a wszystko odbywało się w świdrującej uszy awanturze.

Wydawało się, że sprawa została wyjaśniona, ale ...

po wylądowaniu agresja rosła i rosła.  Niestety możliwości dalszego wychylenia się z obiektywem skończyły się. Widać już winietowanie krawędzią wizjera.

W efekcie końcowym, silniejszy kruk zabrał ochłap i odleciał, pozostawiając przegranego pogrążonego w konsternacji i poczuciu głębokiej niesprawiedliwości.

Zresztą sami powiedzcie, czy ta mina wyraża coś innego? :)
Ot i historia taka, jak kruka dziobał ... kruka-ka :)

poniedziałek, 9 marca 2015

MORDOR - WOJNA KLONÓW!

Długo się zastanawiałem co zrobić z nadmiarem zdjęć z niedzieli. Ponieważ jednak nieskromnie uznałem, że poniższe zdjęcie zasługuje na szczególną prezentację, dziś pokazuję to jedno.
Szanowna Publiczności, decyzję swą motywuję tym, że jest to jedno z ciekawszych (w mojej ocenie) zdjęć mojego portfolio. Tym bardziej, że włożyłem w nie sporo wysiłku.
Dziś nie chce się zbytnio rozpisywać, ponieważ opowiem o tym w następnym poscie opisującym całą niedzielę. Dość powiedzieć, że zdjęcie powstało po pięciu godzinach zasiadki na czatowni. Miałem serdecznie dość dalszego oczekiwania, tym bardziej, że niespecjalnie działo się cokolwiek innego.
Nagroda, która przyszła za pozornie niewytłumaczalną cierpliwość, przerosła moje oczekiwania. Nie będę dorabiał ideologii, o świcie zrobiłem około dwudziestu kilometrów po leśnych bezdrożach, więc to siedzenie w czatowni było silnie napiętnowane błogim lenistwem i zasłużonym odpoczynkiem. Nie przynudzam, z najwyższą przyjemnością dzielę się zdjęciem walczących kruków - wojowników Mordoru!
A tylko spróbujcie nie docenić skrzącej się w słońcu ziemi poderwanej łapskami walecznych ptaków! :)