Nasz najpopularniejszy jeleniowaty, prawie 800 tysięcy osobników w naszym kraju.
W zasadzie fotografowanie ich nie kręci, nie jara, nie budzi emocji. Są wszędzie.
Ale, ale ... bywa, że te najpopularniejsze gatunki, też dają fajne przedstawienie. Warto im również poświęcić nieco czasu. Miałem przyjemność, wychodząc już z lasu, poprzyglądać się tym slicznotkom. Tym razem miałem szczęście, byłem blisko, piękna pogoda, byłem poza wiecznie cienistym lasem - nic dodać, nic ująć.
Nawet ponarzekać nie mogę na brak światła czy nadmiar cienia ;)
Czasami trzeba "mieć oko" by je w ogóle dostrzec.
Najlepszy przykład poniżej:
Czy ona gdzieś tu jest?
Oto zbliżenie :) Patrzy przez swoistego judasza. Tak jest bezpieczniej. Widzę, nie jestem widziana.
Mimo, że po chwili były już dwie w kadrze, w dalszym ciągu były niewidoczne. Taki mimetyzm:)
Sarny w wersji "jesteśmy suchą roślinnością".
Ponieważ wiatr mocno kręcił, czasami niestety łapały również i mój zapach. Szukały źródła.
Napięcie rosło.
Okazało się, że są trzy i zaniepokojone szykowały się do zmiany miejsca. Dzięki temu miałem przyjemność obserwować poszczególne fazy skoku.
Wybicie ...
pierwsza faza skoku ...
lot ...
końcowa faza ...
i lądowanie.
Po chwili kolejna zaprezentowała swoje szybowcowe umiejętności.
A na koniec wszystkie trzy zaskoczyły mnie układem, który miał prawo zaistnieć raczej w fotoszopie.
Ale ponieważ go nie używam, przyroda zrobiła co mogła, bym mógł pokazać w sposób niemal poklatkowy to piękne zjawisko jakim jest sarni skok!
* Mimetyzm to termin oznaczający naśladowanie lub upodabnianie się. Zwierzęta na drodze mimetyzmu upodabniają się (barwą, kształtem, deseniem) do otoczenia, do roślinności lub innych organizmów.
środa, 4 listopada 2015
poniedziałek, 2 listopada 2015
Buteo buteo!
Buteo buteo czyli myszołów zwyczajny. Od tego gatunku zaczęła się moja wielka fascynacja ptakami drapieżymi. To pierwszy gatunek, który bezbłędnie identyfikowałem jako nastolatek. Mając czternaście lat pojechałem na wieś, gdzieś w okolice Górowa Iławeckiego. Niespecjalnie cieszyłem się na tę okoliczność. Gdy jednak zbliżałem się do wsi, krążący nad polem myszołów zwrócił moją uwagę. Nastawienie dotyczące zasadności tej wyprawy uległo radykalnej zmianie. Miałem wówczas przy sobie wojskową lornetkę o niezbyt imponujących parametrach 7x60. To z nią, przyklejoną do twarzy, spędzałem długie godziny w okolicy wsi. W tamtych latach to była oaza dzikości. Wieś z dala od wszystkiego.
Wczoraj, zanim rodzina wyszykowała się do wyjścia na cmentarz, wyskoczyłem na świeżo odrestaurowaną czatownię. Z nieukrywaną satysfakcją stwierdziłem, że wysypana dzień wcześniej kukurydza zniknęła, nie było śladu po padlinie, nic nie zostało z kawałków masła wymieszanego z ziarnami słonecznika, które poprzyklejałem do gałązek. Co do padliny, wiem, że to miejsce jest skrupulatnie penetrowane przez starego lisa-cwaniaka. Ale przecież nie miałbym nic przeciwko możliwości sfotografowania go z bliska. Kilka jego zdjęć jest w starych postach.
Miałem jednak nadzieję, że to nie lis i nie kruki. Rok temu, zaleciała przed czatownię stara samica bielika, kilka razy odwiedziły mnie młode bieliki, a w czasie wiosennych przelotów gościłem tu orliki krzykliwe.
Miejsce jest wyjątkowe, więc chętnie odwiedzane przez różne gatunki ptaków.
