piątek, 21 czerwca 2019

Przytuliłem dzikiego wilka!

Tego nie mogłem przewidzieć nawet w najlepszym śnie! Wchodziłem do lasu jak zwykle nie oczekując niczego nadzwyczajnego. Czas spędzony w malowniczej Puszczy wydawał się od zawsze największą wartością.
W powietrzu wisiała wilgoć, może nie w postaci dającej się opisać mgły ale było "zawiesiny" znacznie więcej niż zwykle.
Delikatny ruch powietrza powodował zmienną przejrzystość powietrza więc na wymarzonym miejscu widziałem momentami wszystko jak na dłoni.
Teren był lekko pofałdowany, gdy zobaczyłem wyłaniającą się zza krzywizny terenu głowę idącego w moją stronę młodego jelenia, kucnąłem oczekując, że wyjdzie wprost na mnie.
Oczekiwanie niespodziewanie przeciągało się. Instynktownie skierowałem wzrok na prawo, w kierunku leśnej drogi.
W znacznej odległości ode mnie przechodził wilk, który akurat w tym momencie zatrzymał się i spojrzał w moją stronę.


Gdy spojrzałem w stronę, w którą podążał, zrozumiałem - znalazłem się w środku jego terenu łowieckiego, a on właśnie polował.
Przede mną, poutykane między pniami drzew, pasły się nie podejrzewające niczego jelenie.



W tym czasie wilk zmniejszył odległość, która nas dzieliła.
Ponownie przyłapałem go na czujnym analizowaniu mojej osoby.

Usiadłem na dębowym pniaku wypatrując rozwoju wydarzeń.
Emocje zmiękczyły nieco moje nogi i pozycja siedząca okazała się zbawienna w procesie oczekiwania rozwoju wydarzeń.

 Ciekawski wilk nieustająco zbliżał się do mnie.
Jelenie nieco zaniepokojone zaczęły przemieszczać się w zauważalnie nerwowy sposób.
Wiatr zakręcił i chyba wyczuły co się szykuje lecz nie umiały konkretnie określić kierunku, z którego dotarł niepokojący zapach.

 Wilk przeszedł na stronę, na której siedziałem!
W zasadzie było za późno na jakąkolwiek decyzję, teraz wszystkie karty tego rozdania były w jego ... łapach.

Gdy stanął przede mną, w krytycznie bliskiej odległości, wstałem.
Nie wiem na co liczyłem ale wstałem by nieco zwiększyć swoją obecność w jego głowie.
Nie czułem jednak lęku, a raczej coś jak ekscytację, a nawet obudziło się we mnie przekonanie, że coś nas łączy, coś nieuchwytnie przyjaznego.

Wilk podszedł pod same moje nogi, ostrożnie wspiął się na tylnych kończynach i przyjaźnie oparł przednie łapska na moich barkach!
Chyba zwariowałem ale objąłem go mocno i staliśmy tak przytuleni jak bracia, którzy dawno się nie widzieli.
Moja euforia nie dała się opisać ludzkim słowem i w momencie, w którym zdążyłem pomyśleć, że nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy mi ... obudziłem się!
W mojej głowie mieszały się dwie skrajnie różne emocje. Pierwsza była mieszanką wdzięczności i szczęścia, że wyśniłem taką historię, że ją zapamiętałem, druga okazała się głębokim rozczarowaniem, że to tylko sen.
Dziś pozostaję jednak wdzięczny za sen, w którym przytuliłem dzikiego wilka, w którym czułem wiatr uwięziony w jego sierści i mięśnie pracujące pod skórą. Nade wszystko czuję wdzięczność za sen, w którym spełniło się moje marzenie - zaufanie jakim obdarzył mnie dziki wilk!

Zdjęcia są mojego autorstwa i w pewnym sensie zostałem obdarzony podobnym zaufaniem. Nie aż takim, ale jednak.
Zeszłoroczne spotkanie okazało się chyba tak ważne, że mój mózg przez sen wraca do niego, czerpie i dopomina się o więcej.

ech głowo głowo, cóż ja bym bez ciebie zrobił ;)

piątek, 14 czerwca 2019

Gniew Bogów!

