Ostatnio na profilu Fb pokazałem samiczkę pleszki.
Rano, prezentując postawę dość roszczeniową, pomyślałem, że fajnie byłoby pokazać znacznie piękniejszego samca.
Pleszki są wyjątkowo urokliwymi i ciekawymi ptakami.
Jako przedstawiciele rodziny muchołówkowatych z pewnością nie przynoszą jej wstydu.
W ich przypadku niewątpliwie atrakcyjny wygląd dorównuje sprawności lotu.
Wiele razy próbowałem sfotografować pleszkę w momencie startu ... forget!
Mój palec naciskający na spust migawki musiałby osiągnąć prędkość przynajmniej dwóch Machów i skazać się na przeciążenia kilku G.
Wiecie, wtedy cząstki krwi oddzieliłyby się od osocza, doszłoby do miejscowego niedotlenienia tkanek, jakaś martwica ... coś ... po co mi to? ;)
Na zdjęcia wybrałem się gdy księżyc pracował na niebie wyżej niż właśnie wschodzące słońce.
Oczywiście nie byłem nigdzie daleko. Wylazłem przed dom w tzw. domowych galotach mając nadzieję, że jestem jedynym nieśpiącym o piątej idiotą na mojej ulicy.
Po poletku przede mną hasały zające.
Ogólnie zmarzłem i postanowiłem wrócić do pomieszczenia.
Usiadłem w naprędce (około 15 lat temu) zbudowanej czatowni, czyli jednym z pokoi, którego okno wychodzi na przestrzeń penetrowaną przez ptaki.
Przed oknem stoi latarenka, która bywa punktem przystankowym dla szukających owadów kopciuszków i pleszek.
Po kilkunastu minutach czekania w otwartym oknie, nie muszę mówić - zmarzłem na kość, ale doczekałem się!
Przyznacie warto było, jest piękny!
Aby mieć pleszkowy komplet w jednym miejscu, pozwólcie, że zamieszczę zdjęcia, które zrobiłem dwa dni wcześniej partnerce tego dżentelmena, a które publikowałem na Fb.
I tak to z poważna oszczędnością paliwa, czyli tez bardzo ekologicznie, zebrałem materiał na krótką ale mam nadzieję miłą dla oka opowieść.
Przyroda jest blisko, a jak widać po zdjęciach samca, czasami spełnia nasze oczekiwania.
... że też on dziś tak ... jak na zamówienie ... ;)
czwartek, 7 czerwca 2018
poniedziałek, 4 czerwca 2018
Piegża na okrasę ...
Jest poniedziałek, szósta rano. Dziś znaczy.
Siedzę na tarasie, piję ciecz jakąś, niestety nie pamiętam jaką. Wiem, że ciecz, bo to prawdopodobnie jeden z ważniejszych fundamentów picia - pobierana substancja musi być cieczą.
Herbata może, nie wiem.
Nie pamiętam, bo mój umysł prawdopodobnie jest jakąś metaforą starej wersji czołgu "RUDY" z pierwszej edycji Czterech Pancernych ... albo jedzie albo strzela.
Dopiero gdy dostali nowy, mógł oddawać strzał w trakcie jazdy, czyli ogarniał dwie czynnności jednocześnie.
Było cicho, miasto jeszcze nie hałasowało, a ja oddałem się (nie po raz pierwszy) filozoficznej rozkminie pod roboczym tytułem "patrzeć, a widzieć, czy jest różnica?"
Aby udowodnić ile można zaobserwować nie ruszając się z miejsca, musiałem zaangażować mózg (pierwsza wersja z dawno utraconą gwarancją) w obsługę aparatu, obserwacje, picie bez się krztuszenia, bycie cicho i zachowanie pozycji siedzącej.
Przyznacie, że niewiele miejsca pozostało na zapamiętanie rodzaju pobieranej cieczy.
Woda może ... zwykła ... zimna.
I tak najpierw na daszku karmnika usiadła samiczka kopciuszka.
Gdzieś w oddali przechodziła sarna. Przypomnę, że mieszkam w mieście!
... może kawa to była ... nawet!
Na mojej osobistej latarence usiadł piękny samczyk pleszki.
Jego Pani zaszczyciła swoją "osiadłością" parapet tarasu sąsiadów.
Ponownie samiczka kopciuszka, tym razem na murku innego sąsiada. A ja wciąż siedzę na tarasowym krześle.
Sroka zrywa się z brzozy. Jakie to szczęście, że nie zahaczyła skrzydłem o gałąź, bo musiałbym uznać, że ktoś na nią napadł.
Sroka na tle rosnących przed tarasem "gównianych topoli", czyli śródziemnomorskich, sprowadzonych tu, bo szybko rosną. W tym kraju kiedyś wszystko przeliczało się na procentowe wyrobienie normy.
