czwartek, 22 maja 2014

Fred Flingstone i Asterix w jednym!

Dziś o 4.30 rano teletransportowałem się w teren. To musiało się odbyć przy pomocy tego zjawiska, bo przecież nie jest normalne i tym bardziej możliwe, wstanie o takiej godzinie i z zachowaniem pełnej świadomości podjęcie decyzji o wyruszeniu w las ... . Wschód był piękny, ale już daruję sobie i Wam kolejnych "słodkopierdzących" fotek-samograjów. Cichuteńko pokonałem pierwszy kilometr. Po drodze napotkałem pięknego Błotniaka Stawowego - samca. Niestety odruchowo przytuliłem się okiem do wizjera, a tam ... wspomniane Słońce! Oślepiony niezbyt dokładnie nacisnąłem na spust, ale znacie mnie już na tyle, że zdjęcia "drapolka" nie daruję! Nieskromnie sądzę, że to całkiem sympatyczne zdjęcie z tym zafarbem, "przewalonym ciepłem" i ilością koloru wschodzącego Słońca.


Kolejne spotkanie to długo oczekiwany przeze mnie zając. Odegrała się w związku z nim komiczna scena. Zauważyłem go z odległości, która nie pozwalała na ciekawą fotkę. Dzieliła nas otwarta przestrzeń, a w polu raczej zająca podejść się nie da. Ten szczęśliwie dla scenariusza spotkania ruszył w moją stronę, lekko w skos. Zauważyłem, że jeżeli będzie kontynuował kierunek, musi na moment schować się za kępę wyższej trawy. Tak się stało. Chcielibyście to zobaczyć, jak moje 110 kilogramowe ciało podbiega drobiąc na paluszkach w jego stronę. Dławiłem się od tłumionego śmiechu, bo wyobraziłem sobie, że w tym podstępnie cichym i galopie jest ucieleśnieniem Freda Flingstone'a i Asterixa. Łzy poleciały mi z oczu gdy spojrzałem na siebie z boku oczami wyobraźni.:))
Gdyby to ktoś nagrał, oglądalność na YouTubie przekroczyłaby klip Donatana.
Ale było warto - zajączek odwdzięczył się pozowaniem.





500 metrów dalej, ku mojemu zdziwieniu zauważyłem pięknie ubarwionego lisa. Kolor niezwykły i rzadko spotykany. Penetrował skraj lasu i pola.


Przeniosłem się w inne miejsce, tym razem na krótką zasiadkę. Widziałem kolejne cztery zające, ale żeby nie "przezajęczyć" tego postu, daruję. Jeden wystarczy - fajnie wygląda z tego dołka :)



Po chwili wyszedł w moja stronę młodziutki koziołek. W porannym słońcu i w otoczeniu soczystej zieleni wyglądał uroczo.





Wracając do samochodu, podszedłem jeszcze liska. Nie był to chytrusek, bo przechytrzyłem go zdecydowanie. Wiedząc, że po wabieniu będzie mnie obchodził, tak by dostać wiatr ode mnie, ustawiłem się w odpowiednim kierunku i tylko czekałem. Scena, w której wyjrzał z trawy trwała pół sekundy - zdążyłem! Jestem z tego zdjęcia szczerze zadowolony :)




wtorek, 20 maja 2014

boska cząstka ...

Boską cząstką mojego życia nie okazał się bozon, ani kwark, ani hadron, a właśnie niedzielny poranek.
Niedziela zaczęła się szczególnie rano, ponieważ Janek - kumpel, myśliwy, zaproponował mi wspólne wyjście na polowanie. On z bronią twardą i ja z aparatem. Wyruszyliśmy o 3.00. Już po pięciu minutach byłem przekonany, że wybrana przez Janka pora, była najwłaściwszą z najwłaściwszych! Oglądanie przyrody na ponad godzinę przed wschodem jest oczywiście nieopisanym przeżyciem, ale tego dnia było to szczególnie atrakcyjne doznanie. Świat był skąpany w mgłach, a wszystko pogrążone w półmroku. Zabrakło jedynie psa Baskervillów. Aby przybliżyć klimat, który mi towarzyszył, wykonałem kilka utrwaleń otaczającej przyrody. Ostatnie kadry powstały nieco później.
Niestety matryca ustawiona na najwyższą czułość zachowała się marnie, widać kaszę i w ogóle, ale uznałem, że to nie psuje nastroju, a tylko zdjęcia, więc pokazuję.








