sobota, 9 lipca 2016

Warmia płacze!

Tego dnia wstałem rano ... bardzo rano. Miłym zaskoczeniem okazał się fakt, że pada deszcz. Nareszcie! Jest tak jak lubię. Nie ma słońca, niebo kryją pędzone wiatrem chmury, rozpiętość tonalna osiąga swoje apogeum. Wiem, że w lesie "nie nafikam" w takim mroku, więc odwiedzam "Warmię szeroką". Skoro ktoś mógł być w stepie szerokim, ja mogę być na takiej Warmii. Byłem więc.

Rzut oka na odległe jezioro. Ten widok, deszcz, bocian (wierzę, że go widzicie ;) ) i pasące się od świtu krowy wprawiły mnie w nastrój lekko sentymentalny. Pomyślałem - Warmia płacze i chwilę później zrozumiałem dlaczego.

Ziemia, roślinność, drzewa, starały się oddać niebu nadmiar wody. Nie wiem, może to jakaś forma podziękowania, może skromność. Przyroda nie jest pazerna, jest równoważna, jest odpowiedzialna. Szanuje zasoby.

Te tereny potrafią zaprezentować się w rozmaity, nawet niemal górski sposób. Świetne podziały powstałe przez nakładające się perspektywy tworzone przez moreny. Ta ziemia to prezent od skandynawskich braci, dostarczony dawno temu przy pomocy lodowca. Ileż to inwencji, a jaka kreacja! Nieco szkoda, że nie zostawili sobie trochę tego urodzaju. Ta hojność sporo Ich kosztowała, tam zostały gołe skały. Jakby jeden transport nie wystarczył, to przysyłali nam to jeszcze dwa kolejne razy. Z rzetelności są znani do dziś! ;)

Czapla biała właśnie przekracza swój horyzont zdarzeń.

Żurawie przekraczają swój ...

... a zając swój ;)

Pokląskwa zastanawia się czy latać czy czekać. Deszcz z pewnością nie ułatwia decyzji o lataniu.

Niebo wciąż przecierało krajobraz mokrą gąbką.

W każdej mijanej dziś wsi spotykałem "girlandy bocianów" zwisające nad każdym dachem, słupem, wszystkim. Ten zupełnie niedorzeczny wyraz - girlandy, wpadł mi do głowy w czasie robienia tego zdjęcia i mimo tego, że semantycznie nie ma sensu, nie umiałem już go zmienić, zastąpić, cokolwiek zrobić, więc tak jak mi zostało w głowie, tak trafiło do tekstu :)

 Sielska kraina pogrążona w deszczowej nostalgii i niespiesznej zadumie.

Taki mostek ... uroczy, nieco irlandzki jakiś.

Szkoda, że pierwszą w życiu wilgę sfotografowałem akurat w taką pogodę ale i tak się cieszę! Nigdy nie miałem do nich szczęścia. Słyszałem je wielokrotnie, ale zwykle skutecznie się ukrywają w koronach wysokich drzew. A tu proszę! :)

Na zapomnianej przez Boga międzywiejskiej drodze spotkałem taką oto "prawie żabę". Widać szczątkowe skrzela zewnętrzne i ... ogon. Takie pokijankowe wspomnienia :)

Po zroszonej łące, raz dwa trzy - kicały zające, raz dwa trzy :)

Ukryty w krzaczorach orlik krzykliwy starał się przeczekać deszcz. Mokre drapole wyglądają szczególnie rozpaczliwie. Gdzieś znika ich drapieżna duma. Woda zamienia je w kurę z zagiętym dziobem :))))


Żurawie były dosłownie wszędzie.


Ale najwięcej satysfakcji dało mi to zdjęcie żurawia w strugach deszczu.

A Warmia wciąż płacze.

Miałem ich nie fotografować, ale w wersji na "mokrą Włoszkę" wydały mi się godne przysiadu :)

A ten Pan ... nie wiem czy to Mokry Włoch, ale z pewnością wkurzony płaz!