Dzień rozpoczął się bez przymrozków, więc miałem nadzieję nieco wytrzymać w niezbyt komfortowym szałasiku. Siedzenie niemal w jednej pozycji bez ruchu, to wielkie wyzwanie dla gospodarki energetycznej organizmu. Krew krąży wolno w pozginanych kończynach, więc chłód dobiera się do ciała odwrotnie proporcjonalnie - szybko. Drętwieją nogi, krzyż odmawia współpracy po mniej więcej dwóch godzinach, a po trzech dochodzi ból karku. Gdy na sąsiadujących drzewach zasiądą kruki, nie ma mowy o najmniejszym ruchu. W razie wpadki, czatownia może być "spalona" na długo. A gdy nie dadzą się skusić kruki, nie można liczyć na bielika. On najpierw długo przygląda się krukom. Wie, że są czujne jak ważki i gdy one siądą na padlinie, dopiero po jakimś czasie zrobi to bielik.
Ale dziś miałem najcudowniejsze odwiedziny, jakie mogłem sobie wymarzyć. Powrót do młodości - myszołów! Niezwykle urokliwie minął mi ten czas. Myszak zagościł u mnie na dłużej, więc miałem czas i porobić zdjęcia i nasycić się ponad godzinną, bezpośrednią obserwacją. W otoczeniu barw jesieni, było to czystą przyjemnością.
One w tej chwili kończą pierzenie, więc wybaczcie mu ten artystyczny nieład na głowie :)
Z tymi sterczącymi piórkami, wydał mi się podobny do harpii :)))
Poniżej pokażę go w wielu odsłonach, byśmy kwestię wyglądu myszołowa mieli zamkniętą. Ten niegroźny dla naszych "ludzkich interesów" drapieżnik, żywi się głównie nornikami i padliną. Niestety mylony z jastrzębiem, nazbyt często pada ofiarą hodowców drobiu i gołębi. Z przykrością stwierdzam, że nawet starzy myśliwi biorą go za jastrzębia ...
Sójkom jak widać, w niczym nie przeszkadzała jego obecność :)
Gdy kruki były blisko, jego czujność wyraźnie wzrastała.
Wydalanie mają opracowane do perfekcji. Poza, którą przyjmują powoduje, że pióra pozostają nienagannie czyste.
Najdł się spokojnie i ...
... w drogę :)
Dawno nie wychodziłem z czatowni z taką radochą!
Ciekawostki:
- łączy się w pary na lata, czasami na całe życie
- żyje ok. 20 lat
- często zimuje u nas, ale zimę spędza też w krajach zachodnich - np. Francja
- występuje w wielu odmianach barwnych, od jasnokremowej do brunatnej
- samica większa od samca
- gniazda rozbudowywane co roku
- z niestrawionych części pokarmu formuje tzw. wypluwki
- w czasie polowania często zawisa w powietrzu
Wczoraj, zanim rodzina wyszykowała się do wyjścia na cmentarz, wyskoczyłem na świeżo odrestaurowaną czatownię. Z nieukrywaną satysfakcją stwierdziłem, że wysypana dzień wcześniej kukurydza zniknęła, nie było śladu po padlinie, nic nie zostało z kawałków masła wymieszanego z ziarnami słonecznika, które poprzyklejałem do gałązek. Co do padliny, wiem, że to miejsce jest skrupulatnie penetrowane przez starego lisa-cwaniaka. Ale przecież nie miałbym nic przeciwko możliwości sfotografowania go z bliska. Kilka jego zdjęć jest w starych postach.
Miałem jednak nadzieję, że to nie lis i nie kruki. Rok temu, zaleciała przed czatownię stara samica bielika, kilka razy odwiedziły mnie młode bieliki, a w czasie wiosennych przelotów gościłem tu orliki krzykliwe.
Miejsce jest wyjątkowe, więc chętnie odwiedzane przez różne gatunki ptaków.
Dzień rozpoczął się bez przymrozków, więc miałem nadzieję nieco wytrzymać w niezbyt komfortowym szałasiku. Siedzenie niemal w jednej pozycji bez ruchu, to wielkie wyzwanie dla gospodarki energetycznej organizmu. Krew krąży wolno w pozginanych kończynach, więc chłód dobiera się do ciała odwrotnie proporcjonalnie - szybko. Drętwieją nogi, krzyż odmawia współpracy po mniej więcej dwóch godzinach, a po trzech dochodzi ból karku. Gdy na sąsiadujących drzewach zasiądą kruki, nie ma mowy o najmniejszym ruchu. W razie wpadki, czatownia może być "spalona" na długo. A gdy nie dadzą się skusić kruki, nie można liczyć na bielika. On najpierw długo przygląda się krukom. Wie, że są czujne jak ważki i gdy one siądą na padlinie, dopiero po jakimś czasie zrobi to bielik.