Te topole wyrabiały je w 300%!
To w komunie było bardzo pożądane tempo. Nie miało znaczenia, że alergizują, pylą, syfią, a suche badyle i konary przy byle wiaterku spadają ludziom na głowy. Szybko rosły - było GIT!
A gdy dodatkowo uruchomiłem wszystkie "przydawki okołomózgowe, w tym kończyny, dolne również i wyszedłem 3, dosłownie trzy metry przed dom, zrobiłem jeszcze tego podlotka.
Słodziak!
Piegża już tylko na okrasę.
I jeszcze przed chwilą odwiedził mnie ten samczyk z dziobem pełnym smakołyków :)
Ostatecznie nie zdążyłem oddać się wewnętrznej dyspucie, bowiem po raz kolejny czyny i fakty udowodniły, że patrzeć trzeba tak, by widzieć ;)
cnd!
Siedzę na tarasie, piję ciecz jakąś, niestety nie pamiętam jaką. Wiem, że ciecz, bo to prawdopodobnie jeden z ważniejszych fundamentów picia - pobierana substancja musi być cieczą.
Herbata może, nie wiem.
Nie pamiętam, bo mój umysł prawdopodobnie jest jakąś metaforą starej wersji czołgu "RUDY" z pierwszej edycji Czterech Pancernych ... albo jedzie albo strzela.
Dopiero gdy dostali nowy, mógł oddawać strzał w trakcie jazdy, czyli ogarniał dwie czynnności jednocześnie.
Było cicho, miasto jeszcze nie hałasowało, a ja oddałem się (nie po raz pierwszy) filozoficznej rozkminie pod roboczym tytułem "patrzeć, a widzieć, czy jest różnica?"
Aby udowodnić ile można zaobserwować nie ruszając się z miejsca, musiałem zaangażować mózg (pierwsza wersja z dawno utraconą gwarancją) w obsługę aparatu, obserwacje, picie bez się krztuszenia, bycie cicho i zachowanie pozycji siedzącej.
Przyznacie, że niewiele miejsca pozostało na zapamiętanie rodzaju pobieranej cieczy.
Woda może ... zwykła ... zimna.
I tak najpierw na daszku karmnika usiadła samiczka kopciuszka.
Gdzieś w oddali przechodziła sarna. Przypomnę, że mieszkam w mieście!
... może kawa to była ... nawet!
Na mojej osobistej latarence usiadł piękny samczyk pleszki.
Jego Pani zaszczyciła swoją "osiadłością" parapet tarasu sąsiadów.
Ponownie samiczka kopciuszka, tym razem na murku innego sąsiada. A ja wciąż siedzę na tarasowym krześle.
Sroka zrywa się z brzozy. Jakie to szczęście, że nie zahaczyła skrzydłem o gałąź, bo musiałbym uznać, że ktoś na nią napadł.
Sroka na tle rosnących przed tarasem "gównianych topoli", czyli śródziemnomorskich, sprowadzonych tu, bo szybko rosną. W tym kraju kiedyś wszystko przeliczało się na procentowe wyrobienie normy.
Te topole wyrabiały je w 300%!
To w komunie było bardzo pożądane tempo. Nie miało znaczenia, że alergizują, pylą, syfią, a suche badyle i konary przy byle wiaterku spadają ludziom na głowy. Szybko rosły - było GIT!
A gdy dodatkowo uruchomiłem wszystkie "przydawki okołomózgowe, w tym kończyny, dolne również i wyszedłem 3, dosłownie trzy metry przed dom, zrobiłem jeszcze tego podlotka.
Słodziak!
Piegża już tylko na okrasę.
I jeszcze przed chwilą odwiedził mnie ten samczyk z dziobem pełnym smakołyków :)
Ostatecznie nie zdążyłem oddać się wewnętrznej dyspucie, bowiem po raz kolejny czyny i fakty udowodniły, że patrzeć trzeba tak, by widzieć ;)
cnd!
niedziela, 3 czerwca 2018
Łania straszy ptaki i byczek w strugach deszczu.
Ludzka przewrotność, a moja na pewno, żywi się zmianami. Wszystko czego w nadmiarze, nudzi się i szukam doznań w odmiennych stanach i bynajmniej nie chodzi o stany zjednoczone Ameryki Północnej. To czego ostatnio mi za dużo, to zdecydowanie słońca. Fajnie, że jest ale dlaczego aż tyle, się grzecznie pytam?
Z tego właśnie powodu do cna wykorzystałem pochmurne popołudnie i burzowy wieczór.
