poniedziałek, 21 kwietnia 2014

bywa i tak ...

Pisałem już wcześniej, że las uczy pokory. Dziś uczył! Zdarzają się takie dni, że choćbym się sklonował w armię fotografujących miłośników lasu - nic! Jak nie ten sam las, jak nie ten sam Mikunda, nic! W taki dzień trzeba "szyć", a tak krawiec kraje jak mu materii staje.
Co do materii, że wrzucę taką dygresję, jak powszechnie wiadomo jej nie ma. Zbudowano zderzacz hadronów w Cernie, pięć najbogatszych krajów zrzuciło się na sumkę 15 mld. USD, aby znaleźć ten cholerny bozon Higgsa i ... nic! Coś tam poznajdowali, ale to jednak nie to i w ogóle same wątpliwości spłynęły na świat materialny. Materii nie ma, to też nie zdziwił mnie zbytnio fakt, że nie ma też zwierząt. Ale ponieważ we wczorajszych komentarzach przewinął się temat winniczka, pomyślałem ... ooo! mam cel, nie jest łatwy, ale może się uda. Trudne zadanie - podjąłem się brawurowej próby podejścia winniczka w jego naturalnym środowisku! Tak, tak, jednak nie hodowlany, a w naturze - trzeba ambitnym  być! Wiedziałem, że podchodzenie winniczka wymaga niebywałego doświadczenia, obycia, gibkości kończyn, refleksu i skrajnej determinacji. No oczy dookoła głowy, marsz na "miękkich płetwach", korpusik lekko przygięty w stronę jądra ziemi, krótki oddech i dynamika w wersji "replay" czyli slow motion.
Uwiecznienie tego spryciarza, to już w ogóle fotograficzny Mont Everest. Nie mniej jednak, słowo się rzekło więc do roboty. W poszukiwaniu jegomościa przemierzyłem ponad 11 km. i ostatecznie znalazłem go na leśnej polanie w okolicach Orzechowa.
Sądząc po ubytkach na "lakierze" i naciekach wapiennych tworzących "siwiznę" na muszli, podszedłem leciwego osobnika. No cóż, pewnie tylko na tyle było mnie dziś stać. Ale jak mówią tubylcy - "podeszłemu ślimaku się w muszlę nie zgląda". Sądząc po jego wieku, mogłem przypuszczać, że to może być ten słynny "Orzechowski Winniczek", o którym głoszą lokalne legendy. Podania mówią, że w latach 60-tych grasował tu winniczek, który zakradał się do orzechowskich piwnic i wypijał mieszkańcom WINO (stąd właśnie nazwa Winniczek!) Potem, jak głosi legenda, po pijaku kolaborował z komunistami, którym donosił (uwaga na dwuznaczność słowa donosił) to czego nie wypił i namawiał ich do wysiedlania mieszkańców tej wsi. Mówił - "niech wyjadą do Niemiec, wieś opustoszeje, a teren dołączycie do "łańskiego imperium" i będziecie robić tu bez świadków co dusza zapragnie" I tak jątrzył i jątrzył, a w efekcie po wsi pozostała ogromna polana, na której dziś bezkarnie grasował ten jegomość-kolaborant, którego odnalazłem.







W czasie podchodzenia "ucieleśnienia Orzechowskiej historii" poruszałem się bardzo wolno, tak jak fotografowany obiekt. To jeden z poziomów trudności takiej sesji. W tym czasie byłem obserwowany przez różne małe ptaszki. Sikory, pełzacze i inne jakieś wieloszczety.


Ponieważ po wyczerpującej sesji musiałem odpocząć, udałem się nad leśne jeziorko Poplusz w okolicach Szwaderek. Tu spotkałem błotniaki, czaple, kormorany, kaczki krzyżówki ale pokażę jedynie łabędzia, gdyż coś mi się podoba w tym prostym i jakże oczywistym zdjęciu. Na domiar złego, obiekt jest w centrum kadru, czyli zupełnie nie po mojemu.






W nawiązaniu do "szycia" i zgodnie z powiedzeniem "na bezzwierzu i ryba rak" ... czy coś w tym stylu, fotografowałem ryby w malutkiej rzeczce Marózce.






To chyba żałosne, ale dziś niewiele miałem do powiedzenia, a te przynajmniej nie uciekały!
Oczy natomiast mogłem sycić i duszę koić "eksplotyczną wiosną" (o matko, neologizm to komplement dla tego wyrażenia!)  ;)





p.s.
uwielbiam winniczki, proszę je kochać i szanować, opisany powyżej padł ofiarą potrzeby literackiej i w rzeczywistości nie miał nic wspólnego z trudną historią Orzechowa. Kwestie wysiedleńcze są natomiast faktem, po którym pozostał fantastyczny kościół w środku lasu, pusta polana po wsi i ... cmentarz, który jest świadectwem tej historii. Orzechowo jest wsią z nie byle jaką historią, bo została założona w 1575 roku jako osada kapituły Warmińskiej.




sobota, 19 kwietnia 2014

wielki świt wielkiej soboty!