Ale dziś miałem najcudowniejsze odwiedziny, jakie mogłem sobie wymarzyć. Powrót do młodości - myszołów! Niezwykle urokliwie minął mi ten czas. Myszak zagościł u mnie na dłużej, więc miałem czas i porobić zdjęcia i nasycić się ponad godzinną, bezpośrednią obserwacją. W otoczeniu barw jesieni, było to czystą przyjemnością.
One w tej chwili kończą pierzenie, więc wybaczcie mu ten artystyczny nieład na głowie :)
Z tymi sterczącymi piórkami, wydał mi się podobny do harpii :)))
Sójkom jak widać, w niczym nie przeszkadzała jego obecność :)
Gdy kruki były blisko, jego czujność wyraźnie wzrastała.
Wydalanie mają opracowane do perfekcji. Poza, którą przyjmują powoduje, że pióra pozostają nienagannie czyste.
Najdł się spokojnie i ...
... w drogę :)
Dawno nie wychodziłem z czatowni z taką radochą!
Ciekawostki:
- łączy się w pary na lata, czasami na całe życie
- żyje ok. 20 lat
- często zimuje u nas, ale zimę spędza też w krajach zachodnich - np. Francja
- występuje w wielu odmianach barwnych, od jasnokremowej do brunatnej
- samica większa od samca
- gniazda rozbudowywane co roku
- z niestrawionych części pokarmu formuje tzw. wypluwki
- w czasie polowania często zawisa w powietrzu
sobota, 31 października 2015
a to ci niespodzianka!
Nie sądzicie chyba, że z jakiegoś powodu nie poszedłem dziś do lasu?!?
Co to, to nie! Poszedłem, a jakże!
Dziś cel był w zasadzie jeden - odbudować jedną z zeszłorocznych czatowni. Postanowiłem to zrobić, ponieważ miejsce jest wyjątkowe. Bardzo dużo obserwacji, mnogość gatunków, działo się tam zawsze, a i droga do czatowni jest wyjątkowo piękna.
Dzień zaczął się mroźnie, oj mroźnie.
Do lasu wchodziłem w takich oto warunkach. W zasadzie zima Panie Premierze! Tfu, Pani Premier!
Ale nie będę prawił o polityce, bo i o czym tu gadać. Najwyżej wyjdzie szydło z worka i już.
Poszedłem przed siebie. Niestety dawno w tej części lasu nie byłem i okazało się, że jego część zniknęła! Na świeżej, jeszcze pachnącej żywicą, polanie pozrębowej zobaczyłem to co najbardziej lubię widzieć :)
Gdy ponownie wracała do śniadania, podchodziłem kilka kolejnych kroków. Póki co, wiatr mi sprzyjał.
W pewnym momencie, odległość okazała się zbyt mała. Wiatr zakręcił i spojrzeliśmy sobie w oczy.
Z tym, że ona wymownie!
Ta bliskość na otwartym terenie, była ponad jej wytrzymałość.
Dopiero w domu, oglądając zdjęcia, zauważyłem, że nie była sama.
Odprowadziłem je wzrokiem i poszedłem w stronę czatowni.
W odległości kilku metrów od czatowni, zauważyłem chmarę jeleni. Niby wszystko prawidłowo, starszy byk oprócz łań, "prowadził" chłysta. Tylko, że tym razem za chłysta robił szpicak, a ten starszy, sam powinien "robić za chłysta" przy znacznie starszym byku!
Nie mogłem ich inaczej podejść, niż niestety płosząc je. Tym razem ani wiatr, ani topografia terenu, nie były po mojej stronie. Zdążyłem zrobić odchodzące towarzystwo, a ponieważ robiłem je z pomiędzy świerków, wyszło ciekawie.