Nie wiem, nie wiem, ale jeżeli wierzyć starożytnym i wcześniejszym przesądom, burza jest oznaką gniewu Bogów, to wczoraj musiało Im się ulać na samą myśl o nas.
Cóż mogło Ich tak wkurzyć, że zgromili cały kraj narodu wybranego?
Gdybym to ja był wszechmogącym, gromiłbym znacznie wcześniej i codziennie, ale nie jestem.
W międzyczasie moje rozczarowanie społeczeństwem, (nie całym!) jego systemem wartości, bylejakością, powierzchownością, agresją wzajemną, niskim IQ, a już na pewno niezdolnością do samodzielnego myślenia, nie może się przełożyć na tak spektakularne zjawiska pogodowe. Jedyne co mogę, to napisać tu kilka zdań dla garstki moich kochanych, inteligentnych, empatycznych czytelników, bo nikt inny tu nie zagląda.
No może kilku badaczy nastrojów i tych, którzy z pobudek zawodowych chcą wiedzieć, co ten niedouczony idiota Mikunda znowu napisał.
Jak to ostatnio na Fb jakiś "nadgorliwy zasób intelektualny" niedysponujący podstawową wiedzą dotyczącą języka polskiego napisała (to była kobieta, o czym bezwzględnie świadczy Jej imię) - "co ty (to do mnie) w stosunku do leśników możesz wiedzieć, przecież jesteś tylko obserwatorem!"
Obserwacja jest jedną z metod badawczych i to jedną z najbardziej pożądanych. Pomijam moje przyrodnicze wykształcenie, bo przecież dziś najważniejsze jest dowalić, a nie się zastanowić komu i czy słusznie.
Inny "intelektualista" łaja mnie na publicznym, za to, że łajam na publicznym człowieka z LP zamiast udać się do leśniczego i próbować się dogadać ...
O czym mam rozmawiać z kimś, kto wbija kierunkowskaz do leśniczówki w sam środek pnia po świeżo ściętym Pomniku Przyrody? O czym pytam?
Pytam zatem mentora objawionego, dlaczego nie starał się mnie pouczyć na privie, skoro kieruje się takimi zasadami i wytyka mi to w sposób pozostający w konflikcie z jego moralnością? Nie padła żadna logiczna odpowiedź.

Cała "samozwańcza banda praworządnych myślicieli stulecia" zwarła szyki i nie rozumiejąc istoty mojego wpisu postanowiła przekonać mnie, ba, wmówić, że oni wiedzą lepiej o co mi chodziło.
Aktualni i byli pracownicy LP wgniatali mi w usta nigdy niewypowiedziane słowa!
Grzmię zatem dziś, wybaczcie, ale skala rozczarowania upadłością intelektualną rozczarowuje mnie bardzo. Tym bardziej, że idzie w parze ze złą wolą, oczywistym niezrozumieniem, nienawiścią.
Za pouczanie bierze się istota, która w imieniu LP chwali się ileż to nasadzili sadzonek DĘBA! @@*&%#%!#%~#
Gdy zwracam uwagę, że dopełniacz wyrazu dąb to dębu ... sadzonek dębu, Pani bez skrupułów zapytała czym ja się dopełniam?
Nie zaskoczyły mnie wyżyny braku pokory. Mamy czasy, które pozwalają takim ludziom wypowiadać się, a ponieważ to ich język i postawa są powszechnie zrozumiałe, to właśnie oni zyskują poparcie. Mówią i myślą w sposób zrozumiały przez większość - niestety.

Ufff - ale sobie ulżyłem!
Od razu przepraszam Was, wiem, że powinienem pisać o przyrodzie,
ale czasami każdemu się ulewa ;)
Wydaje mi się też, że jeżeli coś ma się zmienić w relacji człowiek-przyroda, to muszą się też zmienić nasze relacje ma linii człowiek-człowiek.

Zatem rzućmy okiem jaki obraz boskiego gniewu mogliśmy wczoraj podziwiać.