Księżyc był jeszcze wysoko, gdy ruszyłem we wskazanym kierunku. Tzn. prawie we wskazanym. Janek opowiedział mi swoje spotkanie z albinotyczną sarną. Stwierdziłem, że dam się pociąć na paski w zamian za wskazanie miejsca, w którym to spotaknie miało miejsce. Przystał bez zastanowienia, zaprosił na wspólne wyjście w teren i pokazał palcem ... tu! Więcej zrobić nie mógł, ale powiedział też, że niedaleko jest śródpolne, zarośnięte chaszczem i wszelkim krzewem bagienko, w którym widziano samotnego odyńca. No i jak się domyślacie, gdzie skierowałem pierwsze kroki? Właśnie ... na bagno :) Wiedziałem, że robię to za wcześnie, że nie mam szans na dobre zdjęcie, jest po prostu zbyt ciemno. Ale moja chęć spotkania z odyńcem była silniejsza niż rozsądek. Taki typ. Skradam się najciszej jak mogę, pokonuję kolejne metry w mokrym zbożu, komary tną nieprzytomnie. Dookoła mgły, wilgoć i szarość. Oczom własnym nie wierzę, ale ponieważ okazało się, że to jedyne oczy w pobliżu, na które mogę liczyć, więc uwierzyłem. Racjonalizm przede wszystkim. Jest! Piękny, masywny i niezwykle okazały samiec. Odyniec, podobnie jak ja, nie mógł uwierzyć w to co widzi. W końcu obaj patrzyliśmy na potwory! On na mnie i ja na niego. Staliśmy od siebie 12, może 14 metrów i z niepokojem wpatrywaliśmy się sobie w oczy.  Zdałem sobie sprawę, że to pierwsze moje spotkanie z odyńcem, w sytuacji, w której wokół mnie jest tylko ...pole! Natychmiast stworzyłem na potrzebę chwili definicję pola - PŁASKI FRAGMENT POWIERZCHNI KULI ZIEMSKIEJ POZBAWIONY DRZEW!!! NIE MA DRZEW!!! No to Q... pięknie!
Nie wiedziałem ostatecznie co podpowie mi mój umysł, w sytuacji, gdyby szanowny kolega odyniec postanowił pokazać gdzie jest moje miejsce o 3.30 rano. Moja głowa była zaprzątnięta takim mniej więcej roztrząsaniem pewnych zawiłości, a wyuczone na pamięć palce w porozumieniu z okiem robiły swoje - trzask, trzask, trzask - leciały kolejne kadry. Dzik postanowił opuścić wątpliwej prowiniencji towarzystwo i bezceremonialnie wydeptując zboże, poszedł do lasku za moimi plecami. No nie, nie ze mną takie numery. Wróciłem spokojnie, zaszedłem mu drogę i zagoniłem do bagna. Wiedziałem, że zrobi co może, żeby je opuścić zanim wzejdzie słońce, ale każde 5 minut poprawiało w tym momencie warunki świetlne. No i udało się, po godzinie, gdy było znacznie widniej, choć wciąż zbyt ciemno na super focie, jest! Mam go po raz drugi. Zobaczcie jak to wyszło:



Powyżej, praktycznie jeszcze w nocy, poniżej również przed świtem, ale nieco jaśniej.





Po pożegnaniu dzika przpomniałem sobie o sarnach. Coś mi zamajaczyło w oddali, więc ruszyłem w tą stronę. Niestety kilkadziesiąt metrów w mokrym zbożu, mimo tego, że śladami traktora, spowodowały absolutną mokrość spodni i butów. Ale zalegająca w zbożu sarenka zerwała się.


Niedaleko był też zajączek.


Nieco później, w drugiej części łowiska, ponowne spotkanie z młodziutkimi koziołkami. Niestety w wersji normalnej, czyli pięknie ubarwione.

Wróciłem w to miejsce po południu. Chciałem się przekonać jak to funkcjonuje za tzw. dnia.
I było fajnie i ciekawie - pokazuję kilka reminiscencji tego krókiego wyjścia.  Zając, samiec Błotniaka Stawowego, Bocian w ciekawym momencie startu i lisek z daleka. Upojna, cudowna niedziela - Janek, dziękuję:)







niedziela, 18 maja 2014

Cząstki splątane i siły upiorne!


Einstein nazwał siły działające między cząstkami splątanymi, upiornymi siłami, czy też upiornym oddziaływaniem sił, więc ja w sobotę byłem pod ich wpływem cały dzień, tych sił właśnie!. Jak rozumiem Wszechświat postanowił pokazać mi tylko tą gorszą rzeczywistość, tą zbudowaną w oparciu o "ujemne cząstki". Ciekawe kto fotografował rzeczywistość z tych lepszych cząstek ... ciekawe?!? Przyjąłem to z pokorą. W przeddzień, czyli w piątek wieczorem wyskoczyłem na krótki plener. Coś już wisiało w powietrzu, bowiem wszystko czym mogę się pochwalić wyraża się w tych dwóch poniższych zdjęciach:



No niby wszystko fajnie, ładne rzepaki, ale znajdźcie mi jednego właściciela komórki, który nie ma przynajmniej kilku rzepaków na rolce ... fotoamatorzy, żeby było jasne - wszyscy! Każdy ma rzepak, ja też. Wróciłem lekko skonsternowany, ale pewny, że w sobotę się odkuję. Pierwsze wyjście, jest 5.30 rano, loguję się w lesie, w okolicach Nowej Wsi. Przed wsią, po prawej stronie rozciąga się coś na kształt terenu podmokłego, może starego wyschniętego jeziorka, może stawu albo czegoś "w podobie".
Byłem pewny, że to miejsce może okazać się atrakcją ornitologiczną. Nie okazało się! Niezłomnie ruszyłem w głąb lasu - również nic! Docieram do jakiegoś gospodarstwa i postanawiam pójść wzdłuż ciągnącego się lasem ogrodzenia, wierząc, że na końcu teren otworzy się i coś zobaczę. Gorszej decyzji nie podjąłem jak żyję! Nigdy, ale to przenigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek tak pomyślę o lesie, ale pomyślałem ... OKROPNY LAS!!!
Było mi głupio, ponieważ do tego momentu byłem pewny, że kocham każdy las i o każdej porze. Tak jest w gruncie rzeczy, ale jest też wyjątek - ten właśnie las. Jak już przelazłem z tym moim pooperacyjnym achillesem przez zwalone drzewo nad bagienkiem, odwrotu nie było. Utknąłem na dłużej w jakimś podmokłym, niekończącym się lesie. Wkurzałem się, bo spruchniałe, zwalone od nadmiaru wilgoci brzozy trzaskały pode mną, a ja brnąc zapadającymi się w podmokłym gruncie nogami, czułem się jak słoń w sklepie z porcelaną. Było jasne, że niczego nie uda mi się podejść, było też jasne, że nie mam pojęcia kiedy to się skończy. Coraz bardziej jasne też okazywało się to, że mam mokre buty! No i skończyło się ... po godzinie! Spocony jak szczur wyścigowy i sfrustrowany jak motyl, który usiadł na sztucznym kwiatku, udałem się w dłuższą drogę powrotną.
Zrezygnowany, cieszyłem oko czym się dało. Popatrzcie sami. Wiewiórka po trzech bezowocnych godzinach podmokłej mordęgi była jak woda na pustyni, jak wygrana w totka kupionego za ostatniego zeta. Nigdy nie sądziłem, że wiewiórka przyniesie mi tyle radości.



Zrozpaczony i zdeterminowany rzuciłem się na ostatnią deskę ratunku - kwiatki! One nie uciekają, nie kryją się, nie mają węchu ani słuchu. Największym wysiłkiem by je sfotografować jest kucnięcie. Pomyślałem, że może chociaż to mi się dzisiaj uda. Odniosłem spory jak na ten dzień sukces, bo uwieczniłem też ... owady! Czułem, że mogę wszystko - podszedłem owady! ;)





Impresja młodych liści dębu wydała mi się atrakcyjna.

Ta sójka miała jednoznacznie gorszy dzień od mojego.


Wróciłem do domu, zjadłem owoce i wyruszyłem, tym razem ze znajomymi w kolejny plener. Na cel i obiekt naszej penetracji, wybraliśmy kompleks stawków w okolicach wsi Przykop. Czuję jakiś sentyment do tej wsi. Prosta, biedna i prawdziwa. Tu poszło nieco lepiej, ale też bez przesady. Wyszło nieoczekiwane słońce i zdjęcia są jak rodzinnego albumiku pamiątkowego. Może chociaż to szczęście, że "złapałem" migawką Płaskonosa, Łabędzia Krzykliwego i Czajkę. Czajka ... o matko, jak ona szybko lata! Nie na mój sprzęt taka dynamika. Za ciemny obiektyw, a ja tego dnia, już bez entuzjazmu. 






Pomyślałem, że jak upaść to nisko i zasiadłem nad brzegiem stawku - zapolowałem na ... żaby!
To co sfotografowałem, to prawdopodobnie żaba wodna, czyli jak doczytałem, płodna krzyżówka żaby jeziorkowej i śmieszki. W zasadzie ciekawostka. Dobre i to. 


Poniżej, jak sądzę, to nie jest próba posiąścia samicy " z zaskoczenia", a raczej próba przepędzenia konkurenta. Niechaj jakiś "herpe-znawca" się odezwie proszę.


Na zakończenie dnia przerzuciłem się w okolice Kaborna. Urocze sarenki w synchronicznym skoku nieco poprawiły mi humor. Na całe szczęście, dzisiejszy dzień, czyli niedziela, okazał się zaskakująco udany, ale "otempotem", czyli we wtorek - życząc miłego oglądania, serdecznie zapraszam.