Zdjęcia wyładowań atmosferycznych widzieliście w poprzednim wpisie, dziś kolej na to, co wydarzyło się dwie godziny wcześniej.
Jako dziecko "Gwiezdnych Wojen" (rodziców przepraszam) uwielbiam tę odwróconą kolejność.
Młodziaka "dorwałem" w pierwszych strugach deszczu. Mam nadzieję, że widać krople, przynajmniej na ciemnych tłach.
Wpatrywaliśmy się w siebie jak zaczarowani. Tzn. ja oczarowany, on ... no może nie przestraszony ale poważnie zaintrygowany.
Jego mina wypowiada zdecydowane WTF?!?
Dwóch kumpli wędrowało sobie polami jak gdyby nigdy nic.
Widziałem ich jeszcze z innego miejsca i sporej odległości. Buszujący w zbożu!
Czajki szybko lecące nad nieużytkami, zauroczyły mnie nie mniej niż byczki.
Zbliżająca się burza i gęstniejące niebo pozwoliło na wydobywanie tych wartości warmińskiego krajobrazu, którym zawsze ulegam. Nienachalna dynamika kolorów, urozmaicona rzeźba terenu, remizy i dorodne drzewa. W środku tego tygla atrakcji, jak to na Warmii - mokradełko.
Niebo, jak zwykle przed nawałnicą, w każdej części było inne.
Klimaciki, których niestrudzenie szukam.
Łania na typowym off-roadzie :) Jakiś przerażony jej crossem ptaszek po lewej, omal nie dostał zawału.
Otwarta przestrzeń o wielu zmiennych warunkach środowiskowych, moje ostatnie odkrycie. Przearcyciekawy obszar z dala od cywilizacji. Spędzę w tej okolicy sporo czasu. Ostatnio zdecydowanie wolę zdjęcia środowiskowe, szeroko ujęte.
Ot, chociażby ten młody koziołek.
W tych rozległych trzcinach żyje ... wszystko :) Są tu jelenie, dziki, sarny, lisy, żurawie i mnóstwo innych gatunków. Przy okazji łąka rekreacyjno-żerowa dla pierwszych wiosennych gęsi.
Z tego właśnie powodu do cna wykorzystałem pochmurne popołudnie i burzowy wieczór.
Zdjęcia wyładowań atmosferycznych widzieliście w poprzednim wpisie, dziś kolej na to, co wydarzyło się dwie godziny wcześniej.
Jako dziecko "Gwiezdnych Wojen" (rodziców przepraszam) uwielbiam tę odwróconą kolejność.
Młodziaka "dorwałem" w pierwszych strugach deszczu. Mam nadzieję, że widać krople, przynajmniej na ciemnych tłach.
Wpatrywaliśmy się w siebie jak zaczarowani. Tzn. ja oczarowany, on ... no może nie przestraszony ale poważnie zaintrygowany.
Jego mina wypowiada zdecydowane WTF?!?
Dwóch kumpli wędrowało sobie polami jak gdyby nigdy nic.
Widziałem ich jeszcze z innego miejsca i sporej odległości. Buszujący w zbożu!
Czajki szybko lecące nad nieużytkami, zauroczyły mnie nie mniej niż byczki.
Zbliżająca się burza i gęstniejące niebo pozwoliło na wydobywanie tych wartości warmińskiego krajobrazu, którym zawsze ulegam. Nienachalna dynamika kolorów, urozmaicona rzeźba terenu, remizy i dorodne drzewa. W środku tego tygla atrakcji, jak to na Warmii - mokradełko.
Niebo, jak zwykle przed nawałnicą, w każdej części było inne.
Klimaciki, których niestrudzenie szukam.
Łania na typowym off-roadzie :) Jakiś przerażony jej crossem ptaszek po lewej, omal nie dostał zawału.
Otwarta przestrzeń o wielu zmiennych warunkach środowiskowych, moje ostatnie odkrycie. Przearcyciekawy obszar z dala od cywilizacji. Spędzę w tej okolicy sporo czasu. Ostatnio zdecydowanie wolę zdjęcia środowiskowe, szeroko ujęte.
Ot, chociażby ten młody koziołek.
W tych rozległych trzcinach żyje ... wszystko :) Są tu jelenie, dziki, sarny, lisy, żurawie i mnóstwo innych gatunków. Przy okazji łąka rekreacyjno-żerowa dla pierwszych wiosennych gęsi.
sobota, 2 czerwca 2018
Przygotujcie się na grzmoty!
Let's get ready to rumble!
Kto nie kojarzy słynnego okrzyku słynnego prowadzącego walki bokserskie, Michaela Buffera.
Wczoraj wprawdzie bez Jego zapowiedzi ale działo się.