Momentami waliło naprawdę siarczyście. Pioruny były "grube, naprawdę konkretne.


 Czasami wyładowania przybierały kształty rozgwiazdy.


 Niebo jaśniało na ogromnych przestrzeniach.


 Wyładowania między chmurami rozświetlały niebo mimo tego, że nie było widać pioruna w sposób bezpośredni.


"Palec boży" zdaje się wskazywać coś konkretnego na ziemi.


 Te trzy kolejne zdjęcia powstały o północy! Było jak w dzień.



00.30 ... kto by pomyślał.

Pomijając wszystko obcowanie z burzą w terenie budzi atawistyczny lęk, podziw i wszystko w jednym. Jest w tym spektaklu zarówno strach jak i transcendencja jakaś ... piękne zjawisko. 


środa, 12 czerwca 2019

W radosnych podskokach z uśmiechem na ustach ...

Tytuł może przyjść do głowy, gdy patrzymy na zające. Są niezwykłe, piękne i są słodziakami w naszych kategoriach pojmowania przyrody. Ludzi dzielą wszak zwierzęta na piękne (gazela, sarna, zając, paw itd.) i na brzydkie (guziec, dzik, rosomak, pająk ...) oraz na pożyteczne/potrzebne (wszystkie łowne) i te zbyteczne (wszystkie niełowne).
Ten prosty acz niemal wyczerpujący podział stanowił o tym, którym gatunkom od zawsze działo się dobrze, a którym wręcz fatalnie.
Ale nie przejmujmy się, to nie zwierzęcy szowinizm czy coś, bo sami siebie traktujemy identycznie.
Nie od dziś wiadomo, że pięknym i przystojnym jest w życiu lżej, a ci poza kanonem piękna gdy nie są mądrzy mają przechlapane.
Ja ... ja nie mam przechlapane i nie mieszczę się w kanonie piękna ;)

Wracając do zajęcy.

Niezwykłe to zwierzęta lecz ich życie wbrew naszym powszechnym poglądom, mimo pozornie radosnych podskoków, lekkie nie jest. Są przysmakiem wielu drapieżników i ich codzienność przebiega w stałych lękach. Natura wyposażyła je w fenomenalne narzędzia ochrony, świetny słuch i kończyny, których dynamika i zwrotność potrafią zgubić niejednego.


 Do tego zanikająca bioróżnorodność, zanikanie zbawiennych dla ich życia remizek śródpolnych, gigapowierzchnie monoupraw, chemizacja, zaburzona mała retencja, zanikające nieużytki i środowisko pocięte drogami oraz cały stek innych przyczyn, powodują kłopoty z utrzymaniem populacji na właściwym poziomie.
Czynione są ogromne starania łącznie z zasiedlaniem sprowadzonych zajęcy spoza Polski.
Niestety efektywność nie jest zadowalająca.

Miałem szczęście spotkać je w pierwszych promieniach słońca. O tej porze roku wschodzące słońce przez chwilę ale jednak, ma dużo widma czerwonego.
 Stąd niezwykła kolorystyka zdjęć, którą i tak stonowałem, bo trudno byłoby uwierzyć w aż tak czerwone zdjęcia.

 Najpierw obserwował mnie ten bliżej mnie. Łypiąc okiem zza zieleniny wydawał się zabawny.


 Gdy pierwszy spuszczał mnie z oczu, drugi zdawał się przejmować kontrolę :)


 Scena trwała dobre kilka minut i mimo, że nie poruszyłem nawet powieka w tym czasie, ten bliżej mnie postanowił się podnieść.


 Zgodnie ze swoja strategią miały wybór między letargicznym rozpłaszczeniem się i udawaniem skiby ziemi, a ucieczką. Wybrały ten drugi wariant choć w wersji niespiesznej.


 Po odkicaniu kilkunastu metrów zatrzymały się wykonując synchroniczny rzut dwóch par oczu w prawo ...