Na początek, życzę Wszystkim moim czytelnikom spokojnych, rodzinnych  Świąt, niech Wam się wiedzie - bądźcie zdrowi i szczęśliwi!

Aby zdążyć pomóc przy organizacji świąt, wstałem o 3.20 rano, a w zasadzie w nocy i hajda do lasu.
Pewnie już to raz pisałem, ale kontemplacja świtu w głębokim lesie jest przeżyciem mistycznym, a
gdy trafi się taki mglisty poranek jak dzisiejszy, to w zasadzie nie znam słów mogących opisać towarzyszące mi doznania.
Jest to jakiś rodzaj euforii zmieszanej z ustawicznym odczuwaniem szczęścia i wolności!
Las nagradza sowicie gości, którzy są w nim o tej porze. Jest jednocześnie tajemniczo i pięknie, cichutko i rozśpiewanie zarazem. Pierwsze zdjęcia musiałem robić przy 3000 ISO - jakość słaba:)


 

W takiej mgle niestety zwierzęta widzą znacznie lepiej niż ja i w efekcie widziałem wiele zadków, tyłeczków, grzbietów i tym podobnych części mieszkańców lasu ... w odwrocie.
Rekompensatą były śpiewy ptaków i mistycyzm unoszący się w powietrzu.
Nauczony porażką z pierwszej polany, na kolejną w zasadzie wpłynąłem we mgle nie dotykając gruntu. Absolutnie powolutku i w miarę możliwości w kończynowym bezruchu przemieszczałem się niczym duch. Tym razem to ja pierwszy zauważyłem pasące się we mgle sarny.
Koziołek, co ciekawsze, jest jeszcze w trakcie wycierania scypułu - słabo, ale jednak widać to na zdjęciu, możecie dostrzec nawet krwisty strzęp na parostkach.


Sarenki bardzo mnie zaskoczyły, ponieważ mój bezruch spowodował, że w trakcie przeszukiwania poszycia leśnej polany ... zbliżały się w moja stronę. Ostatecznie pierwsza sarna podeszła niewiarygodnie jak na ten gatunek blisko - 10-12 metrów!


Pokonałem łącznie około 15 kilometrów. Cały czas byłem obserwowany przez kruki, patrolujące las, na zmianę z sójkami.

 
 

W środku lasu można było wypstrykać pamięć karty do zera uwieczniając malarsko snujące się mgły podświetlane słońcem czy wybrane detale, jak choćby pajęczyny - wiem, wiem, klasyka, ale nie mogłem się powstrzymać :)



Po wielu kilometrach dotarłem do pięknie położonej leśniczówki. Ci ludzie są wybrańcami losu.
Takie scenerie i okolice mogły zdarzyć się tylko w filmie, podczas oglądania którego, człowiek zazdrości bohaterom stylu życia.

 

Wokół leśniczówki teren jest absolutnie magiczny. Nie mogę jednak wstawić posta z 40-oma zdjęciami :) Pokazuję dwa wybrane.

 

Wracając spotkałem największą chmarę jeleni jaką widziałem w życiu. Ponad pięćdziesiąt osobników! Było wszystko, łanie, cielęta, gomóły (byki po zrzucie poroża) i młodziaki z porożem.
Nawet nie chodzi o to, rzecz w tym, że w porannym słońcu biegły przez leśne bagno, woda bryzgała im spod racic, widok życiowy, a mój skretyniały, autonomiczny, niezależny i popieprzenie wyzwolony autofokus ustawiał się notorycznie na gałązki krzewów, które dzieliły mnie od stada. Nie muszę mówić, w jakim tempie biegną spłoszone jelenie ... drugie, niezajęte aparatem oko rejestrowało jak kończy się scena życia. Ale ja do nich wrócę i to znacznie szybciej niż reaguje autofokus mojego aparatu! Taka scena się zapewne nie powtórzy, ale nic nie wymaże jej z mojej pamięci. Dla takich chwil i z ich powodu wracamy w teren jak wariaci czekając na podobne sytuacje.
Ale las wynagrodził mi tą niewykorzystaną fotograficznie przygodę. Godzinę później, zaskoczony, fotografowałem mojego ukochanego myszołowa i do tego w jasnej, znacznie rzadszej odmianie. Nie wiem czy to nie jest najjaśniejszy "myszak" jakiego widziałem! Absolutną niespodzianką był fakt, że miał w dziobie upolowanego padalca!