Grzmoty były jak należy, ale i samo intro, czyli etap przygotowawczy do hałaśliwego frontu był równie ciekawy.
Poniżej Warmia jaką kocham: kolorowa, sentymentalna i lekko melancholijna.
Gdy obejrzałem się za siebie, zamarłem z wrażenia!
Nie miałem pojęcia co się za mną wyprawia. Od lewej strony nadchodzi konkretna "pompa".
Gdybym wiedział jaką rolę w moim zdjęciu odegra ten krzew czarnego bzu, a nie byłoby go w tym miejscu, przyjechałbym tu dziesięć lat temu i go zasadził.
Na szczęście był :)
Okolice Barczewa.
Gdy zrobiło się konkretnie ciemno ... zaczęło się!
To był prawdziwy spektakl i niebiletowany!
Kto nie kojarzy słynnego okrzyku słynnego prowadzącego walki bokserskie, Michaela Buffera.
Wczoraj wprawdzie bez Jego zapowiedzi ale działo się.
Grzmoty były jak należy, ale i samo intro, czyli etap przygotowawczy do hałaśliwego frontu był równie ciekawy.
Gdy obejrzałem się za siebie, zamarłem z wrażenia!
Nie miałem pojęcia co się za mną wyprawia. Od lewej strony nadchodzi konkretna "pompa".
Gdybym wiedział jaką rolę w moim zdjęciu odegra ten krzew czarnego bzu, a nie byłoby go w tym miejscu, przyjechałbym tu dziesięć lat temu i go zasadził.
Na szczęście był :)
Okolice Barczewa.
Gdy zrobiło się konkretnie ciemno ... zaczęło się!
To był prawdziwy spektakl i niebiletowany!
piątek, 1 czerwca 2018
Fotograficzne frustracje!
Byłem świadkiem kapitalnych wygłupów pary wron.
Naprawdę ubawiłem się jako ornitolog i totalnie sfrustrowałem jako fotograf.
Próba nadążenia za tym "pociskami" przerosła możliwości moje jak i mojego sprzętu.
Wrony są absolutnymi akrobatkami, wirtuozkami ewolucji powietrznych, co połączywszy z ich wariackim nastrojem, dało wczoraj mieszankę niefotograficzną,
Niemniej jednak postanowiłem pokazać smętne efekty moich naprawdę ciężkich starań.
W całej zabawie chodziło o ... gałązkę, która odegrała rolę jakby pałeczki w sztafecie.
Jedna z nich od początku robiła co mogła, żeby tę gałązkę ułamać, druga by tej pierwszej się to nie udało! :)
Darły się przy tym okrutnie choć radośnie.
To była akcja pod tytułem "nie zaznasz spokoju".
Nigdy nie było wiadomo skąd nagle nastąpi atak.
Moim problemem była próba uchwycenia ich choć kilka razy w jednym kadrze.
Uwierzcie mi, "mission impossible".
Do tego wiatr powodował, że ta siedząca nawet bez zaczepek miała problem z równowagą :)))
Trudno opisać co one potrafią zrobić w locie, ale uwierzcie, że lot "do góry kołami" wydawał się być najprostszą z ewolucji.
Nadlatuje! :)
Naprawdę widać było taktykę, szczerą zabawę i oczywistą w przypadku krukowatych inteligencję.
Naprawdę ubawiłem się jako ornitolog i totalnie sfrustrowałem jako fotograf.
Próba nadążenia za tym "pociskami" przerosła możliwości moje jak i mojego sprzętu.
Wrony są absolutnymi akrobatkami, wirtuozkami ewolucji powietrznych, co połączywszy z ich wariackim nastrojem, dało wczoraj mieszankę niefotograficzną,
Niemniej jednak postanowiłem pokazać smętne efekty moich naprawdę ciężkich starań.
W całej zabawie chodziło o ... gałązkę, która odegrała rolę jakby pałeczki w sztafecie.
Jedna z nich od początku robiła co mogła, żeby tę gałązkę ułamać, druga by tej pierwszej się to nie udało! :)
Darły się przy tym okrutnie choć radośnie.
To była akcja pod tytułem "nie zaznasz spokoju".
Nigdy nie było wiadomo skąd nagle nastąpi atak.
Moim problemem była próba uchwycenia ich choć kilka razy w jednym kadrze.
Uwierzcie mi, "mission impossible".
Do tego wiatr powodował, że ta siedząca nawet bez zaczepek miała problem z równowagą :)))
Trudno opisać co one potrafią zrobić w locie, ale uwierzcie, że lot "do góry kołami" wydawał się być najprostszą z ewolucji.
Nadlatuje! :)
Naprawdę widać było taktykę, szczerą zabawę i oczywistą w przypadku krukowatych inteligencję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)