 ... po chwili równie synchronie spojrzały w lewo :)


 Rozejrzawszy się niczym dobrze przygotowane do samodzielnego dotarcia do szkoły dziecko, ruszyły przed siebie.


 To zdjęcie zrobiłem już dawno, gdy tylko się pokazały i miałem nadzieję być pierwszym publikatorem tegorocznego maku (przed Ewą Rubczewską, a to nie lada wyzwanie) ale zapomniałem i teraz to już musztarda po obiedzie :)

 Impresja warmińska.


Na koniec dotarłem do lasu ... życie! W końcu znalazłem się w baśni.





sobota, 8 czerwca 2019

Macierzyństwo.

Długo się zastanawiałem nad tytułem bo i obserwacji było sporo. Jednak mimo naprawdę wzruszającego spotkania jednej z ekstremalnie nielicznych w kraju par rybołowa, zdecydowałem, że scena karmienia wygrywa. Kończy się nasza przyroda, z raportu ONZ wynika, że kończy się w związku z tym nasza obecność na planecie Ziemia. Tacy ludzie jak ja, być może niepotrzebnie pokazują piękno przyrody, bo to może mieć odwrotny skutek - uspokajający. Spieszę zatem donieść, że ani las, który fotografuję ani jego mieszkańcy, tej planety nie ocalą. To rachityczne i zupełnie niewystarczające resztki środowiska "naturalnego". Z raportu wynika, że "dojechaliśmy" 75% zasobów. Te 25% które zostało już nie jest w stanie nas utrzymać. I po tej dygresji wracam do sceny macierzyństwa. Wybieram ją, bo jest symbolem odradzającej się przyrody. Jest nadzieją, że bez nas światu będzie lżej, że sobie poradzi.
Póki jednak możemy oddajmy się kadrom z warmińskiego lasu.

Pierwsze sceny, to koziołek, który za nic miał moją bliskość wraz z moim samochodem.
Łaził jak ćma barowa niewiele sobie robiąc z czegokolwiek.


Nasza Gwiazda kryła się jeszcze poniżej linii horyzontu, a do pokonania linii drzew miała jeszcze sporo czasu. W takich razach krajobraz nurza się w niebieskościach. Mógłbym oczywiście zmienić balans bieli ale uwielbiam to widmo i tę poświatę.


Sarny są bardzo wymagające i muszą mieć bogatą kartę dań. Zioła, byliny, trawy, dwulistne, byle rozmaicie.

To kluczowa scena dnia. Matka - wielofunkcyjny robot, patrzy na mnie, nasłuchuje za sobą i karmi młodego jednocześnie. Nie można się nie zastanowić nad fenomenem jakim jest macierzyństwo. Za cenę ryzyka, wyczerpania, za wszelką cenę, byle wychować potomstwo. Jeleń-ojciec jest w tym czasie zajęty "wyklepywaniem miecza" czyli budowaniem poroża. W końcu we wrześniu znowu będzie potrzebny ... taktyka i te sprawy, rozumiecie. :)

 To co mnie zaskoczyło, to ona od początku mi się przyglądała, a mimo to ruszyła w moją stronę!


 I to nie że podeszła 2-3 kroki. Podeszła naprawdę sporo.


 Potem jeszcze idąc lasem wciąż zbliżała się do mnie.
Młoda matka, ciekawska.

Taka moja warmińska Amazonia. Opary, wilgotność ponad 90%, upał, stary niegospodarczy las, setki ptaków, przebijające się wśród nich odgłosy bielików. Wszystko się zgadzało. No może te bieliki były najmniej amazońskie :)

Las był malowniczy i do tego hojny. Naprawdę się działo.


Tego spotkania spodziewać się nie mogłem. Godzinę wcześniej słuchałem bielików, a tu nagle do moich uszu dociera dawno niesłyszany odgłos rybołowa.
Zadzieram ... chciałem napisać głowę, ale wiadomo, że chodzi o łeb i oczom nie wierzę, RYBOŁOWY!!!