Na koniec wytłumaczyłem sobie dlaczego Warmia płacze. Ten uroczy borsuk miał swoją rodzinę. Partnerkę, dzieci, którymi się zajmował i którym okazywał uczucia. Codziennie przynosił im coś do jedzenia. Relacje między członkami rodziny właśnie zostały brutalnie przerwane śmiercią ojca. Wyszedł, jak co dzień, żeby zapewnić im pożywienie. Niestety nie wróci! Samotna samica raczej nie podoła wykarmieniu potomstwa. Gdzieś niedaleko rozegra się wkrótce kolejny dramat.
Jeżdżę często drogami, co do których nie ma wątpliwości, że można na nich spotkać zwierzęta. Np. Olsztyn - Butryny ale i Olsztyn - Dobre Miasto,  Olsztyn - Ostróda i wiele innych. Kierowcy pędzą na złamanie karku, bezkrytycznie spiesząc się na odcinkach leśnych. Zwierzyna w zderzeniu z rozpędzonym samochodem nie ma najmniejszych szans.
Po raz kolejny apeluję, by przynajmniej o tej porze roku jeździć ostrożniej, wolniej. Chociaż w miejscach o wyższym prawdopodobieństwie spotkania zwierząt. Świt i zmierzch to okres zwiększonej aktywności dzikich mieszkańców naszego Regionu. Nie przyczyniajmy się do niepotrzebnej śmierci. To poważne zaburzenie w łańcuchu wszelkich powiązań.
Pewnie mogłem tego nie pisać, jestem przekonany, że akurat tu zaglądają wyłącznie osoby posiadające tę świadomość, ale przypominajmy o tym komu się da proszę :)









poniedziałek, 4 lipca 2016

amatorska melepeta w klapkach!

Dzień wcześniej wracałem wieczorem z Mrągowa. Wyjazd służbowy. Jechałem robić zdjęcia. W momencie wyjazdu w Olsztynie niebo zaciągnęło się jak ja za młodu pierwszym skrętem, czyli beznadziejnie.
Liczyłem na to, że niebiosa w Mrągowie będą mi przychylne. Były! Wykonałem udaną sesję.
W drodze powrotnej działy się na niebie rzeczy magiczne.


Zdjęcie wykonałem z jadącego samochodu przez szybę. Ta nonszalancka produkcja została okupiona opierniczem "odżoninym", co wydaje się logiczne, gdy kierowca zamiast kierownicy, trzyma w rękach aparat fotograficzny. Domyślałem się, że żona ma nieco racji, że obracanie aparatem nie zmienia kierunku jazdy samochodu ... no cóż, kobieca intuicja jest nieomylna. Niestety nasza nowa 16-ka nie została zaprojektowana z myślą o fotografach, na odcinku wieeeeluuuuu kilometrów nasi geniusze, specjaliści od dróg wyłonieni w konkursie (założę się, że z kryterium 100% ceny)  nie zaprojektowali zatok, zjazdów, niczego ani nawet czegokolwiek! I z tego powodu niechcący zdenerwowałem spokojną na co dzień żonę, a uzysk widać powyżej :)

Dzień następny wydał się równie ciekawy fotograficznie.
Gęsi niestety nie chciały współpracować. Usiadły za balotami, a ja wyrwałem się na spontanie w klapkach i krótkich spodenkach. Nie chciało mi się za nimi łazić po trawie.


Dawno ich nie pokazywałem, to chyba nic złego się nie stanie, gdy zawitają na blogu. Były, więc ... proszszsz.

Tymczasem niebo całkiem apetycznie się zaciągało. Coś w balotach jest takiego, że mimo iż nie są to stogi siana, a ich bardziej technologiczni krewni, chce się je fotografować. 




 Warmia wie jak robić wrażenie!

Chybiła :))))

Za to gąsiorek cierpliwie czekał na swoja okazję.

W zacienionej dolince bocian zdaje się coś zauważył.
Czyżby chciał w oczach jakiegoś płaza ujść za ... orła?!?

O Warmio moja miła ... :)

Wymarzona pogoda dla pejzażystów.

... muszka ;)

 Uznałem, że pojadę zajrzeć do lasu. Po drodze nieba były całkowicie wyśmienite.

 To krótka ale najpiękniejsza chwila "przejścia" między pogodą słoneczną, a deszczowo-burzową.

Za tą ścianą drzew była kolejna ściana - wody! :)))

Pierwszą istotą spotkaną w lesie, były ponownie żurawie. Zrobiłem tego bliżej mnie, choć szybko się oddalał.

W pewnym momencie ukazuje mi się taki widok.
Jak już wspominałem, jestem w klapkach, czyli poruszam się jak najgorsza amatorska melepeta!
Decyduję się na podchód, a co tam.
Moje nogi, (estetów i zwolenników męskiej depilacji od razu przepraszam) a w zasadzie zarost nóg, działa jak najsprawniejsze fiszbiny wieloryba! Włosy łydek i ud z niezwykłą sprawnością oddzielają strzyżaki od powietrza pozostawiając je oczywiście jak fiszbiny kryla, posegregowane w meandrach mojego nożnego zarostu.
Jestem gotów powtórnie przeprosić za naturalizm tego opisu, sam się nieco zbrzydziłem :)))

Oczywiście moje nogi wyglądają jakby jakiś cham przejechał po błotnistej kałuży blisko chodnika. Te małe upiorki trzymały się skóry równie dzielnie jak oleiste plamy kałużowego błota, białych spodni.
Super!
Klap, klap, klap, klap ... podchodzę coraz bliżej.
Mam wrażenie, że owady w niektórych miejscach, przerwały już ciągłość moich tkanek. Udaję, że to się nie dzieje na prawdę. W końcu większość doznań rodzi się w głowie. :)

I kiedy mokry jak szczur podszedłem do łani ...