Gdy dobrze się przyjrzycie, zauważycie, że zatrzymały się pod ścianą lasu i sprawdzały, co je spłoszyło. One tam są, na tym zdjęciu - serio :)))
Odbudowałem czatownię, wyłożyłem zanętę, żeby zacząć przyzwyczajać towarzystwo i poszedłem w las. Poniżej kilka spostrzeżeń z tego euforycznego dzionka, pełnego pozytywnej energii i zapału, bo takie i tylko takie odczucia mi towarzyszyły.
A nawet gdy słońce było już wysoko, mgły wciąż penetrowały zakamarki lasu ...
Bardzo się cieszę, że uruchomiłem kolejną czatownię. To jedna z lepszych moich miejscówek. Na polanę, którą mam przed czatownią może w zasadzie zalecieć i podejść dosłownie wszystko!
Oby ta zima była pod tym względem podobna do poprzedniej. W końcu za trzy i pół miesiąca przylatują żurawie! ;)
Co to, to nie! Poszedłem, a jakże!
Dziś cel był w zasadzie jeden - odbudować jedną z zeszłorocznych czatowni. Postanowiłem to zrobić, ponieważ miejsce jest wyjątkowe. Bardzo dużo obserwacji, mnogość gatunków, działo się tam zawsze, a i droga do czatowni jest wyjątkowo piękna.
Dzień zaczął się mroźnie, oj mroźnie.
Do lasu wchodziłem w takich oto warunkach. W zasadzie zima Panie Premierze! Tfu, Pani Premier!
Ale nie będę prawił o polityce, bo i o czym tu gadać. Najwyżej wyjdzie szydło z worka i już.
Poszedłem przed siebie. Niestety dawno w tej części lasu nie byłem i okazało się, że jego część zniknęła! Na świeżej, jeszcze pachnącej żywicą, polanie pozrębowej zobaczyłem to co najbardziej lubię widzieć :)
Gdy ponownie wracała do śniadania, podchodziłem kilka kolejnych kroków. Póki co, wiatr mi sprzyjał.
W pewnym momencie, odległość okazała się zbyt mała. Wiatr zakręcił i spojrzeliśmy sobie w oczy.
Z tym, że ona wymownie!
Ta bliskość na otwartym terenie, była ponad jej wytrzymałość.
Dopiero w domu, oglądając zdjęcia, zauważyłem, że nie była sama.
Odprowadziłem je wzrokiem i poszedłem w stronę czatowni.
W odległości kilku metrów od czatowni, zauważyłem chmarę jeleni. Niby wszystko prawidłowo, starszy byk oprócz łań, "prowadził" chłysta. Tylko, że tym razem za chłysta robił szpicak, a ten starszy, sam powinien "robić za chłysta" przy znacznie starszym byku!
Nie mogłem ich inaczej podejść, niż niestety płosząc je. Tym razem ani wiatr, ani topografia terenu, nie były po mojej stronie. Zdążyłem zrobić odchodzące towarzystwo, a ponieważ robiłem je z pomiędzy świerków, wyszło ciekawie.
Gdy dobrze się przyjrzycie, zauważycie, że zatrzymały się pod ścianą lasu i sprawdzały, co je spłoszyło. One tam są, na tym zdjęciu - serio :)))
Odbudowałem czatownię, wyłożyłem zanętę, żeby zacząć przyzwyczajać towarzystwo i poszedłem w las. Poniżej kilka spostrzeżeń z tego euforycznego dzionka, pełnego pozytywnej energii i zapału, bo takie i tylko takie odczucia mi towarzyszyły.
A nawet gdy słońce było już wysoko, mgły wciąż penetrowały zakamarki lasu ...
Bardzo się cieszę, że uruchomiłem kolejną czatownię. To jedna z lepszych moich miejscówek. Na polanę, którą mam przed czatownią może w zasadzie zalecieć i podejść dosłownie wszystko!
Oby ta zima była pod tym względem podobna do poprzedniej. W końcu za trzy i pół miesiąca przylatują żurawie! ;)
czwartek, 29 października 2015
widziałem to wszystko jak przez mgłę ...
Do mglistej Puszczy ...
Mgłą spowity dziki lesie,
zdradź mi swoją tajemnicę,
weź pod kołdrę mokrą wiecznie,
szepnij co ten spektakl mi przyniesie?
Być tu z tobą gdy wiatr milknie,
patrzeć pilnie nic nie widząc,
wyobraźnią karmić duszę,
zanim wszystko znowu zniknie!
"Leśny"
Subskrybuj:
Posty (Atom)