Poniżej na zdjęciach samiec i samica.
Środek lasu, z dala od wody więc nie mogłem przypuszczać, że tu jest gniazdo. Jak widać miały dość bliskości wody. Tam za dużo się dzieje i poszukały spokojniejszego lokum. Gdy zobaczyłem gniazdo, czmychnąłem bez przedłużania sesji. Znajomy leśnik, potwierdził mi, że miejsce zna, że czuwa, że leśnictwo jest objęte programem ochrony orłów, a ta para jest oczkiem w głowie leśniczego. Ta rozmowa mocno mnie uspokoiła. Znam Pana Piotra już kilka lat, trudno by szukać kogoś bardziej odpowiedniego. Śpię spokojnie, nie będzie tam rębni, trzebieży itd.



Na koniec młodzieniec otoczony lśniącą trawą. Pożegnalny akt dzisiejszego wyjścia.
Wracając do domu kluczyłem jeszcze między polami i leśnymi wsiami ale było już za gorąco na zaskakujące obserwacje.

Ciekawostką niech będzie fakt, że mimo suszy rosną już takie grzyby.


sobota, 1 czerwca 2019

Tytuł wybierzcie sami ...

Czwarta rano, oczywiście jeżeli przyjąć, że czas w ogóle istnieje.
Tak czy siak, dla tej wersji mnie, która akurat dziś rano funkcjonowała w tej rzeczywistości, czyli tym świecie, było bardzo rano. Jechałem do lasu po czterech godzinach snu i teraz gdy piszę opowieść, mdli mnie z niewyspania.
Motywacja do wstania była jednak silna gdyż dzień budził się przepięknie.

Wczesnoporanne spotkania z jeleniami różniły się od siebie znacznie.
Momentami nie było mgły i zdjęcie powstawało ... normalne takie, bez szału. Ot taka dokumentacja ze spotkania. Łania można by powiedzieć stoi i patrzy się. Szoku nie będzie, nie powstanie też żadna historia :)

Coś by się chciało "urodzić" ale ...


Lecz gdy udawało się znaleźć inne stado, a przestrzeń osnuta była mgłą wciskającą się między kolejne plany kadru, ooo wtedy miało to sens. Matka Ziemia sapała wilgocią w sposób wyjątkowo fotogeniczny.

Podobne lecz zupełnie inne stadko, niestety morena wyniosła je ponad mgły i ... fota jak fota, tyle że jak to 1 czerwca bywa, sporo dzieciaków.

Zanim w ogóle dotarłem do jeleni, miałem zaskakujące spotkanie z lochami.
Niestety deficytowe ilości światła nie dawały poszaleć.


ISO powędrowało wysoko, czas chlapnięcia migawki długi, efekt jak widać - ostrość pozostała w strefie niezrealizowanych życzeń.

 Żurawiowi mgła roztarła cele i nie bardzo wiedział dokąd się udać. Wszystko wyglądało podobnie, czyli mgliście.


 Ostatecznie podjął próbę. Lot w niewiadomym kierunku był lepszym rozwiązaniem niż asystowanie Mikundzie.


 Warmia była dziś Irlandią, była Tybetem i Nową Zelandią, miała tajemnicę i wszystkie atuty, by wrażliwców wyrwać z łóżek.

Po godzinie otwartoprzestrzennej inhalacji, dotarłem do lasu, a tu znowu łanie!
 Długo mi się przyglądała.


 Las czarował albo był zaczarowany. Nie jestem pewny, który wariant był bliższy prawdy. Ja w każdym bądź razie czułem się jak w baśni.


 Momentami nawet było widać tarczę naszej Gwiazdy. Pięć i pół tysiąca stopni Celsjusza przedarło się przez chmury.


 Pan Zięba w kolorystycznie idealnie wybranym miejscu. Wypatrzyłem go z najwyższym trudem!


 I już nie wiem po raz który dziś spotykam łanie, tym razem z żurawiami w tle. (na tym kadrze widać jednego)


Reflektorowe, typowo teatralne oświetlenie. Ktoś w boskim orszaku zdaje egzamin na operatora świateł.
Nie mam siły na wymyślanie tytułu, sami coś zaproponujcie.