 
 

 Wychodząc z lasu zrobiłem pożegnalne dwie, wiosenne "pocztówki" w pełnym słońcu :)
A na ostatnim kilometrze trasy zdjąłem kłusowniczy wnyk! Typówka - druciana, chamska pętla zastawiona na tzw. przejściu, czyli ścieżce zwierząt. W tym przypadku do wodopoju.

 



czwartek, 17 kwietnia 2014

szpicak o zmroku

Miałem w planie post na inny temat, ale wczoraj opuszczałem las długo po zachodzie słońca i coś mnie podkusiło, by zajrzeć na polankę, na której jeszcze nie byłem. Co widzę ... łania, cielak, pięć sarenek i szpicak! Szpicak, czyli młodociany byk, który nałożył pierwsze poroże. Są to charakterystyczne pojedyncze tyki bez odrostków. Dla porządku powiem, że odrostki kolejno od nasady (możdżeni) idąc ku górze nazywają się: oczniak, nadoczniak, opierak i wyżej u byków koronnych znajduje się korona lub u niekoronnych np. widlica.
To tylko ogólny opis, bo zdarzają się jeszcze nadprogramowe odrostki i różne ich kombinacje. Byk może być regularnie koronny lub nie. W zależności od odżywienia, kondycji i zdrowia nakłada poroże mniej lub bardziej symetrycznie lub wręcz z różnymi zmianami, np. tzw. myłkus. To większy tamat, na inny post:) Ja, jak już kiedyś pisałem, mam szczególną słabość do tych podlotków, do szpicaków. Uwielbiam się im przyglądać, bawi mnie niezmiernie ta mieszanka cielako-byka. Są po prostu jedyne w swoim rodzaju. Wczoraj było zdecydowanie zbyt ciemno na zdjęcia, ale od czego jest dzień następny. Ponieważ natychmiast w mojej głowie zrodził się plan podejścia tego młodzieńca dzień później, czyli dziś - odszedłem najostrożniej jak umiałem, by nie zrażać ich do tego miejsca. Jelenie i sarny, dopóki się nie uprzedzą do danego miejsca, mają w zwyczaju powracać i powtarzać raz obrane nawyki. Dziś po pracy wyskoczyłem natychmiast do lasu, by na polanie być 3 godziny przed zachodem. Chciałem się delikatnie zamaskować i zapachowo "zlać z polaną", by wszystko co żywe przyzwyczaiło się do mnie ... w miarę możliwości. Roztarłem w palcach igliwie sosnowe i syciłem zmysły kojącym zapachem w oczekiwaniu na zachód słońca. W ciągu tego czasu podziwiałem żurawie, kruki, po 30 minutach wyszły na polanę sarenki. Słońce niemiłosiernie grzało świecąc mi prosto w twarz. Decyzję o zasiadce podjąłem w oparciu o kierunek wiatru, bo jeleni i tak spodziewałem się po zachodzie, więc słońce w twarz w trakcie oczekiwania nie miało znaczenia, chociaż było bardzo męczące. Nie wiem czemu założyłem, że obiekt mojej wyprawy pojawi się od strony starego lasu. Fotografowałem właśnie wspomniane sarenki, które pasły się już drugą godzinę, gdy coś kazało mi spojrzeć w lewo, w stronę sosnowego młodnika. Króko mówiąc, niemalże dokładnie w stronę, z której przyszedłem. Nogi rozdygotały mi się z emocji! Jest mój ukochany szpicak. Nie mogłem uwierzyć szczęściu. Najbardziej cenię te spotkania, które są efektem jakiegoś planu, jakiegoś założenia, gdy fotografowany obiekt był założonym celem, a nie przypadkiem. Nieskromnie traktuję to jako komplement w stronę mojego rozumienia lasu. A doceniam tym bardziej, że las najczęściej udziela jednak lekcji pokory :) Podczołgałem się kilka metrów w stronę młodzieńca. Szczęśliwie dla mnie, on też zmierzał w moją stronę. Z każdą minutą byliśmy bliżej siebie. Co za szczęście z tym kierunkiem wiatru. Wszystko mi sprzyjało. Niestety, jak widać po zdjęciach, z chwili na chwilę było coraz ciemniej. Ale ostateczne 20 metrów jakie nas dzieliło na otwartej przestrzeni, było cudowną rekompensatą. Przede mną była stosunkowo gęsta krzaczasta roślinność, więc ostrożnie podniosłem się na nogi. Mogłem sobie na to pozwolić, bo twarz miałem również zamaskowaną. Zdjęcia trzaskałem bez opamiętania. "Młody" ma ich z 300! Z najwyższą radością i satysfakcją pokazuję kilka z nich. Jak widzicie jest w trakcie linienia, czyli wymiany "szatek" z zimowych na letnie. Miłego oglądania. Na koniec 2-3 kadry z okresu oczekiwania na zachód.