... to właśnie akurat wtedy, przegrałem walkę z intelektem mojego niezwykle błyskotliwego autofocusa! Co za niezależne i uparte bydle o zaskakującej sile samostanowienia!!! Po dwustu metrach w skłonie, ciężko wdychałem powietrze, a przed oczami miałem coś jakby mroczki. Miałem tylko jedną szansę, by się wyprostować i zrobić to zdjęcie. Nie zdołałem i nie zdążyłem ocenić poprawności ustawionej ostrości.
I to właśnie dzięki temu, mam tak pięknie sfotografowane młode brzózki :))) No!
p.s.
w efekcie końcowym mojego pół-bosego przemarszu, oczywiście wyjmowałem kolejne kleszcze.


Nie siląc się już na kolejny podchód, utrwaliłem jeszcze ich zwycięskie przejście przede mną.
Zarozumiały malec nawet na mnie spojrzał! :)
Jak to mówi mój kumpel - i co zrobisz jak nic nie zrobisz! :)))







sobota, 2 lipca 2016

przeszedłem przez atomy lasu

Naukowcy, a nawet medycy, (ci ostatni niestety opornie) zaczynają być zgodni co do faktu, że jesteśmy wyłącznie energią. Atom w gruncie rzeczy jest falą elektromagnetyczną, nie ma tam żadnych "kulek" elektronów ani "kulek" protonów, tak jak pokazywano nam na modelu atomu podczas lekcji fizyki. Nie ma! Są jedynie zmienne wartości pola elektromagnetycznego. I z tego zarówno wszystko jak i my sami jesteśmy zbudowani - z energii. W końcu to co pokazuje tomograf, rezonans czy nawet rtg, to nic innego jak obraz pola elektromagnetycznego poszczególnych tkanek. Każda tkanka emituje inną częstotliwość pola, stąd różnice wybarwień czy nasyceń. Komórki zmienione nowotworem również takie emitują, a ponieważ częstotliwość chorej tkanki jest inna od otaczającej zdrowej, widać ją na slajdzie wykonanym jedną z tych technik. Skoro, w wielkim skrócie, komórki nowotworowe emitują inne pole elektromagnetyczne, to na logikę wystarczy je "doładować", zmienić to pole. Nie doczekam tego, ale kiedyś skalpelowa chirurgia przestanie istnieć. Będziemy precyzyjnymi emiterami energii naprawiać/wyrównywać pola chorych komórek, w tym nowotworowych, usuwając przyczynę, a nie skutek. Wierzę w to i jestem co do tego głęboko przekonany.
Po co ten dziwny wstęp? Cierpliwości, ten post nie jest z tych, które napisały się same :)

Idąc krok dalej, muszę powiedzieć, że każda komórka naszego ciała jest w pewnym sensie suwerenem. Posiada wszystkie funkcje naszego organizmu. Na ścianie komórkowej znajdują się wszelkiego typu receptory, które odpowiadają naszym zmysłom. Skanują/sczytują określone parametry otoczenia i odpowiednio na nie reagują. Gdy do komórki dochodzi np. pozytywna, o wysokiej częstotliwości fala elektromagnetyczna, stymuluje komórkę do wyższego poziomu aktywności. Tak jak my na dźwięki świetnej melodii pobudzamy się, tańczymy, podśpiewujemy, podobnie reaguje każda z komórek, aktywizuje się. Nasze DNA się rozpręża, biochemia komórki ma lepszy kontakt z większą ilością aminokwasów tworzących białka naszego organizmu ... tworzących NAS!
Kiedy jesteśmy w stresie, DNA skręca się, kurczy, aminokwasy są ukryte, bardziej niedostępne, wpadamy w pułapkę "czarnych myśli" które zaciskając DNA w stresowym skurczu, uniemożliwiają wyjście z tej sytuacji.
To o czym piszę, to temat na książkę, więc mam nadzieję, że te moje skróty i uproszczenia opisów nie zakłócają podstawowego przekazu.
Z dwóch emocji, które nami rządzą, miłości i strachu, (pozostałe uczucia to tylko pochodne tych dwóch) opłaca nam się wyłącznie ta pierwsza - MIŁOŚĆ.
Piszę te dziwne rzeczy, ponieważ wyłącznie i nieustająco o tym właśnie rozmyślałem siedząc dziś ukryty w liściastym i parnym młodniku. Siedzenie dziś w liściastym, parnym młodniku oznaczało pogodzenie się z obecnością miliardów owadów. Te jak wiadomo bzyczą i brzęczą. Kiedy już to zaakceptowałem, moje uszy wypełniły się nieprzerwanym koncertem wysokotonowych dźwięków, a te w postaci fali dźwiękowej docierały do komórek mojego narządu słuchu. Krótko mówiąc, miliony komórek mojego ciała było przez dwie godziny pobudzanych dźwiękami lasu, głównie owadów. Aktywność moich komórek, ich metabolizm i funkcje przebiegały zatem pod dyktando owadziego koncertu! W jakiejś części zatem stawałem się tym lasem, może nawet po części owadem. Wg pewnej doktryny, może bardziej paradygmatu, nasz umysł jest częścią wspólną naszego rozumu i kosmicznej świadomości - bytu nieskończonego, przewielkiego i nieśmiertelnego. Kiedy dałem dziś umysłowi zgodę na egzystowanie w świecie tych dźwięków, czułem, że staję się tym dźwiękiem, że staję się częścią wszechświata, że się z nim w jakiś sposób łączę.
W drodze powrotnej, towarzyszyło mi przekonanie, że każda cząstka rozgrzanego powietrza, fale dźwięków, cząstki wdychanych zapachów, wszystkie napotkane atomy, że ja je przenikam, że ich energia ładuje mnie, że tworzy moją energię ... że dysponujemy wspólną energią!
Wydaje mi się, że otaczające nas atomy są jakby miliardem mikrochipów, którymi łączymy się z matrycą wszechświata. Wypijamy atomy i spożywamy je, a one wciąż dolatują do Ziemi, są tu też te z rozłożonych dinozaurów, obumarłych dawno roślin, więc my również mamy w sobie to wszystko. Jest w nas "fragment" Marsa, pterodaktyla i prastarej paproci. Jesteśmy zbudowani z energii kosmosu. Jesteśmy zatem jednością ze wszystkim co żyje. To dlatego każda niepotrzebna śmierć jest zaburzeniem pewnego porządku i z tego też powodu dziś nie potrafię już bezkrytycznie zabić przysłowiowej muchy. Tego mnie nauczył las.
Jeszcze nie dzwońcie po psychiatrę proszę :)

Całkiem szczerze, ryzykując opinię tęgiego schizola, dzielę się z Wami tym, co wyprawia umysł, gdy samotnie spędzam godziny na odludziu, ukryty głęboko w lesie.
Ten typ przemyśleń nigdy, przenigdy nie powstanie, gdy nie będziemy sami. Zajęci rozmową, jakąkolwiek relacją z kimś drugim, nigdy nie "wejdziemy" w ten dziwny stan postrzegania przyrody na innych, nieco kwantowych poziomach.

No, nie wykluczam też tej ewentualności, że rzeczywiście jestem tęgim schizolem, co nie ukrywam wiele by wyjaśniło ;)))
Wtedy przepraszam najmocniej za zamieszanie, bo może świat jest po prostu analogowo-newtonowski i te wszystkie kwantowe pierdoły nie istnieją :)
Nie wydaje mi się jednak, skoro takie umysły jak Einsteina, Schrodingera czy Heisenberga klęknęły przed kwantową świadomością. Jako znacznie, znacznie mniejszy robaczek wszechświata, również klękam.
W dodatku z ogromną czynię to przyjemnością.

Sarnie podrostki są już całkiem spore :) Na szczęście do drugich planów dotarły poranne mgły.

Tu nieco bliżej mamy.

Póki do wnętrza lasu nie dotarło poranne słońce, postanowiłem pokazać kilka pięknych leśnych kwiatów.
 Naparstnica w półmrocznym świetle świtu.

 Urocze niebieskie dzwonki :)

To jeden z jasieńców, ale jam nie od kwiatków, więc wybaczcie to uogólnienie ;)

 Nad moją głową, w absolutnym gąszczu liści, usiadła sikora czubatka. Wyłowiłem ją z najwyższym trudem, mocno odchylając się w skręcie do tyłu. Niewiele brakowało, a utraciwszy równowagę, fiknąłbym na plecy.

 Odwiedziła mnie samica trznadla - miłe, miłe.

Jednak serce dziś oddałem owadom, ponieważ to głównie one zabrały mnie dziś do swojego świata.







 Trafiła się sikora czarnogłówka :)

 W dziobie miała dwa nasionka, ale ogólnie była jakaś ... zmierzwiona :) Chyba za wcześnie ją spotkałem!

 W naprawdę całkowicie nikczemnej i zupełnie przypadkowej, co najważniejsze przejściowej kałuży, spotkałem tę żabę. Chyba trawną. W środku lasu, pomijając tę podeszczową kałużę, z dala od wszelkiej wilgoci! Wariatka.

I na koniec naparstnica w słońcu, no dobra, niech będzie ;)